Przejdź do treści
Zapraszamy

Czytelników, rozmówców na forum, Autorów, Blogerów, Redaktorów,...

Przeczytaj o możliwościach korzystania z witryny i współpracy

Salon Business Dialog Klub Inspirations Klub Dialog CIO Business Meeting Point Kwintesencja Projekty Business Dialog

Relacje ze spotkań Business Dialog

Spotkania organizowane przez Business Dialog.

Czy inwestorzy giełdowi kierują się raczej chłodną analizą danych, czy sugestiami analityków czy może liczy się dla nich tylko widowisko urządzane przez PR firm giełdowych? Z dyskusji na spotkaniach Klubu Dyrektorów Finansowych „Dialog” wynika, że wizerunek dyrektora finansowego i działu finansowego ma znaczenie dla relacji z rynkiem: klientami i dostawcami, a także i z akcjonariuszami i inwestorami. Pakiet działań modelujących ten wizerunek - pod wspólną nazwą PRoFi - został zaproponowany i omówiony podczas konferencji „Zarządzanie na miarę ambicji. Wiedza, mądrość, skuteczność.”, jaka odbyła się 30.03.2012 w Sali Notowań GPW.
Pomysł przygotowania dedykowanej usługi PRoFi powstał w wyniku wielu rozmów ze środowiskami biznesowymi i menedżerami, którzy dostrzegli kilka niezwykle istotnych problemów komunikacyjnych, jakie dotyczą obszaru zarządzania, w tym zarządzania finansami w firmach. Iwona D. Bartczak, redaktor naczelny portalu dyrektorów www.businessdialog.pl oraz szef działającego w ramach tej społeczności Klubu Dyrektorów Finansowych „Dialog” wraz z Maciejem W. Iwankiewiczem, prezesem i partnerem zarządzającym Gravat Goup, postawili konkretne pytania:

  • Czy rola Dyrektora Finansowego jest doceniana i odpowiednio komunikowana zarówno wewnątrz firmy, jak i do otoczenia rynkowego i finansowego?
  • Jak działalność Dyrektora Finansowego wpływa na relacje z inwestorami, partnerami i klientami?
  • Jak Dyrektor Finansowy i kierowany przez niego dział wspiera innych dyrektorów i ich działy w realizacji ich celów?

Wizerunek firmy i relacje inwestorskie
W dzisiejszych czasach permanentnego kryzysu, ciągłych zaskoczeń nadużyciami i nierzetelnością wydawałoby się solidnych banków i firm, dramatycznego spadku zaufania w biznesie, ogromnie wzrosło znaczenie działów finansowych i ich dyrektorów jako gwarantów jakości zarządzania biznesem w ogóle, a nie tylko funkcją finansową. Jego rola jest jednym z najważniejszych elementów wpływających na pozycję biznesową firmy, w szczególności gdy jest ona spółką giełdową. Firmy te prowadzą obowiązkowo szereg działań komunikacyjnych, które służą dostarczaniu interesariuszom informacji finansowych oraz związanych ze stanem realizacji strategii. Jednak nawet pobieżna analiza tych działań pokazuje, że tylko nieliczne właściwie komunikują rolę i odpowiedzialność Zarządu za jej wyniki, w tym rolę dyrektora finansowego..
Coraz większy wpływ na reputację firmy mają więc działania promujące kadrę zarządzającą, w tym finansową, które powinny być realizowane konsekwentnie obok promowania produktów lub usług. Jest to szczególnie ważne wówczas, gdy społeczność inwestorska oczekuje nie tylko suchych liczb zawartych w raportach, ale także informacji o planach i działaniach firmy. To również w oparciu o te informacje podejmują decyzje dotyczące inwestowania w udziały lub akcje firmy.
Relacje wewnętrzne i wsparcie organizacji
Podobnie jest z wewnętrzną rolą działu finansowego. Oszczędności i cięcia budżetowe, redukcja zatrudnienia, a także rosnące oczekiwania wobec wyników finansowych, powodują, że działy finansowe z ich dyrektorami na czele są postrzegani przez pozostałą część organizacji w niekorzystnym świetle lub są po prostu nierozumiane.
Wobec tego, powstaje konieczność ciągłego pokazywania ogromnej wartości z usługowej roli działu finansowego oraz realizowanych przez niego zadań. Odpowiednie komunikowanie znacząco wzmacnia zaufanie całej firmy w stosunku do jakości pracy działu finansowego, jak również morale całej załogi. Bowiem to dział finansowy, ciągle poprawiając efektywność swojej pracy, jest najbardziej pomocnym partnerem dla innych działów firmy. A dyrektor finansowy jest szczególnym wsparciem dla dyrektorów innych działów firmy np. sprzedaży, marketingu, informatyki czy HR. Na przykładzie tej współpracy można pokazać, że pomimo naturalnych różnic interesów między działami, rozliczanymi z realizacji ich celów, wszyscy ostatecznie działają na rzecz jak najlepszego wyniku firmy.
Propozycja PRoFi odpowiada na potrzeby wizerunkowe
Podczas konferencji „Zarządzanie na miarę ambicji. Wiedza, mądrość, skuteczność.”, jaka odbyła się 30.4.2012 w Sali notowań GPW, uczestnikom została zaprezentowana nowa propozycja pod nazwą PRoFi. Dotyczy ona podjęcia działań budowania wizerunku wewnętrznego oraz zewnętrznego pokazującego rolę i wysoką jakośą zarządzania finansami w firmie. Obejmują one swoim zasięgiem zarówno działalność firmy, jak i promowanie wysokiej kadry menedżerskiej, a szczególnie dyrektora finansowego i kierowanego przez niego działu.
Działania w ramach PRoFi są skupione na tym, aby w świadomości pracowników firmy, jak również w świadomości inwestorów i otoczenia rynkowego, był on osobą godną zaufania i postrzeganą jako wysokiej klasy specjalista, decydujący o kluczowych sprawach w funkcjonowaniu firmy. Podstawą działań wizerunkowych jest bowiem praca nad fundamentalnymi wartościami, jakie komunikuje, ale i stosuje dyrektor finansowy w procesie decyzyjnym, kierowaniu działem finansowym, a także współpracy z pozostałymi działami firmy i otoczeniem biznesowym. Istotnym elementem w budowaniu wizerunku jest też ciągłe analizowanie, jak działania i komunikacja ze strony dyrektora finansowego wpływają na postrzeganie sytuacji biznesowej firmy.
Kontakt w celu pozyskania konkretnej oferty współpracy w ramach PRoFI:
Iwona_Bartczak@businessdialog.pl
M.Iwankiewicz@gravat.eu
3.05.2012

Relacje ze spotkań Business Dialog 2012/05/03 - 15:24 Źródło

W biznesie liczy się decyzyjność, szybka reakcja na zmieniające się warunki. Ale szybka nie zawsze oznacza trafna. Jak zatem podejmować trafne decyzje, gdy czas nagli? Czy można ominąć ryzyko błędnej decyzji lub chociaż je zminimalizować? Na te pytania staraliśmy się odpowiedzieć podczas spotkania Klubu Dyrektorów Finansowych „Dialog”, które odbyło się 30 marca 2012 r. w siedzibie warszawskiej Giełdy Papierów Wartościowych. Dyskusja o podejmowaniu decyzji w zarządzaniu biznesem była częścią wielkiej dyskusji „Zarządzanie na miarę ambicji. Wiedza, mądrość, skuteczność.” Podczas tego spotkania mówiliśmy także o atrybutach mądrego menedżera oraz o sztuce wytyczania ambitnych celów biznesowych.

–Pytanie, co to jest dobra czy trafna decyzja? – zaczął prowokacyjnie Dariusz Duma, filozof, coach, przedsiębiorca, który prowadził dyskusję. Rzecz w tym, że decyzję można ocenić dopiero po jej skutkach biznesowych, nieraz odległych w czasie. Często dobra decyzja jest w biznesie utożsamiania z szybką decyzją. Teraz albo nigdy.

Uniwersytet w biznesie

Podejmowanie dobrych, trafnych decyzji jest sztuką, a sztuka, jak wiadomo, wymyka się ścisłym regułom. Jednak menedżerowie, którzy na co dzień stają przez takim wyzwaniem, próbują ułatwić sobie życie, klasyfikując różne decyzje i przypisując im różne metody wspierania, w ten sposób mamy w biznesie trochę uniwersytetu. – Są decyzje podejmowane masowo, dotyczące powtarzalnych sytuacji i decyzje jednostkowe, odpowiadające na konkretne zdarzenia, w tym również decyzje strategiczne – wyjaśnił Radosław Kozieja, wiceprezes Codec Systems. Korzystając z różnych narzędzi, potrafimy zautomatyzować decyzje dotyczące sytuacji powtarzalnych. Sztuką natomiast jest podejmowanie decyzji jednostkowych, strategicznych, które rzeczywiście ocenić można dopiero po latach. Tu liczą się przede wszystkim wiedza, intuicja i doświadczenie. Nie znaczy to jednak, że menedżer jest całkiem zdany na siebie. Zawsze może skorzystać ze wsparcia ekspertów.

W dzisiejszym biznesie jest wiele narzędzi wspierających menedżerów w podejmowaniu decyzji, pytanie czy z nich korzystają? Z badania przeprowadzonego przez KDF „Dialog” półtora roku temu wynika, że z dużym umiarem. Większość ufa wprawdzie danym i raportom przygotowanym w firmie, ale mniejszość podejmuje decyzje na ich podstawie. Podobnie jest z zamawianymi ekspertyzami. Słuchamy więc ekspertów, czy raczej własnego doświadczenia, własnej wiedzy i intuicji?

Czy słuchamy ekspertów

Według Dariusza Dumy: słuchamy i nie słuchamy ekspertów, to zależy od konkretnej sytuacji. Jeśli przedsiębiorca-właściciel ma wizję swojej firmy, podejmie decyzję bez względu na to, czy będzie ona zbieżna, czy rozbieżna z opiniami doradców. – Ufamy zewnętrznym badaniom, gdy pokrywają się one z naszymi własnymi przemyśleniami i oczekiwaniami – stwierdził Sławomir Miłow, przedsiębiorca, wcześniej korporacyjny menedżer. – Menedżerowie szukają pomocy w różnych obszarach wsparcia, ale na koniec to oni muszą podjąć decyzję, bo oni za nią będą odpowiadać – zauważył Konrad Marchlewski, wiceprezes Grupy Atlas. Dobrze jest przeanalizować dane, ekspertyzy, a potem sięgnąć do własnych zasobów wewnętrznych. To bardziej udaje się na spacerze w lesie niż w firmie za biurkiem. – Ale w przypadku niektórych decyzji liczy się czas, trzeba decydować szybko – przypomniał Radosław Kozieja, który wcześniej promował bardziej systemowe podejście do procesu decyzyjnego.

Prowadzący dyskusję Dariusz Duma poddał je pod rozwagę, podkreślając, że dane są racjonalne, a ludzie nie. W odpowiedzi wielu uczestników dyskusji wskazywało na złożoność materii i rolę doświadczenia: – Nieraz dobre decyzje przynoszą złe skutki, i odwrotnie. Nie zawsze wiemy, co będzie skuteczne. Najlepiej uczyć się na podstawie decyzji już podjętych i skutków już znanych. Konrad Marchlewski zastrzegł, że takiej analizie powinny być poddawane nie tylko dobre decyzje, ale i złe: – Boimy się przyznać do złych decyzji, to powoduje,że później boimy się w ogóle podejmować decyzje, by nie popełnić błędu. Jeśli zaś idzie o dane, to główny problem polega na tym, że musimy dopasowywać do ich krótkich serii długoterminowe prognozy. Trafność decyzji strategicznych oceniana jest przecież w długofalowej perspektywie.

– Perspektywa planowania w firmie rzeczywiście bardzo się skróciła – przyznała Zofia Dzik, prezes Fundacji Humanites, członek rad nadzorczych Kopex, Link4 i Erbud. Mamy podejmować decyzje na lata, tymczasem nie wiemy, jak będzie wyglądał kolejny kwartał. Pozostaje tylko jedna rada: w szybko zmieniającym się świecie trzeba po prostu szybko podejmować decyzje, nie zapominając, że jest to proces, na który mają wpływ nie tylko analizy, ale również wszystkie miękkie czynniki, jak choćby intuicja.

Posłuchaj, co ci w duszy gra

Ten wątek procesu podejmowania decyzji, pojawiał się w wielu wypowiedziach nie tylko panelistów, ale również innych uczestników spotkania. Jeden z nich mocno podkreślał, że decyzja to proces całościowy, którego analiza jest tylko niewielką częścią: – Istotna jest przede wszystkim dojrzałość intelektualna i emocjonalna menedżera. Decyzje podjęte podczas spaceru po lesie będą na pewno bardziej skuteczne niż te zza biurka. – Chodzi o to, by przełamać bariery i dotrzeć do swoich zasobów intelektualnych i emocjonalnych, o spokojną rozmowę z samym sobą – doprecyzował swoją wcześniejszą myśl Konrad Marchlewski. – Do emocji warto się odwołać nie tylko przy jednostkowych decyzjach, ale również tworząc misję firmy – dodał Maciej Iwankiewicz, partner zarządzający Gravat Group. Jeśli jest misja, będzie też punkt odniesienia dla każdej decyzji.

– Intuicja zawsze nas wspiera w trudnych decyzjach, idź więc za tym, co ci w duszy gra – podsumował jeden z uczestników dyskusji. Niektórzy zastanawiali się nawet, czy jest sens, by rozliczać każdą decyzję. Przecież nie mamy kontroli na ich skutkami, możemy gdybać, co by było gdyby, ale nie zmienimy faktu, że wiele rzeczy dzieje się jednocześnie i niezależnie od nas. – A najtrudniej rozliczać decyzje zbiorowe, decyzje zarządu – skonstatował Radosław Kozieja, wiceprezes Codec Systems. Tym bardziej, że są one zwykle gorsze niż decyzje podejmowane indywidualnie.

To ciekawe stwierdzenie, bo przecież tyle dobrego słyszeliśmy o mądrości zbiorowej. Ale w tej dyskusji poległ niejeden pewnik. Odeszliśmy w niej daleko od wszystkich twardych elementów procesu decyzyjnego. Zdawałoby się, że dorobek analityczny i technologiczny ostatnich lat został wręcz zakwestionowany. Może to wina kryzysu, który podkopał zaufanie do danych i analiz, a menedżerów skazał na samych siebie, na ich własne doświadczenia, inteligencję i intuicję? Jeden z uczestników rozmowy sugerował, że dyrektorzy często – zwłaszcza w sytuacji zmiany czy kryzysu - wolą sami przetwarzać dane źródłowe niż opierać się na raportach tworzonych przez systemy informatyczne. Nie dowierzają, że systemy „zauważą” istotne zjawisko, że „policzą” jak powinny. Narzędzia IT są warstwą pośrednią między danymi a intuicją, wiedzą i doświadczeniem decydenta, warstwą, która czasem pomaga, ale czasem utrudnia dotarcie do prawdy, usypia czujność i spostrzegawczość.

Iwona Bartczak, szefująca KDF „Dialog”, uzupełniła: – Same „twarde” dane i powstaje na ich podstawie analizy nie niosą pełnej informacji o sprawie, której dotyczą, dopóki nie przeanalizuje się ich kontekstu biznesowego, personalnego, organizacyjnego, i wielu innych. Dostęp wielu osób do danych podstawowych pozwala na uzyskanie takiej pełnej wiedzy o kontekstach. Pracownicy i kierownicy wiedzą, co daną liczbę zaburza, albo jakie ma interesy ten, który ją wygenerował, albo czy wszyscy w firmie posługują się taką samą definicją zjawiska ujętego tą liczbą, itd. Jeśli dyrektorzy umieją wydobyć tę wiedzę ze swoich podwładnych i połączyć z wiedzą z raportów, mają większą szansę na trafną decyzję.

  • Ani Excel, ani narzędzia Business Intelligence nie zwalniają nas z rozumienia mechanizmu i próby dotarcia do istoty analizowanego zjawiska, z rozwijania swoich własnych umiejętności analizy i wyciągania wniosków z doświadczeń. IT jest narzędziem dla inteligentnego menedżera, a nie rozwiązaniem „zamiast” - mówił Radosław Kozieja.
  • Jedne decyzje dają się analizować, inne nie, dlatego trzeba uwolnić się od myślenia „albo-albo”, jesteśmy trochę mądrzy, trochę głupi, jeśli będziemy wiedzieli, kiedy popełniliśmy błąd, w przyszłości mamy szansę go nie popełnić - podsumował dyskusję Dariusz Duma.

Małgorzata Pokojska 2.04.2012

Część druga notatek z konferencji „Zarządzanie na miarę potrzeb. Wiedza, mądrość, skuteczność.” zorganizowanej przez Klub Dyrektorów Finansowych „Dialog” i Stockwatch.pl przy wsparciu Giełdy Papierów Wartościowych, Codec, Itelli i Marsh.

Relacje ze spotkań Business Dialog 2012/04/02 - 11:08 Źródło

Mądrość w biznesie, sztuka podejmowania trafnych decyzji, odwaga w wytyczaniu celów – czy to synonimy, czy raczej tryptyk, pokazujący różne aspekty naszej aktywności? Intuicyjnie wychwytujemy wątki wspólne, ale i rozbieżne. Co sprawia, że szefa, przedsiębiorcę, menedżera postrzegamy jako człowieka mądrego? I odwrotnie – czy powodzenie w biznesie może wynikać z mądrości szefa: właściciela czy dyrektora? Ze zbiorowej mądrości organizacji? Taki był punkt wyjścia konferencji „Zarządzanie na miarę ambicji. Wiedza, mądrość, skuteczność”, zorganizowanej przez wydawnictwo Business Dialog, Klub Dyrektorów Finansowych „Dialog” i serwis inwestorów giełdowych Stockwatch.pl. Spotkaliśmy się w Sali Notowań warszawskiej Giełdy Papierów Wartościowych 30 marca 2012 r.

Punktem wyjścia naszych rozważań był dar mądrości. – Czym jest mądrość w biznesie? – zastanawiał się prowadzący pierwszą część konferencji Dariusz Duma, filozof, coach, przedsiębiorca. – Rzadko się zdarza, że podejmując jakiś temat, nie mam gotowej tezy końcowej, a tak właśnie jest tym razem. Zacznijmy więc od zidentyfikowania cech, które zwykle są przypisywane mądrości. Mądrość kojarzona jest z wiedzą, wysoką sprawnością intelektualną, inteligencją, kompetencją, intuicją, zdolnościami komunikacyjnymi, doświadczeniem. Do tego dodać trzeba cechy psychologiczne. Mądry człowiek wie, kiedy mówić, a kiedy milczeć, jeśli już mówi, robi to z mocą, z pewnością, nie podejmuje decyzji pochopnie, potrafi ustąpić. Istotna jest również sfera duchowości, człowiek mądry jest człowiekiem etycznym, poszukującym sensu, wnoszącym wartość do otaczającego go świata. Trudno oprzeć się wrażeniu, że ludzka mądrość często rozchodzi się z biznesową...

Ograniczamy się sami

Ta konstatacja zabrzmiała jak teza, choć Dariusz Duma zastrzegał, że takiej nie ma. Co więcej, inni paneliści mieli podobne odczucia. – W biznesie docenia się skuteczność, a nie mądrość – mówiła wprost Zofia Dzik, założycielka Fundacji Humanites, doświadczony menedżer w korporacjach, obecnie w radach nadzorczych Kopex, Erbud, Link4. Wykorzystujemy wiedzę i doświadczenie do działania, ale to za mało. Trzeba jeszcze znać cel działania. O mądrości przesądza to, czy nasze działania służą pomnażaniu dobra. – Posiadamy ogromne zasoby wewnętrzne, z których w dorosłym życiu nie korzystamy – zauważył Konrad Marchlewski, wiceprezes Grupy Atlas. Wychowanie, edukacja, media ograniczają nam dostęp do tych zasobów, ogłupiają nas. – Uczymy się całe życie, a umieramy głupi – zgodził się Aleksander Popończyk, dyrektor w Ipopema Business Consulting. O mądrości przesądzają wszystkie atrybuty człowieka idealnego. – Mądrość jest nie tylko atrybutem umysłu, ale również duszy – zawyrokował Stefan Batory, prezes eo Networks.
W przeszłości skutecznego biznesu raczej nie kojarzono z cnotą. Dzisiaj też są wątpliwości. Jak daleko sięgać w życie biznesmena, aby ocenić go pod tym względem? Gdybyśmy zagłębili się w życie osobiste Stevena Jobsa, obraz mądrego menedżera, nie byłby już tak różowy. Wielu twórców znanych firm jest bardzo banalnymi snobami, zapatrzonymi w siebie, a jednak jakaś iskra pozwoliła im stworzyć wartościowe dzieło. Jak ich więc oceniać? Nie ma takich ludzi, którzy spełniają wszystkie kryteria mądrości. Ocena, czy ktoś jest mądry, czy nie, zależy od oceniającego. Inni ludzie są naszym lustrem. I czas.

Atuty mądrego menedżera są tożsame z atutami lidera – to kolejna teza, którą postawiła Zofia Dzik: – Mądry menedżer wykorzystuje wiedzę i doświadczenie, by czynić dobro, ważny jest nie tylko cel, ale i pokora wobec otaczającego świata. W literaturze znajdujemy wiele opisów mądrego menedżera, które są również cechami lidera. Prawdziwe przywództwo realizowane jest poprzez system wartości. Celem lidera jest rozwój podwładnych. Jeśli menedżer osiągnie ten cel, odniesie sukces, nawet jeśli z biznesowego punktu widzenia będzie wyglądało to inaczej. Lider to menedżer, który dba nie tylko o siebie. – Mafijnego ojca chrzestnego przestępcy zapewne uważają za człowieka mądrego – zauważył Krzysztof Tomkiewicz, prezes Fundacji Governica. Osobiście nie spotkałem lidera, który spełniałby wszystkie kryteria człowieka mądrego, nie spotkałem też mądrego, który byłby liderem. Spotkałem natomiast mądrego profesora, który wychował całe pokolenie informatyków, bardzo go szanowaliśmy, ale liderem nie był, bo nie miał charyzmy, zawsze stał w cieniu.

Trudno być liderem

Ta wypowiedź sprowokowała burzliwą dyskusję. – Nie widzę potrzeby, by dobry menedżer posiadał wszystkie wymieniane tu atrybuty mądrości – stwierdził Sławomir Miłow, w przeszłości dyrektor w korporacjach, obecnie przedsiębiorca. Im wyżej awansujemy, tym większa grupa ludzi – podwładnych – uważa nas na ogół za głupców. Menedżerowi potrzebne są pewne umiejętności techniczne i cechy, które pozwalają zbudować autorytet. Jeśli potrafi zarządzać ludźmi, czyli dobrze ich wykorzystywać, we własnych oczach będzie uchodził za mądrego. Nieraz motorem tej mądrości jest zwykłe lenistwo. Można powiedzieć, że to nieetyczne.
– Nie ma jednej uniwersalnej mądrości – dodał ktoś inny. Steve Jobs, genialny dyletant, potrafił stworzyć zespół wspaniałych specjalistów. Może to właśnie jest pomysł na przywództwo w dzisiejszym świecie? Jeśli istnieje mądrość na poziomie indywidualnym, to jest również mądrość na poziomie grupy. Trzeba zadać sobie pytanie, dlaczego ja nie potrafię zbudować takiego zespołu, dlaczego bez przerwy wymieniam współpracowników, dlaczego ciągle źle wybieram?

Wojciech Ozimek, prezes Grape, usiłował znaleźć rozwiązanie kompromisowe: – Nie trzeba skupiać się na etyce, lecz odpowiedzieć na pytanie, skąd bierze się mądrość. Otóż mądrość bierze się z poszukiwania prawdy. Niekoniecznie trzeba osiągnąć mierzalny sukces. Sukcesem może być wychowanie następów. Zofia Dzik rozwinęła tę myśl, powracając do swoich wcześniejszych wypowiedzi: – Przywódcy powinni dbać o rozwój pracowników, bo tworzenie środowiska to prawdziwy dorobek. Z mądrością kojarzą się przecież wartości uniwersalne.

Kontrkultura w biznesie

Dariusz Duma podchwycił ten wątek: – Co więc nam pozostało? Czytać klasyków i poszukiwać prawdy. Głęboko wierzę, że biznes może zmieniać świat na lepszy, że nie musi dominować w nim „duch zabójcy”. Ale brakuje biznesowej kontrkultury, jest natomiast siła, która popycha nas w stronę biznesowej kultury masowej, która zawiera właśnie ową brutalność, krótkowzroczność, nie liczenie się z drugim człowiekiem, dążenie do wyniku za wszelką cenę – W biznesie jest duża tęsknota za mądrością – nie dawała za wygraną Zofia Dzik. Mądrzy zawsze uważani byli za dziwaków i na ogół biedowali, mimo to w dzisiejszym świecie misja zmieniania rzeczywistości, ulepszania jej jest widoczna również w biznesie. Głęboko wierzę w przyszłość biznesu społecznego, któremu przyświecają wartości uniwersalne.

Serce się rwie do wspaniałych wielkich rzeczy, a tu rzeczywistość skrzeczy. – Czy w naszych firmach mądrość ma rzeczywiście misję do spełnienia? – zastanawiał się Dariusz Duma. Jeśli już, to nie w korporacjach, lecz w firmach prywatnych, gdzie właściciel-przedsiębiorca podejmuje decyzje zgodnie z wartościami, które wyznaje. – W biznesie bardziej liczy się skuteczność niż mądrość i prawość, ale można dochować wierności wartościom – przekonywał Aleksander Popończyk. Nie wchodźmy w projekty, które nikomu nie służą, po prostu je odrzucajmy. Nie jest to oczywiście, bez znaczenia – negatywnego dla wyników sprzedaży – To natychmiast wejdą w nie inni, uradowani, że konkurent się wycofał – zauważył Stefan Batory. Wielu zadaje sobie pytanie, jak postępować z projektami z przetargów publicznych, które nie mają sensu?

Konrad Marchlewski przypomniał, że celem firmy jest podnoszenie jej wartości. Stwierdził jednak, że między tym celem, a wartościami uniwersalnymi nie musi być sprzeczności: – Jobs chciał podnieść wartość firmy i zawarł kontrakt z właścicielem. Potrzeby rynku kreował jednak w sposób etyczny, dlatego tylu wybitnych specjalistów chciało z nim pracować. – Do zarządzania firmą potrzebna jest skuteczność, a do życia mądrość – skonstatował Paweł Kiełczykowski, dyrektor z doświadczeniem m.in. w Praktiker, DB Schenker, ale też we własnym biznesie. Nie zawsze jest między nimi całkowita korelacja. Trzeba starać się pracować zgodnie z wyznawanym systemem wartości, ale problem w tym, że skuteczność oceniana jest w krótkim czasie, a mądrość w dłuższej perspektywie. – Mądrość ocenia się dopiero na końcu kariery, a może nawet na końcu życia – doprecyzował ktoś inny. Jednak jakąś wizję tego końca trzeba mieć wcześniej, by wiedzieć, kiedy cel został osiągnięty i kiedy się wycofać.

Jest wyraźny dysonans między domem i pracą, między mądrością ludzką i mądrością menedżera – podsumował Dariusz Duma. W domu żyjemy mądrością prywatną, a w pracy wchodzimy w pewne role i reguły, które ukształtowały się wcześniej i nie bardzo możemy to zmienić, podlegamy korporacyjnym – lub po prostu biznesowym - prawom, zasadom, naciskom. Te dwa światy wymagają często kompromisów, podejmując je myślimy: przecież świat od tego nie pęknie. – Albo nas to gryzie, albo się podajemy, rozsądna postawa: godzę się, ale nie akceptuję – dokończył Aleksander Popończyk.

Pytanie, jak długo można żyć w rozdwojeniu? I jeszcze jedno – jak długo zachowamy wrażliwość na wartości uniwersalne, z których „zły” świat nas odziera? Mądrość poza wszelkimi talentami wymaga siły charakteru i determinacji, dlatego jest wartością samą w sobie, ideałem, do którego trudno jest choćby się zbliżyć. Nasza dyskusja pokazała kierunek, mamy świat poznawać, wzbogacać i ulepszać, ale nie dała uniwersalnej recepty na mądrość.

Małgorzata Pokojska, 31.03.2012

Jest to pierwsza część notatek z bardzo bogatej dyskusji na konferencji. Będą następne. Przygotowujemy też audycje.
Zachęcamy też do dyskusji na forum w naszym serwisie http://www.businessdialog.pl/forum/topics/madry-szef-czy-to-ja-konferencja-30-03-2012

Relacje ze spotkań Business Dialog 2012/04/01 - 00:32 Źródło

Jakie możliwości rozwoju daje mi firma, w której pracuję? Z tym pytaniem powinien zmierzyć się każdy. Podobnie jak z pytaniem, co dalej, jeśli w firmie zajdą zmiany, w wyniku których nie będzie już dla nas miejsca. Doświadczenie uczy, że dobrze jest mieć Plan B, bo świat nie stoi w miejscu, to co dzisiaj wydaje się stabilne, jutro może runąć, a jak nawet będzie dalej stabilne, to my już możemy być dalej, mieć inne priorytety. Na spotkaniu Klubu Dyrektorów Finansowych „Dialog”, które odbyło się 1 lutego 2012 r. w Warszawie, zastanawialiśmy się, jak przygotować się do ewentualnej zmiany, kiedy zacząć o niej myśleć, na czyją pomoc można liczyć. Dyskusję wspierali Marek Prujszczyk, ekspert w dziedzinie HR, wieloletni dyrektor HR w wielkich korporacjach, takich jak Siemens czy Grupa Żywiec oraz Piotr Wielgomas, prezes Bigram, firmy doradztwa personalnego i executive search.

Żyjemy w świecie wielkich przemian, ich dynamika jest dzisiaj szybsza niż kiedykolwiek przedtem. – W mojej rodzinie sześć pokoleń rzemieślników wykonywało ten sam zawód, wyłamał się dopiero pradziadek, ojciec pracował 40 lat w jednej firmie, awansując na coraz wyższy szczebel, ale w moim życiu zawodowym zmiany zachodziły już znacznie szybciej i nie zawsze miały charakter liniowy – zagaił Marek Prujszczyk. Nie jestem zresztą wyjątkiem. Moi koledzy HR-owcy z lat 90. szybko wspinali się po szczeblach kariery aż do funkcji dyrektora, ale dziś żaden z nich nie pracuje już w HR. Te przykłady pokazują, w jakim świecie żyjemy. Otoczenie zmienia się jak w kalejdoskopie, a my musimy umieć dostosować się do tych dynamicznych warunków.

Zarządzanie własną karierą

Pytanie zasadnicze: czy dyrektorzy HR zajmują się rozwojem pracowników? – Dyrektorzy HR nie są od tego – rozwiał złudzenia Marek Prujszczyk. Każdy indywidualnie odpowiedzialny jest za budowanie własnej kariery. Co więcej, plan B należy tworzyć z wyprzedzeniem, a nie wtedy, gdy czujemy, że ścieżka kariery się kończy. Na ogół każdy menedżer, gdy widzi, że już niewiele zdoła wskórać w korporacji, gdy jest wypalony, a otoczenie daje mu do zrozumienia, że jego czas dobiegł końca, chce zostać doradcą. Ma wiedzę i doświadczenie, więc wydaje mu się, że to najprostsza droga. Rzecz w tym, że często jest to ślepy zaułek, bo na przykład nie potrafi swojej wiedzy sprzedać. Znam wybitnego korporacyjnego menedżera, który bezskutecznie usiłował znaleźć miejsce na rynku konsultingu, aż wreszcie został lalkarzem. Dziś robi kukiełki i jest szczęśliwy, bo zawsze go to bawiło. Miał hobby, do którego powrócił po latach korporacyjnej kariery. Gdyby wcześniej zbudował sobie plan awaryjny, nie przeszedłby wielu rozczarowań i upokorzeń.

– Dyrektor HR jest jednak odpowiedzialny za zarządzanie zasobami ludzkimi, więc powinien pomóc odnaleźć pracownikowi jego miejsce, w końcu nie zawsze zmiana musi oznaczać opuszczenie firmy – nie dawała za wygraną Iwona D. Bartczak, szefowa KDF Dialog, prowadząca spotkanie. – Dyrektor HR może rzeczywiście pomóc, gdy zmiana ma mieć charakter ewolucyjny – przyznał Marek Prujszczyk. Gdy ktoś chce się przebranżowić w ramach firmy, opuścić na przykład dział finansów i zająć się HR lub sprzedażą. Ale inicjatywa musi wyjść od samego zainteresowanego. To on musi zdecydować, czy chce w firmie pozostać i co chce w niej robić. Z drugiej strony reakcja firmy może być różna. Może przyjąć taką inicjatywę z otwartością i udzielić zainteresowanemu wsparcia, a może go potraktować podejrzliwie i uznać, że coś z nim nie tak. To zależy od kultury korporacyjnej.

Janusz Buława, dyrektor finansowy Lafarge, miał jednak wątpliwości, czy zmianę stanowiska można utożsamiać z rozwojem zawodowym: – Niewykluczone, że po trzech-czterech latach pracy można mieć na tyle dobrze zidentyfikowane obszary, by wiedzieć, jakie możliwości rozwojowe oferuje firma, ale nawet wtedy potrzebne jest jakieś wsparcie z zewnątrz. I nie mam na myśli wyłącznie szkoleń. – Najważniejsze, by nie ograniczać się do własnej korporacji, w jednych funkcjonuje tak zwana karuzela stanowisk, w innych nie – tłumaczył Piotr Wielgomas. Jeśli chcemy zmiany, musimy sami ją zainicjować. I to zanim nie będzie za późno, zanim korporacja z nas nie zrezygnuje. Trzeba wiedzieć, do czego dążymy, co ma być na końcu naszej zawodowej drogi. Jeśli chcemy się przebranżowić w ramach korporacji, dobrze jest najpierw rozpocząć współpracę z tym docelowym działem.

Czas na zmiany

Piotr Wielgomas zwrócił uwagę na syndrom wypalenia, który dotyka wielu menedżerów i jest argumentem na rzecz tworzenia planu B: – Syndrom wypalenia albo odejścia wewnętrznego charakteryzuje się tym, że tracimy motywację, w efekcie pozorujemy pracę w przekonaniu, że inni tego nie zauważają, ale tkwimy w błędzie – przekonywał. Pierwszym sygnałem, że należy uruchomić plan B, jest właśnie utrata motywacji. Trzeba jednak taki plan mieć w zanadrzu. Trzeba też mieć odwagę, by go realizować, bo przecież każda zmiana niesie ze sobą dyskomfort. Marek Prujszczyk zauważył, że plan B, jeśli w ogóle istnieje, bywa zbyt długo odsuwany w czasie. Teraz na przykład decyzję o zmianie może powstrzymywać kryzys. – Ten kryzys ma jednak moim zdaniem cechy stanu permanentnego – mówił. Lepiej już było. Wiele firm i wielu menedżerów ten fakt ignoruje, zamiast spojrzeć prawdzie w oczy i zacząć przystosowywać się do nowych warunków. Świat się zmienia, a my żyjemy przeszłością.

– Nie należy czekać na jakikolwiek sygnał zewnętrzny, choćby w relacji z firmą – przestrzegał w tym samym duchu Piotr Wielgomas. Gdy stwierdzimy zbliżający się stan wypalenia, gdy zaczynamy tracić motywację, należy działać szybko, nie odwlekać tej operacji, bo później będzie ona jeszcze bardziej bolesna, a pewnie i mniej skuteczna. Nie można się rozleniwiać, trzeba łapać wszelkie kontakty, szkolenia, póki jeszcze jest to możliwe. A najważniejsze zdobyć się na odwagę. Pomoże proste ćwiczenie z kartką papieru, na której będą dwie rubryki: szanse i zagrożenia. Jeśli chętniej wpisywać będziemy szanse, to znak, że natychmiast powinniśmy przystąpić do działania.

– To pewnie dobra rada, ale menedżerowie cały swój czas poświęcają firmie, w której akurat pracują – zauważył Dariusz Wyrosławski, dyrektor w Bunge (m.in. „Kruszwica”). Jestem korporacyjnym menedżerem od 25 lat i bez przerwy widzę powtarzające się sytuacje: mamy przejęcie, prezes rozpływa się w samouwielbieniu i nagle dosięga go złota strzała. Po takiej porażce tylko jeden z sześciu zdołał się odnaleźć. To był Włoch, całkowicie się przebranżowił i teraz zarządza szpitalami w swoim kraju. Smutna prawda jest taka, że menedżerowie nie mają czasu na przygotowanie sobie miękkiego lądowania.

Zadbać o własny wizerunek

Z tego wniosek, że nie wystarczy być korporacyjnym menedżerem, trzeba być także menedżerem własnej kariery i własnego życia. – Jeśli ktoś poświęca sto procent czasu i energii na pracę zawodową, to znaczy, że źle organizuje sobie życie – zawyrokował Piotr Wielgomas. Trzeba zostawić sobie co najmniej dziesięć procent na własne interesy i na budowanie relacji, które mogą się przydać w przyszłości. Zdobyć potrzebne umiejętności, na przykład zrobić prawo jazdy. Znam przypadek dyrektora finansowego, który pomyślnie przeszedł przez cały proces rekrutacji, ale nie dostał wymarzonej funkcji, bo nie miał prawa jazdy. Nieraz dyskredytują nas drobiazgi, więc powinniśmy na bieżąco dbać o nasze atuty. Odbyć wszystkie potrzebne szkolenia, zdobyć przydatne umiejętności, bywać na prestiżowych spotkaniach i środowiskowych konferencjach, lansować siebie i swoje nazwisko, słowem być rozpoznawalnym. Głęboko wierzę w to, że najważniejsze są relacje osobiste. Natomiast nie wierzę w ogłoszenia o pracę. W firmach rekrutacyjnych nikt nie czyta setek złożonych aplikacji, kandydaci trafiają po prostu do bazy i czekają na zapytanie z rynku. To może trwać bardzo długo i nie musi zakończyć się sukcesem.

Do zmiany nikt się nie rwie, ponieważ zawsze wiąże się ona z dyskomfortem, nawet jeśli przechodzimy na inne stanowisko w naszej firmie lub na podobne w innej firmie, nie mówiąc już o rozpoczęciu własnej działalności gospodarczej. – U nas każda zmiana postrzegana jest przez otoczenie negatywnie – dowodził Marek Prujszczyk. Zwłaszcza jeśli trzeba zejść krok niżej. Najgorzej jest wtedy, gdy tracimy stanowisko w korporacji i zaczynamy rozglądać się za inną pracą lub za inną formą aktywności zawodowej. Wtedy najczęściej okazuje się, że dawni koledzy już nas nie rozpoznają, że znajomi nie mają dla nas czasu, nawet własna rodzina patrzy na nas nieufnie. Straciliśmy stanowisko, służbowy samochód, telefon, sekretarkę, a więc wszystkie zewnętrzne auty sukcesu. W oczach otoczenia jesteśmy przegrani. Takich przypadków jest dziś więcej niż w przeszłości. Kiedyś menedżer, który pracował u Siemensa, bez problemu znajdował nową pracę. Teraz jest inaczej. Gdy przeprowadzono redukcję na średnich szczeblach menedżerskich, wielu zostało na lodzie, bez pracy i bez pomysłu na to, co dalej.

– Likwidacja średnich szczebli menedżerskich, szczególnie średnich szczebli regionalnych jest obecnie dość częstą praktyką – zgodził się Piotr Wielgomas. Jeśli ci ludzie wcześniej nie przygotowali się na zmianę, jeśli nie mieli koncepcji, co dalej, czyli właśnie planu B, zostają na lodzie. Najczęściej przychodzi im do głowy założenie własnej firmy doradczej. Problem polega na tym, że nic do tej pory nie zrobili, by tak funkcjonować, nie mają zleceń, nie mają klientów. To pokazuje jak ważne są relacje, znajomości, rozpoznawalność na rynku. O te atuty trzeba zadbać wcześniej.

Na koniec powróciło pytanie, od którego rozpoczęliśmy nasze spotkanie: czy można oczekiwać, że HR pomoże pracownikowi rozwinąć się, zdobyć szlify menedżera? Marek Prujszczyk nie krył sceptycyzmu: – Tak, ale.... Po pierwsze, oczekiwania pracownika muszą zejść się z potrzebami firmy. Po drugie, nigdy nie ma pewności, czy pracownik nie zamierza wykorzystać nowych wartości, o które zostanie wzbogacony, do zbudowania sobie lepszej pozycji na rynku, słowem czy nie będziemy inwestować w konkurencję lub rządanie wyższej płacy. Można sobie wyobrazić również sytuację, że inwestujemy w przyszłość. Pojawia się jednak pytanie, kiedy po tę inwestycję sięgniemy? Jeśli rozwijamy pracowników ponad granicę tego, co potrzebujemy, wychowujemy frustratów. Na pomoc HR można więc liczyć w granicach rozsądku. Przede wszystkich pracownik – czy to specjalista czy dyrektor - sam musi zadbać o siebie i swoją przyszłość.
2.02.2012

Relacje ze spotkań Business Dialog 2012/02/02 - 18:50 Źródło

Menedżerowie lubią występować w mediach, ale pod jednym warunkiem – że wypadną w nich dobrze. Dziennikarze natomiast wszędzie węszą sensację – można odnieść wrażenie, że im gorzej, tym lepiej. Jak ustrzec się przykrych niespodzianek, pamiętając jednocześnie, że opinia publiczna ma prawo do informacji, a media są ich przekaźnikiem? Jak rozmawiać z dziennikarzami, by wilk był syty i owca cała? Na spotkaniu Klubu Dyrektorów Finansowych „Dialog”, które odbyło się 15 grudnia 2011 r. w Warszawie, próbowaliśmy poszukać odpowiedzi na te pytania, sformułować zasady relacji biznesu ze światem mediów, a przede wszystkim zrozumieć zawód dziennikarza i jego obecne uwarunkowania.

Temat okazał się interesujący dla klubowiczów, którzy bardzo licznie przybyli do Flika, choć być może również dlatego, że było to spotkanie podsumowujące bardzo pracowity rok w Klubie Dyrektorów Finansowych „Dialog”. Gościem specjalnym spotkania był Roman Młodkowski, szef TVN CNBC, doświadczony dziennikarz ekonomiczny. Iwona D. Bartczak, szefowa KDF Dialog, prowadząca dyskusję, spytała go, gdzie zwykle szuka informacji – u ekonomistów, w statystykach czy bezpośrednio w biznesie, u menedżerów firm? Roman Młodkowski przyznał, że niektóre branże są dla dziennikarza ekonomicznego języczkiem u wagi, na przykład logistyka, ale zasadniczo menedżerowie posiadają wiedzę wycinkową i mają tendencję patrzenia na problemy gospodarcze z punktu widzenia własnej firmy. – Dodatkowo, szanse, że będzie to szczera rozmowa są nikłe – zaznaczył. W 2008 r., gdy kryzys finansowy już szalał, ekonomiści, których zapraszaliśmy do studia, powtarzali, jak mantrę, że fundamenty polskiej gospodarki są zdrowe, a złoty będzie się umacniał. W tym samym czasie ich koledzy w bankach sprzedawali firmom opcje walutowe. Po kilku miesiącach, gdy zamarł rynek kredytów i pożyczek, przedstawiciele sektora bankowego nie zmienili tonu, przekonywali, że polskie banki są bezpieczne i w jak najlepszej kondycji. Dlatego dziennikarz powinien zdobywać informacje z różnych źródeł. Nie można słuchać tylko jednej strony.

Pas transmisyjny

– Jak jednak prezesi i dyrektorzy mają rozmawiać z dziennikarzami? – nie dawała za wygraną Iwona D. Bartczak. – Rola dziennikarza ekonomicznego polega na budowaniu kanałów komunikacji – starał się dać jakąś wskazówkę Roman Młodkowski. Opinia publiczna jest głodna informacji, ale pytania, jakie chciałaby zadać, mogą być niezrozumiałe dla specjalistów, posługujących się systemem pojęciowym i językiem niezrozumiałym dla przeciętnego odbiorcy. Zadaniem dziennikarza jest zadać odpowiednie pytania i uzyskać odpowiedzi, które będą zrozumiałe dla wszystkich. Dziennikarz to pośrednik między tymi, którzy informacje posiadają, a tymi, którzy chcą być poinformowani. Dziennikarz ekonomiczny zadaje pytania zarządowi spółki po to, by akcjonariusze mogli zrozumieć jego plany i intencje.

– Ale jest problem: dziennikarze są często nieprzygotowani do rozmowy z zarządem – skarżyli się uczestnicy spotkania. Roman Młodkowski nie krył, że u nas takie sytuacje się zdarzają, bo brakuje dziennikarzy-specjalistów, inaczej niż w USA, gdzie wielu dziennikarzy było w przeszłości nawet prezesami instytucji finansowych czy innych dużych spółek. – Z dziennikarzami jest jak z prawnikami – dowodził – Prawnik zajmujący się prawem budowlanym politechniki nie kończył, ale wie jakie są rodzaje betonu, inżynier zna się lepiej na betonie, ale nie mógłby go zastąpić w sądzie. Dziennikarz jest przede wszystkim specjalistą od komunikacji i żaden prezes go w tym nie zastąpi. Ale u nas dominuje kategoria dziennikarzy newsowych, którzy nie specjalizują się w jakiejś konkretnej dziedzinie. Ich zadanie polega na tym, by na gorąco powiedzieć, co się wydarzyło. Muszą mieć szybką orientację i umiejętność opowiedzenia tego, czego się dowiedzieli lub co zobaczyli.

Szczerość i zaufanie

– Od czego jednak zacząć rozmowę z dziennikarzem? – drążyli klubowicze. – Trzeba przyjąć, że dziennikarz wie, o co pyta i po prostu odpowiedzieć – usłyszeli. Jeśli odpowiedź będzie niezrozumiała, dziennikarz zada kolejne pytanie. Najważniejsze, by być szczerym. Można nie odpowiedzieć na pytanie dziennikarza, jeśli sprawa jest poufna, ale tak właśnie należy to wytłumaczyć. Najgorsze, co można zrobić, to zgodzić się na wywiad, a potem nic nie powiedzieć, bo wtedy rozmówca, a nie dziennikarz, wychodzi na niekompetentnego.

Maciej Iwankiewicz z Gravat Group zwrócił uwagę, że na kontakty z dziennikarzami często rzutują zaburzenia komunikacyjne w firmach: – W wielu firmach brakuje rozróżnienia między PR a marketingiem. W tych zespołach pracuje wielu niekompetentnych ludzi. – Zaburzenia komunikacyjne, brak szczerości – to bolączki dobrze nam znane – przyznał Roman Młodkowski. Mój sąsiad, właściciel pewnej dużej firmy, wyznał mi, że zmówili się z kolegami, biznesmenami z pierwszych stron gazet, że w czasie kampanii wyborczej będą głosili, iż w Polsce nie ma kryzysu. I jak tu wierzyć ludziom biznesu?

– To po co w ogóle z nimi rozmawiacie? – spytali równocześnie Mariusz Grajda, dyrektor finansowy Coty Polska i Cezary Klimont z Totalizatora Sportowego – Ja osobiście mam złe doświadczenia z dziennikarzami ekonomicznymi, bo bardziej interesują się polityką niż biznesem – dodał Klimont. Psów na prezesach bym nie wieszał, bo oni także mogą mieć podobne doświadczenia. Nigdy nie wiadomo, co dziennikarz zrobi z uzyskaną informacją. Mamy więc nie tylko problem szczerości prezesów, ale i zaufania do dziennikarzy.

Boimy się rozmawiać z dziennikarzem, bo nie wiemy, jak on przetworzy naszą wypowiedź. – Jest jednak na to sposób – tłumaczył Roman Młodkowski. Trzeba na początku rozmowy jasno określić warunki i zasady, w tym ewentualną autoryzację wypowiedzi. Niektóre redakcje, na przykład Reuters, z zasady nie autoryzują tekstów, trudno także autoryzować wypowiedzi w mediach elektronicznych, ale w prasie jest taka możliwość. Jeśli rozmówca zastrzega, że jakaś informacja nie powinna zostać upubliczniona, to nie powinna. Pamiętać jednak należy, że rozmowa z dziennikarzem nie jest rozmową prywatną, należy więc mówić tylko to, co może zostać wykorzystane. Mówić językiem jasnym i zrozumiałym, a nie meta-językiem. I co najważniejsze – z mediami trzeba rozmawiać, nawet jeśli sytuacja firmy jest trudna. Najgorsze, co można zrobić, to odmówić odpowiedzi na trudne pytania. Odmowa jest odpowiedzią. Jeśli dziennikarz to napisze lub powie, nie będzie już musiał dodawać, że firma bankrutuje.

Ale media są nierzetelne, nie oddzielają informacji od komentarza, przekazują opinii publicznej niepotwierdzone informacje. – Niepotwierdzone informacje to problem – przyznał Roman Młodkowski. Gdy upadał Lehman Brothers, CNBC miał dylemat: mówić – nie mówić. Otóż – mówić. Media mają służyć społeczeństwu, mają ostrzegać przed ryzykiem, dlatego nawet niepotwierdzoną informację trzeba podać, ale trzeba też zaznaczyć, że taki ma status: niepotwierdzona. Tego wymaga dziennikarska uczciwość. Gdyby nasze media konkurowały wiarygodnością, nie byłoby wielu problemów, o których mówimy.

Tabloidyzacja mediów

Dlaczego więc media nie konkurują dziś wiarygodnością? Bo w ostatnim dziesięcioleciu diametralnie zmieniła się ich sytuacja biznesowa, a przyczyniła się do tego rewolucja technologiczna. Internet i portale internetowe w dużym stopniu odciągnęły od tradycyjnych mediów odbiorców, a w konsekwencji również reklamodawców. – Destrukcyjne działania reklamodawców są przyczyną tabloidyzacji mediów – stwierdził Roman Młodkowski. Media pracują dla odbiorców, ale ci nie zapewniają im odpowiedniego finansowania, potrzebna jest trzecia strona – reklamodawcy. Ci dzisiaj mają więcej możliwości, bo są portale, które działają bardzo agresywnie. Portale żądają często opłat za publikuję naszych dziennikarskich materiałów, bo uważają, że są najlepszym nośnikiem reklamy i tak też są postrzegane przez reklamodawców. Kryzys gazet rozpoczął się wtedy, gdy ogłoszenia drobne powędrowały do Internetu. Tradycyjne media muszą dziś przyciągać reklamodawców dużymi upustami, na które nie zawsze je stać, więc nieraz godzą się na tworzenie tekstów czy programów pod reklamę. Dla dziennikarza jednak nie ma nic bardziej frustrującego niż kryptoreklama. Zawsze jest to dla niego upokarzające.

Powrócił problem zaburzeń komunikacyjnych w firmach oraz destrukcyjnych działań podejmowanych przez działy marketingu i PR zasygnalizowany wcześniej przez Macieja Iwankiewicza. – Młodzi ludzie w tych działach zarządzający wielkimi pieniędzmi dowiedzieli się, że „spot is dead”, więc domagają się od mediów niestandardowej oferty, którą określić można mianem dodatkowego wsparcia – kontynuował Roman Młodkowski. Nieświadomie niszczą dziennikarską niezależność i wiarygodność biznesu mediowego.

Jakie są rokowania? – Nawoływania do etycznych działań nic nie dadzą – stwierdziła Iwona D. Bartczak. Potrzebna jest zmiana modelu biznesu mediów. Niestety, wydawcy z wymyślaniem tych modeli nie nadążają za roszczeniowymi pomysłami reklamodawców. – To wszystko pewnie prawda, ale nie zgadzam się z uogólnionym czarnym obrazem mediów – zaprotestował Marcin Ledworowski, wiceprezes BIG InfoMonitor. Nie wszyscy dziennikarze są niekompetentni, nie wszyscy dają się łatwo zmanipulować. Nieraz publikują coś, co nie jest zgodne z naszymi interesami czy wyobrażeniami, ale przecież mają do tego prawo. Niektóre redakcje twardo trzymają się swoich opinii i żadne naciski nie są w stanie tego zmienić. Uważam, że dobrzy dziennikarze są niezależni, a więc również wiarygodni.

17.12.2011

Relacje ze spotkań Business Dialog 2011/12/17 - 13:16 Źródło

O czym jeszcze można zdecydować, przygotowując sprawozdania finansowych za 2011 rok? Wbrew pozorom, pole manewru ciągle istnieje i jest ono całkiem szerokie. Przekonywali o tym Piotr Świętochowski, dyrektor w Deloitte Audyt oraz Aleksander Kot, senior manager w Deloitte Doradztwo Podatkowe, podczas spotkania Klubu Dyrektorów Finansowych „Dialog”, które odbyło się 26 października 2011 r. w Warszawie.
 
Zbliżający się koniec roku to dobry okres, by zastanowić się, co i kiedy zamierzamy zrobić. – Niektóre zdarzenia można przyspieszyć lub opóźnić. Na każde działanie w obszarze wyniku trzeba patrzeć w perspektywie kilkuletniej – podpowiadał Piotr Świętochowski. Można też przyjrzeć się stosowanym do tej pory zasadom rachunkowości i zastanowić się, czy odpowiadają one aktualnym standardom raportowania branży, czy dobrze odzwierciedlają sposób w jaki jest prowadzony business i adekwatnie zmienić sposób ujmowania niektórych informacji w sprawozdaniu finansowym. Kryzys, który jeszcze nie odcisnął się na naszej gospodarce, choć już czuć jego podmuchy, sprzyja restrukturyzacjom. Teoretycznie restrukturyzować firmy powinno się w okresie prosperity, ale doświadczenie uczy, że wówczas trudno jest wytłumaczyć pracownikom potrzebę zmian, w tym zwłaszcza korektę zatrudnienia. Jeśli więc zarząd ocenia, że bez zwiększenia efektywności firmie trudno będzie przetrwać trudne czasy, że wyniki 2011 r. będą gorsze niż 2010 r., warto zastanowić się właśnie teraz nad uruchomieniem procesów restrukturyzacyjnych.
 
Rezerwa na restrukturyzację
 
Restrukturyzacja firmy może polegać na dostosowaniu bazy handlowej lub produkcyjnej do spadających przychodów bądź na centralizacji niektórych funkcji, co zawsze pociąga za sobą koszty. Są to koszty odpraw dla pracowników, ale nie tylko, często również koszty zwalnianej powierzchni np. biurowej. – Trzeba się zastanowić, kiedy te koszty ujmujemy, w tym roku czy w przyszłym – kontynuował Piotr Świętochowski. To decyzja dyrektora finansowego, która będzie miała wpływ na wynik finansowy. Zawsze jest ryzyko, czy nadto się nie pospieszyliśmy, obciążając właśnie tegoroczny wynik, albo czy nie przespaliśmy szansy na zmiany. Jeżeli jednak koszty restrukturyzacji, czyli rezerwa na restrukturyzację ma być ujęta w tym roku, decyzja musi zapaść w tym roku i w tym roku zostać ogłoszona. To warunki brzegowe. Dobrze jest też rozpocząć restrukturyzację jeszcze w tym roku, choć nie jest to absolutnie niezbędne. Koniecznie natomiast trzeba szybko opracować plan restrukturyzacji i ogłosić go zainteresowanym. Plan powinien zawierać obszary redukcji stanowisk, lokalizacje, działy, przybliżoną liczbę zwalnianych pracowników oraz szacunkowe koszty restrukturyzacji. Inaczej nie będzie zobowiązania na koniec roku. Szczegółowa lista z nazwiskami, kogo konkretnie planujemy zwolnić, nie jest potrzebna.
 
Warto jednak zaznaczyć, że w procesie restrukturyzacji mogą występować tak zwane umowy rodzące obciążenia, czyli takie, które powodują, że koszty wypełnienia obowiązku przewyższają korzyści. – Jeśli na przykład zmniejszamy zajmowaną powierzchnię o 1000 metrów kwadratowych przy cenie najmu 18 euro za metr i umowie, która miała trwać jeszcze trzy lata, a podnajemca, którego znaleźliśmy, godzi się płacić jedynie 12 euro za metr, to z rachunku wynika, że miesięcznie będziemy musieli dopłacać do tej powierzchni 6 tys. euro – wylicza Piotr Świętochowski. Załóżmy, że właściciel nieruchomości deklaruje, iż może zmienić umowę, ale pod warunkiem, że zapłacimy mu 200 tys. euro. To są koszty mniejsze niż w przypadku wariantu z podnajemcą (tj. EURO 216k – 36 miesięcy, po EURO 6k). I tę właśnie kwotę, czyli 200 tys. euro, musimy ująć w rezerwie, bez względu na to, który wariant wybraliśmy. Zasada jest taka, że stratę zawsze ujmujemy w niższej wartości, a więc rezerwę tworzymy na niższą kwotę. Mówi o tym MSR 37. Na przykład w trakcie kryzysu 2009 roku umowy rodzące obciążenia wystąpiły w firmach transportowych, które korzystały z leasingu operacyjnego. W przypadku nierentownych umów leasingowych stosujemy tę samą zasadę, ujmując stratę w mniejszej wartości. Przy okazji warto przypomnieć, że obowiązek tworzenia rezerw odnosi się do wszystkich nierentownych kontraktów, jakie podpisaliśmy.
 
Podatkowe rozczarowania
 
Aleksander Kot dodał, że rezerwy restrukturyzacyjne są bolesne również dla firm z powodów podatkowych. – Rezerwy obciążają wynik finansowy, ale nie wchodzą do rozliczeń podatkowych – stwierdził. To wywołało falę pytań, bo przecież restrukturyzacja jest pojęciem szerokim. – Jak wygląda ochrona źródeł uzyskiwania przychodów – zastanawiał się Robert Zaranowicz, dyrektor finansowy TNS-OBOP. Uzyskał odpowiedź, że o ile koszty są racjonalnie związane z oczekiwanymi przychodami możemy bronić ich odliczenia, jednak czasami można natknąć się na zaskakujące rozstrzygnięcia władz skarbowych stanowiących że koszt nabycia źródła przychodów nie stanowi kosztu w podatku dochodowym. Interpretacje bywają sprzeczne z logiką.
 
W takim przypadku już można iść na wojnę (sądową) – zawyrokował Aleksander Kot. Generalnie jest tak, że gdy prosimy o interpretację przepisów, organom podatkowym łatwiej jest powiedzieć „nie” nawet w oczywistej sprzeczności ze zdrowym rozsądkiem, gdy jednak w grę wchodzą już jakieś zainwestowane pieniądze (i potencjalne odsetki należne podatnikowi po wygranym sporze), poziom restrykcyjności zarówno skarbówki, jak i sądów słabnie.
 
Violetta Jasińska-Jaśkowiak, dyrektor biura podatków i ubezpieczeń PGNiG, interesowała się rozliczeniem kosztów z tytułu nabycia praw, które zostały nabyte w celu zbycia, ale przez jakiś czas są użytkowane, bo przynoszą przychód. Według Aleksandra Kota, nabycie praw w takim przypadku można potraktować jako koszty pośrednie i rozliczać na bieżąco. Trzeba jednak mieć na uwadze, że rozstrzygnięcia w takich sprawach są różne, trudno więc jednoznacznie mówić o dobrych i nie rodzących żadnego ryzyka rozwiązaniach.
 
Zmienne zasady
 
Nieraz spółki dla doraźnych celów, dla obrony wyników, próbują zmieniać zasady prowadzenia rachunkowości lub zasady ustalania szacunków. – Jest to broń obosieczna – przestrzegał Piotr Świętochowski. Zmiany zasad rachunkowości powinny wynikać ze zmiany prawa lub z dostosowania własnych zasad do specyfiki biznesu lub standardów raportowania. Zarządzanie wynikiem poprzez takie zmiany jest raczej niemożliwe, to częściej ich efekt uboczny i w większości przypadków dotyczy jedynie tego roku, w którym zostały ujęte. Nieraz poprzez takie zmiany udaje się poprawić wynik finansowy, ale muszą istnieć przesłanki, by je wprowadzić. Audytorzy i regulatorzy rynków kapitałowych zwracają na to baczną uwagę.
 
Większe możliwości z punktu widzenia zarządzania wynikiem przynoszą zmiany ustalania szacunków. – Jednak istotnych korzyści należy oczekiwać dopiero wówczas, gdy nastąpiła rzeczywista zmiana prowadzenia biznesu, a spółka cały czas używa niezmienione i niedostosowane to aktualnej sytuacji sposoby ustalania wielkości szacunkowych. Np. gdy zmieniła się struktura klientów, intensywność wykorzystania majątku trwałego, sposób zarządzania należnościami, czy zapasami, wtedy można rozważyć zmianę sposobu ustalania wartości szacunkowych – tłumaczył Piotr Świętochowski. W związku z tymi realnymi zmianami można zweryfikować okres amortyzacji środków trwałych, sposób tworzenia rezerw na wolnorotujące zapasy czy na złe długi. Wpływ zmiany szacunków ujmuje się w rachunku zysków i strat danego roku, nie koryguje się danych porównawczych. Dokonując takich zmian warto przemyśleć, jak wpłyną one na nie tylko na wyniki tego roku, ale i następnych lat, może się bowiem okazać, że jest to korzyść krótkotrwała. Pewien deweloper zmniejszył swojego czasu rezerwy na należności, a wkrótce potem ich portfel zaczął się pogarszać. Trzeba więc zachować umiar i rozsądne proporcje między ostrożnością, a wystawianiem firmy na zbyt duże ryzyko. Audytorzy z dużą uwagą przyglądają się sposobom liczenia rezerw i ich realizacji.
 
Aleksander Kot dodał, że o ile zmiana zasad ustalania szacunków jest neutralna z punktu widzenia podatków to już zmiana umowy precyzująca zasady rozliczeń z kontrahentami może mieć znaczenie podatkowe, np. zmieniając neutralną zaliczkę w koszt możliwy do rozliczenia już w tym roku podatkowym.
 
Oszczędności na kryzys
 
Gdy przychody rosną szybciej niż koszty, nikt nie myśli o racjonalizacji kosztów, w czasach kryzysu trudno raczej o zwiększenie przychodów firmy, pozostaje więc szukanie oszczędności. – Wiele firm, chcąc poprawić wyniki, opracowuje i realizuje programy optymalizacji kosztów, ale tylko nieliczne dają wymierne i długotrwałe efekty – mówił Piotr Świętochowski. Na ogół jest to kosmetyczny remont, przypomina to malowanie zawilgoconej ściany, z której farba szybko odpada. Znam jednak przykład perfekcyjnie przeprowadzonego projektu, w którego realizację zaangażowany był cały zarząd i wszyscy równo ponosili ból oszczędności. Moim zdaniem, to jest właśnie klucz do sukcesu.
 
Według Piotra Świętochowskiego, program optymalizacji kosztów trzeba dokładnie zaplanować, rozpisać na etapy i role oraz nastawić się na to, że będzie raczej długi proces. – W firmie, o której mówię, diagnozowanie sytuacji trwało dwa miesiące, a projektowanie zmian trzy miesiące – kontynuował. Doradcy zewnętrzni zaangażowani byli na pierwszym etapie, dostarczyli danych porównawczych dotyczących branży i firm konkurencyjnych. Wówczas też nastąpiła identyfikacja kosztów redukowalnych, ustalenie priorytetów oraz określenie celu finansowego. Zanim przygotowano program redukcji etatów i wynagrodzeń, zweryfikowano pomysły na dole, u pracowników. Po ogłoszeniu projektu, przystąpiono do wdrożenia, które trwało siedem miesięcy. Do realizacji każdego pomysłu przydzielona była osoba odpowiedzialna, która co miesiąc raportowała postępy wdrożenia.
 
Uczestnicy spotkania interesowali się, kto był głównym odpowiedzialnym za projekt i jaką rolę odegrał dyrektor finansowy. Usłyszeli, że pierwsze skrzypce grał nie dyrektor finansowy lecz prezes. Dyrektor finansowy odpowiadał za swój dział, a także był dostawcą informacji. Nie zajmował więc pozycji szczególnie uprzywilejowanej. – Wszyscy uczestnicy projektu stanęli w obronie rentowności, a rolę głównego odpowiedzialnego wziął na siebie prezes, właśnie dlatego program zakończył się sukcesem – skomentował Piotr Świętochowski.
 
Dyrektorzy finansowi byli trochę zawiedzeni, bo optymalizacja kosztów to ich działka. Spodziewali się bardziej ścisłej współpracy dyrektora finansowego z prezesem na wszystkich etapach projektu. To otworzyło wątek dyskusji o roli dyrektora finansowego w firmie. Częściej jest traktowany jak kontroler finansowy niż jak menedżer, który powinien mieć wpływ na kształtowanie celów i strategii firmy.
 
Efektywność podatkowa
 
Niewątpliwie wpływ na wynik finansowy ma efektywność podatkowa. Aleksander Kot mówił o efektywności podatkowej kosztów finansowych, elastyczności momentu rozpoznania przychodów finansowych, rozliczeniach kursowych, strukturach hybrydowych, kredytach i finansowaniu projektów z kredytu obrotowego, odsetkach od kredytów, kapitalizacji odsetek.
 
W dyskusji wypłynął wątek, czy podejście rachunkowe może zmienić podejście podatkowe. Odpowiedź: Przepisy rachunkowe, zgodnie z utrwaloną linią orzecznictwa nie powinny powodować skutków podatkowych. Także tam, gdzie przepisy podatkowe odwołują się do regulacji rachunkowych, choćby w odniesieniu do kwestii zarachowania kosztów praktyka rachunkowa nie przesądza ostatecznie o traktowaniu podatkowym wydatku.
 
Aleksander Kot podpowiadał, że nieraz straty na wartości godziwej możemy można wykorzystać podatkowo. Są aktywa, na których tracimy. Czy warto je przesuwać? Czy przesunięcie podmiotu w ramach grupy nie pozwoli rozpoznać straty? Dyskutanci pytali, czy przesunięcie majątku w ramach grupy ze stratą pozwoli bezpiecznie uzyskać oszczędności na podatkach. Aleksander Kot odpowiadał, że jeśli strata jest bezsporna i a transakcja dokonana na warunkach rynkowych przesunięcie aktywów w ramach restrukturyzacji holdingu nie będzie trudne do obrony.
 
Firmy, zwłaszcza te, które są córkami zagranicznych spółek realizują obrót w Polsce, ale nie płacą podatku dochodowego, bo transferują zyski. – Czy zatem nie należałoby wprowadzić jakiejś formy podatku obrotowego? – pytała Iwona D. Bartczak, szefowa KDF „Dialog”. –Są sygnały, że niektóre kraje w tym kierunku zmierzają – stwierdził Piotr Świętochowski. Jest projekt opodatkowania banków, a na Węgrzech już takie pomysły są realizowane. Pytanie, czy z takiego obszaru korporacje nie zaczną się wycofywać. – Na Węgrzech opodatkowano wielkie sieci handlowe, które nie dość, że transferują zyski, to jeszcze zabijają lokalny biznes, i nie słychać, żeby ktoś się z tego kraju wycofywał – oponował Robert Zaranowicz. – To proste rozwiązanie, ale czy będzie efektywne – zastanawiał się Aleksander Kot. - Myślę, że wtedy gdy przyjęte rozwiązanie będzie obowiązywało w całej unii, inaczej zawsze znajdą się przepisy, której pozwolą uciec od tego obowiązku, choćby te o unikaniu podwójnego opodatkowania. W każdym razie problem istnieje i trzeba pomyśleć, jak go rozwiązać, by nie wylać dziecka z kąpielą.
4.11.2011

Relacje ze spotkań Business Dialog 2011/11/04 - 13:48 Źródło

Ostatni kryzys nadwątlił zaufanie do banków. W Polsce nie mieliśmy tak dramatycznych doświadczeń jak w USA czy w Europie Zachodniej, jednak skutki kryzysu odczuwane były przez długie miesiące tak przez klientów detalicznych, jak i korporacyjnych. Na pewien czas z powodu braku płynności zamarł rynek kredytów, a dodatkowo wiele firm ucierpiało z powodu opcji walutowych. Dziś sytuacja jest już inna, ale wspomnienia tamtych miesięcy pozostały. Banki zmieniły nieco sposób prowadzenia biznesu, zaczęły być bardziej ostrożne. Tę ostrożność wymusił w pewnym stopniu regulator. Czy nadmierna innowacyjność banków w okresie poprzedzającym kryzys nie pogrzebała starych dobrych wartości, które budowały zaufanie?
 
Na to pytanie próbowaliśmy odpowiedzieć podczas konferencji Klubu Dyrektorów Finansowych „Dialog” i Stockwatch, które odbyło się 30 września 2011 r. w siedzibie warszawskiej Giełdy Papierów Wartościowych. Było ono częścią projektu „Własny tworzymy, cudzy chronimy. Kapitał intelektualny, innowacje, konkurencyjność”, któremu patronuje Polska Prezydencja w UE. Dyskusję wspierali: Lech Kurkliński wykładowca warszawskiej SGH, przedtem członek zarządu wielu banków oraz Tomasz Dankowiakowski, wiceprezes i CFO Hortex Holding.
 
Aktywni chcą nowości
 
Dyskusję zagaił Lech Kurkliński, który przedstawił wyniki różnych badań, krajowych i zagranicznych, świadczące o tym, że kryzys nie podkopał zaufanie Polaków do sektora bankowego. Z badań zagranicznych, przeprowadzonych rok temu, czyli już po przejściu pierwszej, najgroźniejszej fali kryzysu, wynikało, że zadowolonych z usług bankowych w Polsce było więcej niż w innych krajach Europy, aż 73 proc. Zdecydowanie niezadowolonych tylko 2 proc. Nieco gorsze wyniki uzyskał Pentor, ale i w tych ankietach ponad połowa respondentów miała dobre opinie o bankach.
 
Można powiedzieć, że Polska wyszła z kryzysu obronną ręką, więc ludzie nie odczuli zbyt mocno jego skutków i nie mieli powodów, by wylewać żale na banki. Ale to nie jest cała prawda. U nas w przeciwieństwie do krajów wysoko rozwiniętych stopień „ubankowienia” jest wyjątkowo niski. Jak wynikało z zaprezentowanych badań, jedna trzecia społeczeństwa nie korzysta w ogóle z usług bankowych. Ci zaś, którzy korzystają, nie są zbyt aktywni. Jedna czwarta posiada zaledwie jeden produkt bankowy, a 40 proc. - dwa produkty. Wśród bardziej aktywnych mamy jednak dużą grupę ludzi otwartych na innowacje i nowe produkty, aż 11 proc.
 
– To bardzo dobry i optymistycznie nastrajający wynik – skomentował Lech Kurkliński. Jeden z dużych światowych banków zwija w Polsce swoją działalność, bo szefowie z odległej centrali nie docenili wymagań naszych klientów. Wyposażyli bank w drewniane miecze i wysłali na wojnę, na której inni stosują dużo bardziej wyrafinowane narzędzia. Wprawdzie globalny kryzys zaufania, spowodowany tym, że wirtualny świat i innowacje poszły zbyt daleko, objął również w jakimś stopniu Polskę, to jednak badania pokazują, że duża część naszych klientów oczekuje od banków innowacyjności. Jeśli zasadą starej bankowości było „trzy-sześć- trzy”, co oznacza oprocentowanie depozytów na 3, oprocentowanie kredytów na 6 i wyjazd na pole golfowe o trzeciej po południu, to na pewno dziś nie ma już do niej powrotu. Innowacje są potrzebne, bo ludzie ich po prostu chcą.
 
– Ze statystyk wynika jednak, że nasze banki nie są zbyt innowacyjne – próbował dodać dziegciu do tego słodkiego obrazu Marcin Przasnyski, dyrektor finansowy firmy Reprograf i szef portalu giełdowego StockWatch.pl. Kapitał niematerialny w sektorze bankowym stanowi zaledwie 1 proc. aktywów, co plasuje banki na szarym końcu spółek giełdowych. W strukturze bilansu wartości te absorbują wprawdzie 14 proc. kapitałów własnych, więc może coś się ruszyło, ale trudno powiedzieć co konkretnie. Pewnie pieniądze poszły na projekty związane z wizerunkiem.
 
Przasnyski odpowiedzi się nie doczekał, ale można pospekulować. Na produkty bankowe nie ma praw autorskich. Wiadomo jednak, że banki inwestują w technologie, w informatykę, doskonalą systemy, przystosowując je do zmieniającej się oferty. Dzięki tym technologiom właśnie mamy dostęp do ich usług 24 godziny na dobę przez siedem dni w tygodniu, a stara zasada „trzy-sześć-trzy” przestała działać.
 
Firmy chcą relacyjności
 
Sławomir Miłow, współwłaściciel i szef KamaxEstetyka, zwrócił uwagę, że zaprezentowane badania dotyczące satysfakcji klientów, prowadzone były w segmencie bankowości detalicznej. – Gdyby podobne opinie zebrano wśród klientów biznesowych, wyniki nie byłyby dużo gorsze – stwierdził. W sektorze firm oczekiwania innowacyjności są dużo większe. Na przykład współzarządzanie cash flow, jest na to duży popyt, a dobrej oferty na rynku brakuje. Generalnie oferta banków, dla sektora małych i średnich przedsiębiorstw jest niewystarczająca i nie spełnia oczekiwań przedsiębiorców.
 
Mniej krytyczny był Tomasz Dankowiakowski, wiceprezes Hortex. Dowodził, że innowacje nie są w opozycji wobec starych dobrych wartości, którym banki bynajmniej nie przestały hołdować. – Wierzę w bankowość relacyjną, która buduje zaufanie – mówił. Od kilkunastu lat moja firma współpracuje z konsorcjum banków. Są dla nas partnerem w dobrych i złych czasach. Ale innowacje dostrzegam jedynie jako klient detaliczny banków. Uważam, że wielkim osiągnięciem było na przykład zbudowanie bezpiecznego systemu przelewów internetowych. Jednak w bankowości korporacyjnej przełomu nie widzę. Rozmawiałem niedawno z naszą szefową treasury i oboje byliśmy zgodni, że w ciągu ostatnich trzech lat innowacyjności w sektorze bankowym nie przybyło. Oferta produktowa dla korporacji jest ciągle taka sama, choć muszę przyznać, że dobrze zaspakaja nasze potrzeby i nie różni się od tego, co oferują dużym firmom banki za granicą. Nie znaczy to jednak, że nie oczekujemy od banków więcej. Wszystko można robić szybciej, sprawniej i taniej. Szybciej procedować, zmniejszyć koszty transakcyjne, zapewnić bardziej elastyczne warunki finansowania i większe bezpieczeństwo obrotu gotówkowego.
 
– Poziom usług bankowych w Polsce w porównaniu z innymi krajami jest relatywnie wysoki, a w segmencie detalicznym nawet bardzo wysoki – przyznał Lech Kurkliński. Idea bankowości relacyjnej, którą tak cenią klienci, jest atrakcyjna, ale gdyby miała przesądzać o wyborze banku, banki spółdzielcze nie traciłyby znaczenia na rzecz dużych instytucji komercyjnych. Na rynku zachodzą teraz duże zmiany, następuje koncentracja, jedne banki przejmują inne. Santander kupi pewnie Kredyt Bank, a Paribas Millennium. W takiej sytuacji trudno jest mówić o bankowości relacyjnej. Dużo zależy od tego, gdzie tworzona jest strategia, lokalnie czy w odległych centralach. Dużo lepsze wyniki osiągają te banki, w których decyzje zapadają lokalnie, w kraju prowadzenia biznesu. Weźmy choćby Bank Handlowy, który praktycznie nie rośnie, a na domiar złego ma duży odsetek złych kredytów i bank Nordea, który zaczynał z niskiego poziomu, ale w ciągu sześciu lat podwoił akcję kredytową. Po kryzysie banki stopniowo odbudowują zaufanie, ale to już będą inne relacje. Banki są szczególnymi organizacjami, w sytuacji zagrożenia państwo przychodzi im z pomocą, stąd potrzeba regulacji. Z drugiej jednak strony istnieje niebezpieczeństwo przeregulowania. Jeśli do tego dojdzie, płacić będziemy wszyscy.
 
Przywileje lubią odpowiedzialność
 
– Banki są rzeczywiście instytucjami uprzywilejowanymi – zgodził się Tomasz Dankowiakowski. Ale skoro tak, to powinniśmy wymagać od nich większej odpowiedzialności. Tymczasem jest przyzwolenie na to, by prowadziły ryzykowną grę, w której przegranymi są ich klienci. Kryzys zaufania nie powstał z chęci maksymalizacji zysku, lecz z powodu sztucznych, niepotrzebnych innowacji. Banki oferowały klientom biznesowym instrumenty strukturyzowane, opcje walutowe. Przecież te instrumenty nie wypełniały żadnej luki rynkowej. Oczekuję od banków innowacyjności, ale również odpowiedzialności za wprowadzane innowacje. Krotko mówiąc: innowacyjności i respektowania tradycyjnych wartości.
 
– Kto jest bez grzechu, niech rzuci kamieniem – tak problem opcji skomentował Lech Kurkliński, sugerując, że jakiś procent winy ponoszą również firmy, które z takiej oferty banków skorzystały. Zgodził się jednak, że od banków możemy wymagać więcej niż od innych uczestników rynku. – Stąd właśnie potrzeba regulacji bankowego biznesu – dodał.
 
Odejście od wartości może umniejszyć znaczenie innowacji, dlatego tak ważne jest, by ich nie konfliktować – z taką tezą zgodzili się wszyscy uczestnicy dyskusji. Lech Kurkliński podał przykład innowacyjnego mbanku, który zyskał wielu klientów, ale w ostatnim zaliczył wpadkę z klientami, którzy zaciągnęli kredyt hipoteczny ze zmienną stopą procentową we frankach szwajcarskich. – Gdy tendencja była korzystna dla banku, ten zmieniał stopy, a gdy niekorzystna powstrzymywał się od zmiany, na czym tracili klienci – przypomniał. Z niedotrzymywaniem tradycyjnych wartości wiąże się ryzyko deprecjonowania innowacyjności. – Nie ma, a w każdym razie nie powinno być konfliktu między innowacyjnością a wartościami – podsumował Tomasz Dankowiakowski. Problemem są jedynie innowacje sztuczne, nie będące odpowiedzią na zapotrzebowanie klientów.
 
17.10.2011
 

Relacje ze spotkań Business Dialog 2011/10/17 - 23:06 Źródło

Polska przedsiębiorczość – fakt czy złudzenie? To jeden z tematów spotkania zorganizowanego przez Klub Dyrektorów Finansowych „Dialog” i stockwatch.pl, które odbyło się 30 września 2011 r. w siedzibie warszawskiej Giełdy Papierów Wartościowych w ramach programu „Własny tworzymy, cudzy chronimy. Kapitał intelektualny, innowacje, konkurencyjność”. Chcieliśmy bliżej przyjrzeć się mitowi przedsiębiorczego Polaka i wyłuskać ziarna prawdy. Nie było nam łatwiej niż Henrykowi Schiemannowi, który z „Iliadą” w ręku poszukiwał Troi. Do dziś historycy nie mają pewności, co Homer przekazał potomnym – prawdę historyczną czy fantazję – i co w istocie odkrył Schliemann.
 
Zdawałoby się, że jesteśmy w szczęśliwszej sytuacji niż historycy, bo badamy zjawisko współczesne, a nie odległą przeszłość, ale nasza dyskusja obracała się raczej wokół osobistych doświadczeń, a nie twardych faktów. Koniem trojańskim okazał się Dariusz Duma, filozof, coach, prezes Chiltern, który przedstawił swoją definicję człowieka przedsiębiorczego: – Posiada wizję i dąży do jej urzeczywistnienia, ambitny, uparty, szukający współpracowników. Odpowiedzialny za pakiet tych cech jest gen przedsiębiorczości, który u nas przez dziesięciolecia, a może nawet przez stulecia był eliminowany na rzecz genu podporządkowania. Duch przedsiębiorczości może ten gen obudzić, ale na razie efektów nie widać. Śpimy.
 
Kreatywni cwaniacy
 
Myli się ten, kto wyobraża sobie, że na Sali Notowań warszawskiej giełdy, gdzie odbywała się dyskusja, wybuchła salwa protestów. Zaległa cisza, która mogła być oznaką zadumy i rewizji poglądów. Przerwał ją Jarosław Chołodecki, założyciel Stowarzyszenia Mieszkańców Ulicy Smolnej, współtwórca stowarzyszenia Inicjatywa Firm Rodzinnych, społecznik, animator, prywatny przedsiębiorca, niezależny kandydat do Senatu, który prowadzi kampanię wyborczą objeżdżając Opolszczyznę, skąd kandyduje, na rowerze : – Uważam, że jesteśmy przedsiębiorczy i kreatywni, i tym się wyróżniamy wśród sąsiadów. Proszę spojrzeć na Niemców z landów wschodnich, to oni śpią. Owszem, jest u nas trochę awanturnictwa, co widać na przykład w architekturze, ale wielu ludzi ma potrzebę robienia czegoś dla satysfakcji i dla sensu, i działa efektywnie.
 
– Moje doświadczenia są inne – nie dawał za wygraną Dariusz Duma. Gdy słucham wypowiedzi przedsiębiorców, którzy mówią, że państwo ich nie wspiera, a powinno, gdy widzę rozpaczliwe starania ojców-założycieli firm, by synowie zechcieli przejąć po nich schedę, utwierdzam się w przekonaniu, że śpimy. Pragnienie świętego spokoju jest wszechogarniające. I do tego jeszcze dochodzi przekonanie, że każdemu należy się pomoc państwa, bo przecież dysponuje ono ogromnymi pieniędzmi, budżetem.
 
– Przedsiębiorczość jest u nas mylona z życiową zaradnością, a nawet z cwaniactwem – potwierdził Olgierd Bagniewski, główny ekonomista Klubu Dyrektorów Finansowych „Dialog” , analityk hamburskiego East Stock Informationdienst. Zaradni nie muszą być produktywni, bo można odnosić sukcesy okradając innych. Przedsiębiorczość oznacza produktywność w skali społeczeństwa, gospodarki. Jest to umiejętność tworzenia produktywnych struktur. Argument, że jesteśmy kreatywni, bo potrafimy sobie radzić w trudnych sytuacjach, nie przekonuje mnie, bo znacznie trudniejsze warunki mają mieszkańcy Afryki, oni dopiero są kreatywni. Jeśli zaś chodzi o Niemców z landów wschodnich, warto wiedzieć, że po zjednoczeniu do landów zachodnich wyjechało trzy miliony ludzi – młodych, wykształconych i zapewne przedsiębiorczych. Zostali ci, którzy zapuścili głęboko korzenie, starsi i mniej dynamiczni.
 
Zaczęły się schody
 
Z opinią Dariusza Dumy zgadzało się wielu dyskutantów. – Przedsiębiorczość musi być prorozwojowa – tłumaczył Tomasz Szuba, wiceprezes firmy Venturis International Business, zajmującej się ułatwianiem przedsiębiorcom kontaktów z partnerami zagranicznymi. Przedsiębiorczość to odnajdowanie się w trudnych warunkach wysokiej konkurencyjności. Tymczasem nam przez dwadzieścia lat nie udało się stworzyć rozpoznawalnej marki. Dziś proste rezerwy już nie działają, wyczerpały się. Firmy zakładane na początku lat 90. rozrosły się od małych do średnich, zatrudniają nawet po kilkaset osób, ale dalej już nie są w stanie się rozwijać. Narzędzia polityki państwa mają znaczenie dla rozwoju biznesu, ale nie są najważniejsze. Najważniejsza jest strategia przedsiębiorstwa i jej realizacja, a tego nie widać. Gdy dzwonię do firmy z ofertą biznesową, jestem odsyłany od sekretarki do asystentki, od kierownika do dyrektora, a na końcu, gdy już dotrę do osoby decyzyjnej, okazuje się, że firma nie posiada oferty w języku angielskim, więc interesu nie zrobimy. Największe bariery rozwojowe tkwią wewnątrz biznesu, a nie w jego otoczeniu. Nasi przedsiębiorcy nie są gotowi do kolejnego skoku.
 
– Polska przedsiębiorczość, jaka była na początku transformacji, to już się wypaliła – wtórował mu Andrzej Góralczyk, promotor japońskich metod, były szef Polskiego Instytutu Produktywności, animator społeczności internetowych, m.in. współtwórca serwisu przedsiębiorców www.lepszy.biz.pl. Zapał i rozpęd wyraźnie osłabły. Powstaje pytanie, jak ukształtować warunki, by firmy poczuły intensywność konkurencji. Wydaje się, że najpoważniejszą barierą jest nieumiejętność współpracy, niezbędna na tym etapie rozwoju biznesu. Przedsiębiorcy- twórcy firm, którzy odnieśli już jakiś sukces, spoczęli na laurach, nie chcą dzielić władzą ani własnością, a nie starcza im wyobraźni ani umiejętności, by dokonać kolejnego skoku.
 
– Gdy mówimy o polskiej przedsiębiorczości, ciągle myślimy o minionych pionierskich latach – kontynuował Dariusz Duma. Wtedy, po uwolnieniu rynku, powstawało wiele firm. Te, które przetrwały, trochę się rozrosły, i na tym koniec. Zawsze powtarzam, że ucieczka z więzienia to nie jest przedsiębiorczość, sztuką jest zbudowanie normalnego życia na wolności. I tego właśnie brakuje. – Przedsiębiorcy, których spotykam przy różnych okazjach, cały czas pytają, jak uniknąć podatków, a nie jak zarobić – wspierał go Olgierd Bagniewski. To jest zła przedsiębiorczość, opacznie rozumiana, bliższa cwaniactwu niż profesjonalnemu uprawnianiu biznesu.
 
Bohaterowie są zmęczeni
 
A może jest tak, że bariery zewnętrzne tłumią przedsiębiorczość, zniechęcając do podejmowania nowych wyzwań, do ucieczki do przodu?
 
Uczestnicy dyskusji byli zdania, że regulacje, które tworzą otoczenie biznesu, są ważne, ale większość nie była skłonna ich przeceniać. – Państwa nie można zwolnić z obowiązku dbałości o środowisko biznesowe – stwierdził Jarosław Chołodecki. Dla branży hotelarskiej na przykład, z którą jestem związany, ważne jest, by Polska ładnie wyglądała, by miała dobre drogi i sprawną kolej, bo inaczej turyści nie będą tu przyjeżdżać. Ważne są także regulacje prawne. W tych dziedzinach jest wiele do zrobienia. Jednak pytanie, czy poprawa środowiska biznesowego obudzi w przedsiębiorcach zapał do dokonania kolejnego skoku, pozostaje otwarte.
 
Niektórzy zwracali także uwagę na barierę, o której stosunkowo mało się mówi, a która wprost hamuje rozwój firm – brak wykwalifikowanych robotników, ślusarzy, mechaników. – Kto pozamykał szkoły zawodowe? – grzmiał męski głos z sali. Teraz wszyscy mają matury, wielu ma dyplomy, ale nam brakuje robotników. Gdy usłyszał, że przedsiębiorcy mogą organizować praktyki i przyuczać absolwentów do zawodu, spytał – a gdzie ja mam się z tym zgłosić? Kto po maturze będzie chciał być ślusarzem?
 
Bingo. To był punkt dla przedsiębiorców. Zły system kształcenia, rozbudzanie w młodzieży ambicji, które mogą być trudne do zaspokojenia, pogarda dla pracy „przy maszynie”, która jest dziś często maszyną numerycznie sterowaną, więc matura się przyda, a może nawet coś więcej, są niewątpliwie hamulcem dla tych przedsiębiorców, którzy mają zapał i plany rozwojowe. Paradoksalnie, w szkołach wprowadzono przedmiot „przedsiębiorczość”, który Anna Sobala-Zbroszczyk, dyrektor II Społecznego LO w Warszawie, nazwała „porażką”. Najwyraźniej władze edukacyjne chcą, by wszyscy w Polsce byli przedsiębiorcami, zapominając o tym, że w firmie potrzebni są nieraz również ślusarze.
 
Na obronę przedsiębiorców przemawia również tempo ewolucji ich firm. – Biznes to co innego niż zarządzanie – zauważył Marek Sawicki, partner People Strategy First. Biznes to pieniądze, a zarządzanie to procedury. Gdy firma rośnie, zarządzanie staje się bardzo ważne i nieraz przesłania cele biznesowe, tłumiąc przedsiębiorczość. Zwłaszcza, jeśli firma rośnie szybko i ciągłe porządkowanie jej staje się niezbędne. Przedsiębiorcy sobie z tym nie radzą. Na jakimś etapie pasują, „osiadają na laurach” i nie myślą już o dalszej ucieczce do przodu.
 
Najwyraźniej jest to właściwy moment, by firmę przejął ktoś inny, sukcesor. Tego jednak trudno znaleźć, bo syn, którego polska szkoła edukowała na przedsiębiorcę, ma gen przedsiębiorczości dużo bardziej zredukowany niż ojciec, który dwadzieścia lat temu poczuł zew wolności. Jak więc jest z tą polską przedsiębiorczością? – Jedni widzą szklankę do połowy pustą, inni do połowy pełną – podsumował Dariusz Duma. Wprawdzie ziarno zostało zasiane, ale piękna roślinka nie wyrosła. I nie wyrośnie, jeśli będziemy trwać w samozachwycie, nie mierząc się z barierami, które są wewnątrz firmy i w jej otoczeniu. Mit o wyjątkowej polskiej przedsiębiorczości pomagał na początku, bo zagrzewał do budowania czegokolwiek na gospodarczej pustyni, ale dziś przeszkadza, bo zniechęca do krytycznej refleksji.
3.10.2011
Małgorzata Pokojska
 
Jest to drugi z serii tekstów i nagrań powstających w wyniku tej konferencji i na potrzeby całego programu „Własny – tworzymy, cudzy – chronimy”.
 
Współorganizatorem programu „Własny-tworzymy, cudzy-chronimy” jest stockwatch.pl , portal inwestorów giełdowych. Patronem jest polska Prezydencja w UE. Partnerem konferencji była Giełda Papierów Wartościowych i Microsoft.

Relacje ze spotkań Business Dialog 2011/10/03 - 10:22 Źródło

Wydaje się, że to dyrektorzy finansowi odpowiadają na płynność finansową firmy, jednak wiele wskazuje na to, że nie wykorzystują wszystkich możliwości jej poprawy. Dlaczego na przykład firmy tak rzadko korzystają z informacji oferowanych przez biura informacji gospodarczej czy wywiadownie, a jednocześnie narzekają na niesolidnych dłużników i zatory płatnicze? Paradoks ten próbowaliśmy rozwikłać podczas śniadania biznesowego Klubu Dyrektorów Finansowych „Dialog”, które odbyło się 7 lipca 2011 r. Spotkaliśmy się, jak co roku przed wakacjami, na warszawskim Henrykowie w pałacyku Bonneta, należącym do grupy Laboratorium Kosmetyczne Dr Irena Eris.
 
Pogoda, podobnie jak w ubiegłym roku, pokrzyżowała nam plany – dyskutowaliśmy nie na pałacowym tarasie czy wręcz „na trawie”, lecz w salonie. Dyskusję, która mimo niskiego biometu płynęła wartkim nurtem, wspierali Piotr Łysiak, prezes Montu Holding, wywiadowni, która właśnie liczyła dni do debiutu giełdowego, oraz Agnieszka M. Staroń, coach i trener kadr menedżerskich, z Maga Consulting.
 
Raczkujący rynek
 
Nie jest prawdą, że firmy w Polsce nie korzystają z usług wywiadowni gospodarczych, korzystają, ale najczęściej robią to w sytuacjach krytycznych – powiedział Piotr Łysiak. – Zwracają się do nich, gdy los kontrahenta wydaje się przesądzony i gdy trzeba zabezpieczyć majątek na rzecz niezapłaconych przez niego zobowiązań. Naszym zadaniem jest wówczas poszukanie odpowiednich składników majątku. Niestety dużo gorzej wygląda profilaktyka, czyli badanie wiarygodności kontrahenta przed podpisaniem umowy.
 
Dlaczego? – Bo nasz rynek jest jeszcze bardzo młody – tłumaczył Mariusz Hildebrand, prezes BIG Infomonitor. W krajach rozwiniętych systemy wymiany informacji gospodarczych działają od kilkudziesięciu lat lub dłużej, u nas od kilku lat. Biuro Informacji Kredytowej zaczęło praktycznie funkcjonować od 2001 r., a BIG InfoMonitor od 2005 r. Startowaliśmy z dwoma tysiącami informacji w bazie, teraz mamy ponad siedem milionów. Baza sukcesywnie rozrasta się, co nie znaczy, że pokrywa znaczącą część rynku. Z około półtora miliona działających firm, w systemie znajduje się kilkadziesiąt tysięcy podmiotów. Przyczyną niedorozwoju systemu wymiany informacji jest również niski poziom zaufania. Panuje stereotyp, że nie jest dobrze znaleźć się jakiejkolwiek bazie. Tworzeniu tych baz nie sprzyja także prawo, które powoduje, że biura informacji gospodarczej mają trudniejszy dostęp do danych niż podmioty zajmujące się wymianą informacji w sektorze bankowym.
 
Łatwo być oszukanym
 
BIG InfoMonitor zbiera i udostępnia informacje o zaległych długach konsumentów i przedsiębiorców, ale zanim sprawdzi się wiarygodność płatniczą kontrahenta, warto bliżej przyjrzeć się samej jego firmie, zaczynając od informacji elementarnych. – Dziś w Internecie można znaleźć wiele informacji o firmach łącznie z numerem KRS, ale warto sprawdzić, czy są one prawdziwe – przestrzegał Piotr Łysiak. Nasza wywiadownia nie ogranicza się tylko do poszukiwań internetowych, zbieramy informacje w procesie operacyjnym, w terenie oraz sprawdzamy dokumenty źródłowe. Słowem badamy, czy zarejestrowana spółka rzeczywiście istnieje, czy ktoś nie podszywa się pod jakąś spółkę. Przecież wystarczy zmienić imię osoby i już korespondencja z KRS wraca do nadawcy. Pewien młody człowiek postanowił zarobić przed zimą na sprzedaży piachu, którego nie miał. Dał ogłoszenie w gazecie, numer telefonu komórkowego, który specjalnie zakupił w tym celu i numer konta bankowego firmy-słupa. Siedem poważnych firm dało się oszukać i wpłaciło na to konto 150 tysięcy złotych.
 
Na co więc zwracać uwagę? – Na to, czy jest podana siedziba, adres firmy, telefon stacjonarny, faks, ale i to może nie wystarczyć, by nie natknąć się na firmę-słupa, dlatego najlepiej zlecić badanie wywiadowni, która sprawdza informacje w trybie operacyjnym, czyli poprzez swojego pracownika w terenie – przekonywał Piotr Łysiak. – Takich wywiadowni jest niewiele – zaznaczył. Bardzo małe ograniczają się do szukania informacji w Internecie. To zdecydowanie za mało, bo do Internetu można „wrzucić”, co się chce. Wywiadownie, podobnie jak inne podmioty, także muszą walczyć o wiarygodność, to jeden z powodów, dla którego Montu Holding S. A. idzie na giełdę.
 
Kto odpowiada za płatności
 
W naszym biznesie działa niemało zwykłych oszustów, ale prawdziwą zmorą są niesolidni kontrahenci. Z badań prowadzonych przez BIG InfoMonitor, wynika, że 76 procent firm postrzega opóźnienia w realizacji zobowiązań finansowych jako poważny problem w prowadzeniu działalności gospodarczej. – Nie wiemy tylko, jaka ich część wynika z zatorów płatniczych, czyli z barier systemowych, a jaka z umyślnego działania konkretnych płatników, którzy chcą jak najdłużej trzymać pieniądze na swoich kontach – mówił Mariusz Hildebrand.
 
Jedni ociągają się z płaceniem w terminie, drudzy być może niezbyt skutecznie domagają się należnych pieniędzy. – Kiedy zaczynacie naliczać odsetki karne od niezapłaconych kontraktów? – spytała dyrektorów finansowych i prezesów Agnieszka M. Staroń z Maga Consulting, sugerując, że to jest prawdziwa miara determinacji w egzekwowaniu należności. Zwykle firmy ociągają się z tym, bojąc się popsucia relacji z klientem. Mają niczym nieuzasadnioną nadzieję, że jednak klient zacznie terminowo płacić, albo że w ogóle zapłaci. Odpowiedź, jaką uzyskała, zmieniła nieco bieg dyskusji. – Należność jest kierowana do windykacji z chwilą, gdy znajdzie się w księgowości. Do tego czasu o pieniądze walczą handlowcy. – stwierdził Tomasz Pieniążek, prezes spółki Hotele Spa dr Irena Eris. Na szczęście u nas nie są to duże kwoty, bo mamy rozproszonych klientów. – Czy to oznacza, że niesolidni klienci są problemem sprzedawców, czyli szeregowych pracowników? – drążyła Agnieszka M. Staroń. – Sprzedawcy są wynagradzani od sprzedaży, więc ich problemem jest to, by klient zapłacił – przyznał Stanisław Grabowiec, dyrektor finansowy Organic Farma Zdrowia. – Ależ ci ludzie są w ciągłym konflikcie, nie mogą zbyt nachalnie domagać się uregulowania należności, bo stracą klientów na dobre – zauważyła Agnieszka M. Staroń. – Sprzedawca powinien być w konflikcie interesów, bo taki jego fach, a oddzielenie w pewnym momencie sprzedaży od windykacji jest zabiegiem psychologicznym, który pomaga sprzedawcy dalej pracować z klientami – odpowiedział Tomasz Pieniążek.
 
W naszej dyskusji zarysował się więc zamknięty układ: klient – sprzedawca – windykacja. Nie znalazło się w nim miejsce dla dyrektora finansowego czy innych menedżerów wyższych szczebli, choć to oni przecież są odpowiedzialni za płynność finansową firmy.
 
Świadomość na górze
 
Najbardziej dostało się dyrektorom finansowym. – Dyrektorzy finansowi to często tylko księgowi, nie zarządzają bieżącą płynnością, ale zgodnym chórem narzekają na zatory – mówił Mariusz Hildebrand. – Tej funkcji w ogóle nie ma w małych firmach, w dużych jest, choć tam często uprawnienia zarządzania należnościami są delegowane na niższe szczeble – stwierdził Piotr Łysiak. Najlepiej wypadają banki, gdzie zarządzania ryzykiem i płynnością to standard, obudowany dobrze funkcjonującymi procedurami. Banki też poprzez wyspecjalizowane spółki oferują firmom gospodarki realnej bardzo skuteczny instrument zarządzania płynnością – faktoring. Upowszechnienie faktoringu, w którym bank bierze na siebie cały ciężar operacyjny, rozwiązałoby problemy firm z płynnością, ale niewiele się na to decyduje, bo świadomość naszych menedżerów jest niska.
 
Firmy wolą narzekać na opóźnienia niż skutecznie domagać się zapłaty. – W najtrudniejszej sytuacji są małe firmy, którym kontrahenci płacą często z trzy, -czteromiesięcznym opóźnieniem – mówił Mariusz Hildebrand. – Rzecz w tym, że małe firmy nie upominają się o należności, bo się boją – zauważył Tomasz Pieniążek. – Boją się nie tylko małe firmy, również duże mają opory, wysłanie wezwania do zapłaty z naszym logo zwykle budzi sprzeciw – kontynuował Mariusz Hildebrand. Fakt, że trzeba się upominać o swoje, świadczy źle o naszej kulturze biznesowej, a strach podbudowany powszechnym brakiem zaufania, utrwala złe obyczaje. Wydłużenie terminów płatności niczego by nie zmieniło. Wykształcił się obyczaj opóźniania płatności, i tyle.
 
Komunikacja głuchych
 
W czym tkwi sedno problemu? – W braku komunikacji – zawyrokował Mariusz Hildebrand. W małych firmach prowadzi się zwykle biznes bez biznesplanów, bez sprawdzania kontrahentów, bez oceny ryzyka, a gdy firma rośnie niewiele się zmienia, powstają wprawdzie wyspecjalizowane działy, ale brakuje między nimi komunikacji wewnętrznej. Sprzedaż, księgowość, ryzyko – to wszystko funkcjonuje oddzielnie, a dyrektor finansowy rzadko spina cały biznes. Co więcej – często przeszkadza sprzedawcom, bo patrzy nie na poszczególnych klientów, a na grupy klientów, którym przypisuje ryzyka według sobie tylko znanych kryteriów. Gdy zaś brakuje komunikacji wewnętrznej trudno mówić o komunikacji ze światem zewnętrznym, o pozyskiwaniu informacji czy o właściwym komunikowaniu się z kontrahentami.
 
Komunikacja jest problemem dużej części naszego biznesu. – Często brakuje komunikacji nawet w kilkuosobowych zarządach – zgodził się Tomasz Pieniążek. A gdy w zarządzie nie ma wspólnego języka, wspólnej wizji, gdy każdy ciągnie w swoją stronę, nie ma również komunikacji zarządu z pracownikami i pomiędzy pracownikami. Pracownik nawet jak ma jakiś pomysł, boi się konfrontacji z szefem, więc zwykle mówi to, czego szef oczekuje. Na dole każdy robi swoje, nie wiedząc, co robi kolega z innego działu czy pionu.
 
Tak dzieje się w dużych korporacjach, znanych z silosowego zarządzania, ale i w mniejszych firmach, które rosnąc nie umiały wypracować własnego modelu zarządzania, więc powielały najgorsze wzorce korporacyjne. Co zrobić, by to zmienić? – Potrzebne są zmiany w świadomości menedżerów – stwierdził Mariusz Hildebrand. Bez zmiany pokoleniowej nie da się tego osiągnąć. Ale nowe nadejdzie. To tylko kwestia czasu.
 
Piotr Łysiak udzielił praktycznych rad, jak zmienić podejście do prowadzenia biznesu: – Na każdym poziomie menedżerskim wyznaczyć czerwone punkty w takich obszarach jak: sprzedaż, terminy, klienci. Weryfikować partnerów przed rozpoczęciem współpracy, sprawdzać firmy, czy rzeczywiście istnieją, ich wiarygodność. Zatrudniać sprawdzonych menedżerów, konfrontować zapisy w CV z rzeczywistymi kwalifikacjami i osiągnięciami biznesowymi. Krótko mówiąc, nie dać się oszukać. Koszty są niewielkie w porównaniu z korzyściami wynikającymi z ograniczenia ryzyka. Weryfikacja partnera to koszt rzędu kilkuset złotych, od 250 w górę. Bardziej kosztowne, bo sięgające 2,5-3,5 tysiąca złotych jest poszukiwanie majątku, który można zabezpieczyć, zanim zdobędzie się tytuł wykonawczy. Ale to już przecież leczenie choroby, profilaktyka jest znacznie tańsza.
 
8.07.2011

Relacje ze spotkań Business Dialog 2011/07/09 - 16:27 Źródło

Dla biznesu IT jest dziś tak samo ważne jak dostęp do elektryczności. W każdej firmie dzisiaj są już jakieś systemy informatyczne. Pytanie: w jakich okolicznościach sięgnąć po więcej IT, na przykład po systemy zintegrowane ERP? Co powinno być wskazówką, podpowiedzią, że system trzeba wymienić, zmodernizować, rozszerzyć? Wbrew pozorom, odpowiedź nie jest łatwa ani prosta, o czym przekonaliśmy się podczas dyskusji w Klubie Dyrektorów Finansowych „Dialog”, która odbyła się 17 czerwca 2011 r. w Warszawie.
 
Łatwiej zbudować fabrykę niż kupić i wdrożyć nowy system IT – zagaiła Grażyna Pomiechowska, dyrektor finansowy Dax Cosmetics, firmy, która właśnie ukończyła budowę nowego zakładu produkcyjnego. – Wybór systemu IT to rzeczywiście wyzwanie – zgodził się Piotr Senator, kierownik projektu w Sage, który wspierał naszą dyskusję. System ERP to potężne narzędzie pod warunkiem, że jest dopasowany do potrzeb i dobrze wdrożony. Jest to inwestycja, która musi się zwrócić. Pierwsze pytanie brzmi więc, czy firma rzeczywiście potrzebuje nowego systemu, jakie wiąże z nim nadzieje i plany – mówił nasz gość.
 
Biznesowy punkt widzenia
 
Najważniejsze to nie ulegać owczemu pędowi. – Na inwestycję IT trzeba patrzeć od strony biznesu, a nie od strony technologii – zgodził się Jerzy Bielec, project manager w Lafarge. Bez biznesowej analizy nie ma projektu. Podniecanie się tym, co system potrafi, jakie ma możliwości to błąd popełniany już na starcie. – Myślenie, że musimy mieć system SAP, bo wszyscy go mają, jest zastawianiem pułapki na siebie samych – wtórował mu Wojciech Szczepanik, dyrektor finansowy Arval. Na koniec może się okazać, że mamy wspaniały silnik, świetnie działający, lecz brakuje nam wału napędowego, który tenże sprawia, że posiada systemy IT wspierają biznes, że umożliwiają pożądany rozwój firmy. W każdym biznesie powinna być zachowana równowaga między produkcją, sprzedażą, technologią, informatyką. – System IT musi mieć przełożenie na biznes, na dostawców i odbiorców – skonstatował Dariusz Reda, konsultant ds. optymalizacji dostaw. – Błąd polega na tym, że do istniejących już procesów dokładamy systemy IT, co sprawia, że to SAP modernizuje firmę, a nie firma wdraża SAP – podsumował Paweł Moszumański, CIO Polfy Warszawa. Właściwą drogą jest wziąć z rynku najlepsze programy i je wdrożyć.
 
Co jednak wywołuje refleksję, że firmie potrzebny jest zintegrowany system IT? – drążyła Iwona D. Bartczak, szefowa KDF prowadząca spotkanie. Aleksander Wyka, ostatnio szef IT w Medicover: – Inicjatywa powinna zawsze leżeć po stronie biznesu, np. finansów czy marketingu. – Decyzję o inwestycji IT nie powinien podejmować ani dyrektor finansowy, ani generalny, lecz zarząd, w skład którego wchodzi również CIO – oponował Jerzy Bielec. Jeśli dyrektorzy odpowiedzialni za biznes mówią o potrzebie oszczędności, usprawnienia procedur, zwiększenia sprzedaży, dyrektor informatyki powinien im coś zaproponować. Ich domeną jest biznes i niech o nim mówią, my natomiast wiemy, jakie możliwości daje IT, co można uzyskać dzięki technologii informatycznej. – O wyborze systemu ERP powinien decydować prezes i dyrektor finansowy, a nie informatyk, bo to jest narzędzie biznesowe, służące zarządzaniu – stwierdził Piotr Senator. – Według mnie, wszyscy oni muszą działać razem, a informatyk powinien nauczyć się biznesu – stwierdził Paweł Moszumański. Uczestnicy dyskusji zgodzili się też, że to współdziałanie powinno być jakoś sformalizowane, systematyczne, musi być stałym nawykiem albo procedurą.
 
Co wypada mieć
 
Praktyka odbiega jednak od teorii. – Gdy rozmawiam z firmami, nie mówią mi o swoich problemach biznesowych, lecz o tym, że chcą kupić system ERP – dzielił się swoimi doświadczeniami Piotr Senator. – Najlepiej jakiś system, który dodaje splendoru – wtrącił Paweł Moszumański. Jeden z systemów uważano kiedyś za bezpieczny wybór, to znaczy tak sławny, że z powodu jego wyboru raczej nie traciło się stanowiska, a na giełdzie w końcu lat 90. i na początku obecnego stulecia na wieść o planach nabycia tego systemu rosły notowania spółek. Było to zupełnie nieracjonalne i narobiło dużo szkody, bo nie ma jedynego dobrego systemu dla wszystkich spółek, do każdego biznesu należy dobrać i system, i zakres wdrożenia. Prawidłowy wybór to sztuka, a i na etapie wdrożenie też można wiele popsuć.
 
Podejście do inwestycji IT, podobnie jak do wszystkich inwestycji, zależy od formy własności firmy. – Ważne jest, kto decyduje o wyborze i zakupie systemu, menedżer czy przedsiębiorca-właściciel – zauważył Tadeusz Kozaczyński, dyrektor finansowy i członek zarządu Trakcji Polskiej. Przedsiębiorca zawsze ponosi całe ryzyko, w korporacji menedżerowie mają „zarządzanie ryzykiem” dotyczące własnej osoby, a przede wszystkim krótkookresową perspektywę pracownika najemnego, który nie będzie się martwił, że za pięć lat inwestycja IT się nie zwróci. Opinia krążąca wśród dyrektorów, że za wdrożenie systemu – nazwijmy go „XYZ” - jeszcze nikogo nie wyrzucili, dobrze ilustruje ten problem.
 
Procesy ważniejsze od IT
 
IT jest tylko narzędziem, celem jest biznes. – Kluczem do sukcesu nie jest sam system IT, lecz dobrze ustawione procesy – stwierdził Cezary Klimont z Pareto. Wdrożenie systemu IT powinno wiązać się ze zmianą procesów, z ich usprawnieniem ich przebiegu. Są dwa modele prowadzące do tego celu: oddolny, gdy ludzie nie są zadowoleni z tego, jak wykonują swoją pracę i mają pomysły na zmiany lub odgórny – zewnętrzna firma konsultacyjna bada procesy i zgłasza zarządowi propozycje zmian. – Byłbym zwolennikiem podejścia oddolnego, gdyby nie fakt, że komputer wypiera pracę człowieka, więc zmiana procesów będzie się wiązać z likwidacją stanowisk pracy. Nikt nie będzie chciał inicjować i wdrażać usprawnień, w wyniku których straci posadę on albo koledzy – skonstatował Paweł Moszumański. – Odgórny model jest lepszy, bo daje wzorzec łańcucha wartości, ludzie na dole nie potrafią wszystkiego wyartykułować, nieraz są problemy z ustaleniem właściciela procesu – ocenił Aleksander Wyka.
 
Niektórzy uważali jednak, że rozpoznanie problemów, które ograniczają wzrost firmy należy do jej kierownictwa. – Trzeba samemu znaleźć ten słaby punkt, wąskie gardło, a nie od razu zdawać się na konsultantów zewnętrznych – tłumaczył Maciej Sztompke z Provimus. Nie zawsze najlepszy i najdroższy system jest firmie potrzebny, łatwo można przeinwestować. Nie należy inwestować na zapas. System światowej klasy kupujemy teraz, a hipotetyczne zyski mają być w przyszłości, ale czy rzeczywiście będą? Jeśli ryzyko jest zbyt duże, należy się ubezpieczyć. – Inwestycje IT zwracają się po trzech-pięciu latach, a firma – albo jej prezes - oczekuje korzyści już następnego dnia po wdrożeniu systemu – przyznał Jerzy Bielec. Te korzyści decydują o tym, czy inwestycja się zwróci. Dlatego punktem wyjścia powinna być analiza procesów biznesowych i chęć ich ulepszenia.
 
Inwestować trzeba rozsądnie. – Dostawcy zwykle proponują jak najwięcej IT i nieraz trudno oprzeć się tym ofertom – przyznał Piotr Senator. Ale trzeba zachować rozsądek, jak przy zakupach dla dziecka, które rośnie. Zasadniczo system IT powinien być dostosowany do potrzeb firmy, ale jednocześnie elastyczny, by można go rozwijać. W każdym przypadku wybór systemu powinien zależeć od tego, na jakim etapie rozwoju jest firma, czy szybko rośnie, czy jest w fazie stabilnego wzrostu czy może się kurczy. Tylko wtedy, gdy szybko rośnie, można zostawić pewien margines, czyli kupić system trochę, ale tylko trochę na wyrost. Efektem wdrożenia systemu powinien być znaczący przyrost transakcji i klientów.
 
Dostawcy proponują firmom zakup kosztownych systemów, tymczasem system można dziś wypożyczyć – zauważył Aleksander Wyka. Mamy już cloud computing, gwarantujący najlepsze rozwiązania i zabezpieczenia. Każdy ruch administratora jest archiwizowany, i to przez siedem lat. – Chmura ma jednak różne mankamenty, związane choćby z własnością danych. To raczej rozwiązanie na jutro niż na dziś – oponował Piotr Senator. – Wiele dziedzin można wyprowadzić na zewnątrz, w informatyce także, ale to, co zasadnicze, budowanie procesów i ich usprawniania musi pozostać w firmie – upierał się Jerzy Bielec.
 
Do zarządzania, nie do liczenia
 
System IT powinien być dostosowany do potrzeb firmy – brzmi jak truizm, ale w praktyce proste nie jest. Jak to zrobić? – W wyborze systemu strategiczną rolę odgrywa dyrektor finansowy, bo finanse to podstawa, na której wszystko się w firmie koncentruje – stwierdził Piotr Senator. Większość firm zaczynała wprowadzać systemy IT właśnie od finansów. Teraz IT obejmuje inne działy, produkcję, magazyny, sprzedaż. Systemy ERP wspierają zarządzanie wszystkimi zasobami, procesami i ryzykiem. – To jest system do wsparcia zarządzania, a nie tylko do liczenia – zauważyła Grażyna Pomiechowska. Na pewnym etapie rozwoju firmy taki system jest niezbędny, nie trzeba nawet skomplikowanych analiz, tę potrzebę widać gołym okiem.
 
Problemem jest nie tylko wybór właściwie skrojonego systemu, ale także jego wdrożenie. – Początkiem drogi jest analiza i opisanie procesów, które mają być optymalizowane – mówił Piotr Senator. Wdrożenie powinno przebiegać etapowo, każdy moduł systemu trzeba testować i równolegle prowadzić analizę dla innych części systemu. Należy pamiętać, że największe niebezpieczeństwa związane są z rozpoczęciem wdrożenia – nie można odkładać krytycznej refleksji na etap testów. Analiza powinna poprzedzać każde wdrożenie, by na końcu uchronić się przed pytaniem: po co nam to było? Nie można oddawać dostawcy inicjatywy, firma musi dobrze wiedzieć, czego chce. Konsultanci są tak dobrzy, jak ci, którzy nimi kierują.
 
18.06.2011
 
Osoby zainteresowane problematyką systemów ERP lub ofertą Sage mogą kontaktować się bezpośrednio z Piotrem Senatorem, który dla członków KDF „Dialog” zorganizuje indywidualne spotkania/prezentacje.
Piotr Senator (piotr.senator@sage.com.pl) odpowiedzialny jest za najnowszy system ERP w ofercie firmy Sage: Sage ERP X3, kierowany do średnich i dużych firm.

Relacje ze spotkań Business Dialog 2011/06/21 - 18:34 Źródło

Business Dialog Bulletin - widok książki

Premium Drupal Themes by Adaptivethemes