Przejdź do treści
Zapraszamy

Czytelników, rozmówców na forum, Autorów, Blogerów, Redaktorów,...

Przeczytaj o możliwościach korzystania z witryny i współpracy

Salon Business Dialog Klub Inspirations Klub Dialog CIO Business Meeting Point Kwintesencja Projekty Business Dialog

W blogu Spostrzeżenia

Blog Iwony D. Bartczak

Ze zdumieniem czytam opinie, że opodatkowanie podatkiem dochodowym 19% przychodu ze sprzedaży odziedziczonej lub otrzymanej w darowiźnie nieruchomości zanim upłynie 5 lat od jej nabycia, jest rzeczą oczywistą.
W zeszłym tygodniu napisałem o tym krótki felieton do „Rzepy”. Tutaj nieco więcej.
Bo boję się, że umrę z rozpaczy nad poglądami urzędników skarbowych, sędziów i nawet niektórych doradców podatkowych. Teoretycznie - na podstawie ustawy - dom odziedziczyłaby wówczas żona (jakbym ją miał) i dzieci (które mam). Na łożu śmierci dręczy mnie więc niepokój. Co będzie jak oni postanawiają ten dom sprzedać jak umrę? Żona nie zapłaci podatku od swojej części, ale dzieci zapłacą. Nawet jakby żona nie była mamą moich dzieci! A przecież dzieci są moje, a żona to jakaś do niedawna obca kobieta - nawet jak jest ich mamą.
Jako jednak, że w świetle przepisów kodeksu rodzinnego żony nie mam i mamy umowę o "dzieło" - czyli umowę "śmieciową" - to mój niepokój rośnie. Bo dom odziedziczą dzieci. I jak go sprzedadzą, to zapłacą podatek. Może więc lepiej wezwać księdza nie po ostatnie namaszczenie, tylko żeby udzielił mi ślubu z mamą moich dzieci? I notariusza. Nie po to by sporządził intercyzę, tylko wręcz przeciwnie - by majątek będący odrębną własnością małżonków przed ślubem objąć współwłasnością małżeńską. Bo żona nie zapłaci podatku od tego co po mnie odziedziczy. Zgodnie bowiem z uchwałą NSA z 15.05.2017 (II FPS 2/17) w tym akurat przypadku należy dokonywać wykładni przepisów prawa podatkowego w powiązaniu z przepisami kodeksu rodzinnego. A współwłasność małżeńska ma inny, szczególny charakter, więc traktuje się żonę, która dziedziczy majątek po mężu inaczej - korzystniej z podatkowego punktu widzenia - niż dzieci, nawet jak nie jest ich mamą i jest piątą żoną z kolei. Potrzebna była do tego uchwała poszerzonego składu siedmiu sędziów, bo wcześniej - i to przez ponad 20 lat - różne składy orzekające miały w tej sprawie różne zdanie. Analiza uchwały wywołuje jednak moje wyrzuty sumienia, że się nie ożeniłem wcześniej. Bo żeby żona mogła sprzedać dom od razu po mojej śmieci bez podatku, musiałoby minąć pięć lat od małżeństwa. NSA dba jak widać o trwałość pożycia. Więc jednak nie ma co się na łożu śmierci żenić.

Kombinuję więc dalej. Muszę znaleźć szybko jakiegoś kupca, żebym to ja sam zdążył mu dom przed śmiercią sprzedać. Wtedy zostawię dzieciom gotówkę i będzie z głowy. Zastanawiam się jeszcze, czy zostawić im polskiego złotego, czy na przykład dolary. Bo jak sprzedadzą odziedziczone dolary, to podatku spadkowego nie zapłacą. Nie ma jednak pewności, jak będzie z dochodowym w związku z ewentualnym różnicami kursowymi. Jak między otwarciem spadku a sprzedażą dolarów złoty się osłabi to fiskus może uznać, że dochód w złotych jest do opodatkowania. Ale z drugiej strony kto się zorientuje ile było tej gotówki w bieliźniarce? Jakbym zostawił w spadku złoto, a dzieci by je sprzedały, to też podatku nie zapłacą. Podobnie byłoby z obrazem jakiegoś znanego malarza. Tylko z domem jest jakiś dziwny problem. Bo dom „widać” - a pieniędzy nie widać. Opodatkować dom jest więc fiskusowi łatwiej.

Gdy jedno z dzieci będzie chciało po mojej śmierci w domu zostać i spłaci pozostałe, to one (te spłacane) być może podatku nie zapłacą. Tak utrzymuje Wojewódzki sąd Administracyjny w Gliwicach, który w wyroku z 22.02.2018 (I SA/Gl 986/17) stwierdził, że „spłata z tytułu zniesienia współwłasności nieruchomości nieprzekraczająca wartości udziału nie jest opodatkowana podatkiem dochodowymbo podatnik nie ma z tego tytułu żadnego przysporzenia majątkowego”. Ale nie wiadomo jednak, czy ten punkt widzenia podzielą inni „mężowie uczeni w prawie” no bo przecież jakby wszystkie dzieci sprzedały cały odziedziczony dom komuś innemu to też nie miałyby z tego tytułu żadnego przysporzenia majątkowego”!!! Ale ta oczywistość jeszcze się nie przebiła do świadomości „nadzwyczajnej kasty ludzi”. Skoro jednak zaczęła kiełkować w podświadomości sędziów w Gliwicach - to może coś się zmieni.

Póki co, jakby dziecko, które spłaci rodzeństwo postanowiło przed upływem pięciu lat dom sprzedać, to zapłaci podatek to od wartości całego domu - bez odejmowania kwot przeznaczonych na spłatę! Więc może napiszę dzieciaczkom instrukcję co trzeba zrobić. Niech jedno spłaci rodzeństwo, uzyska wpis do ewidencji działalności gospodarczej, wprowadzi dom do ewidencji środków trwałych, potem go sprzeda po takiej samej wycenie i zlikwiduje firmę. Podatku nie będzie. A jakby tak dobrze pokombinować i wycenić dom na więcej niż można się spodziewać z jego sprzedaży i sprzedać ze stratą to powstanie nawet „tarcza podatkowa” na przyszłość. Ale co będzie jak pogląd WSA w Gliwicach się nie utrzyma? Może podzielić spadek jakoś inaczej, jeszcze za życia?

Mogę podarować dom synowi, a córkom dla równowagi pieniądze, za które kupią sobie mieszkania w mieście. Nawet jak je sprzedadzą przed upływem pięciu lat, to cena ich zakupu będzie „kosztem” i podatku nie będzie - jak przy wniesieniu domu na aktywa firmy. No chyba, że sprzedaż będzie za cenę wyższą niż za zakup. Ale wtedy rzeczywiście powstanie dochód więc opodatkowanie samej różnicy między ceną kupna i sprzedaży będzie fair. Kłopot tylko może być z synem Jak on będzie chciał sprzedać podarowany mu dom przed upływem pięciu lat od otrzymania darowizny, to podatek zapłaci. A więc de facto opodatkowana zostanie podatkiem dochodowym darowizna, która przecież została zwolniona od opodatkowania podatkiem od spadków i darowizn! Więc musze wykombinować coś innego. Problemy się jednak mnożą. Bo jak któraś  córka dojdzie szybko (przed upływem tych magicznych lat pięciu) do wniosku, że na wsi żyło się lepiej i sprzeda mieszkanie w mieście żeby kupić dom na wsi to musi pamiętać, że ma kupić gotowy! Ogrodzony z garażem i podjazdem. Wtedy jak sprzeda mieszkanie za milion i kupi dom za milion - nie zapłaci podatku. A jakby kupiła domek niewykończony - powiedzmy za 800 tys. - i sama zamówiła ogrodzenie, podjazd i wykończenie garażu za 200 tys., to zapłaciłaby podatek od tych 200 tys. Ale to i tak nie najgorzej. Bo gdybym nie podarował jej pieniędzy na mieszkanie, tylko kupił mieszkanie i je podarował, to gdyby je sprzedała, podatek zapłaciłaby od ceny mieszkania. Ale gdyby za podarowane pieniądze kupiła najpierw dom na wsi (z garażem) za milion, a potem postanowiła go sprzedać i przenieść się do miasta, w którym kupiłaby mieszkanie płacąc za nie 950 tys. zł i 50 tys. za miejsce garażowe, to od 50 tys. zapłaciłaby podatek. Dlaczego? Bo garaż nie służy „celom mieszkaniowym”. No dobra, ale garaż w domu na wsi też przecież nie służy? Ale jest na jednej nieruchomości z domem w jednej księdze wieczystej więc go nie ma jak opodatkować oddzielnie. A garaż w apartamentowcu w mieści - jest. Od czego więc zależy podatek? Nie od tego co i kogo opodatkowujemy, tylko czy się da to opodatkować.

I… z tych rozterek wyzdrowiałem! Co potwierdza hipotezę Wojciecha Kopczuka, że dla oszczędności podatkowych można nawet przesunąć datę swojej śmierci. Wykazał to w pracy: „Dying to Save Taxes: Evidence from Estate Tax Returns on the Death Elasticity” - czyli „Umieram by zaoszczędzić na podatkach: elastyczność zgonów na podstawie spadkowych zeznań podatkowych”. W angielskim jest śmieszniej z uwagi na dwuznaczność - „dying to” oznacza również, że bardzo komuś na czymś zależy. Dane statystyczne wyraźnie pokazują, że ilość zgonów odbiegała od normy w dniach poprzedzających i następujących po zmianie przepisów podatkowych na mniej lub bardziej korzystne. (Aczkolwiek faktem jest, że odchylenia od średniej były większe w czasach gdy ludzie umierali we własnych domach i o ich śmierci informowała rodzina. Może dlatego dr Kopczuk za swoją pracę otrzymał nagrodę Ig Nobla a nie Nobla).

W blogu Spostrzeżenia 2018/04/18 - 11:13 Źródło

Dzisiaj odbyła się w Warszawie pierwsza z cyklu konferencji dotyczących ryzyk prawnych, karnoskarbowych i karnych, organizowanych przez Instytut Studiów Podatkowych Modzelewski i Wspólnicy przy wsparciu Klubu Dyrektorów Finansowych "Dialog". Otwierając konferencję mówiłem o tym, że w Klubie promujemy procesowego podejście do finansów oraz automatyzację procesów, tłumacząc uczestnikom jaką wartość finanse i księgowość wnoszą do biznesu.


Występujący potem prof. Witold Modzelewski utwierdził mnie - a sądzę że i licznie zgromadzoną publiczność - w przekonaniu, że usystematyzowane działania i procesowe podejście może w istotny sposób ograniczyć ryzyka podatkowe. Automatyzacja rutynowych i powtarzalnych czynności tj. weryfikacji i opisu dokumentów czy walidacja podatników umożliwia także zautomatyzowanie w znacznym stopniu zbierania informacji, dowodów i dekretowanie dokumentów. Zamiast obciążać zespoły księgowości i finansów czynnościami zabierania informacji i danych post factum,  osoby merytorycznie odpowiedzialne za sprzedaż i zakupy mogą rejestrować dane nie tylko do własnych celów, ale także  księgowych. Powinno to przebiegać w procesie obsługi zamówień i wystawiania faktur sprzedaży lub w trakcie realizacji zakupów w momencie powstawania przychodów i kosztów.
Weryfikacja merytoryczna i dekretacja winna być dokonywana w dużej mierze w sposób zautomatyzowany przez osoby odpowiedzialne na podstawie zebranych danych i predefiniowanych reguł oraz zasad bezpośrednio w systemach informatycznych.
Zarządzanie procesowe wsparte przez systemy informatyczne uwalnia zespoły finansowe i księgowe od czynności koniecznych i wymaganych przepisami, choć nie wynoszących wartości z punktu widzenia biznesu na rzecz czynności istotnych i wartościowych jak analiza, kontroling i raportowanie danych tj. np. bieżące rozrachunki, wyniki i marże czy wsparcie merytoryczne przy kalkulacjach i podejmowaniu istotnych decyzji biznesowych.
Konferencje Instytutu Studiów Podatkowych Modzelewski i Wspólnicy "Podatkowe aspekty działalności gospodarczej w 2018 roku - ryzyka prawne, karnoskarbowe i karne" odbędą się jeszcze w Wrocławiu 15.05, 22.05 w Szczecinie i 08.06 w Krakowie. Przedstawiciele Klubu Dyrektorów Finansowych „Dialog” – z wiedzą ekspercką na temat procesów w finansach i ich cyfryzacji - będą na nich. Wszystkich zainteresowanych dyrektorów proszę o kontakt, a dla abonamentowych klubowiczów mamy jak zwykle kilka zaproszeń bezpłatnych.

Więcej o konferencji można znaleźć tu http://isp-modzelewski.eu/

W blogu Spostrzeżenia 2018/04/16 - 21:37 Źródło

https://www.youtube.com/watch?v=IvveZr0D_9Y

W załączeniu niezwykle pouczające wystąpienie Warrena Buffeta sprzed 19 lat.

W blogu Spostrzeżenia 2018/04/10 - 05:38 Źródło

Kalkulujemy dziś wszystko. Czy się opłaca czy nie, kiedy warto coś zrobić, a kiedy lepiej pozostać w łóżku. Nikt jednak nie wynalazł wzoru na szczęście.     

Pora więc, żeby taki wzór wynaleźć. Oto on.
SE = {1/alfa + beta×365}xgamma

Alfa to wszystkie sytuacje które zabierają nam szczęście, nietrafione wybory, błędy, itp.
Beta to z kolei wszystkie bardzo dobre decyzje. Zakładam ze każda bardzo dobra decyzja jest w stanie przyćmić wszystkie złe wybory, a ponieważ z reguły występuje nie często, przypisałem jej wagę 365 dni. 
Gamma to traf losu który może pomnożyć wszystko co dobre i zminimalizować skutki zła.

Dlaczego dobrym wyborom przydzielać większą wagę niż złym?. Otóż dlatego, że każde dobro jest w stanie przyćmić zło.

A co z miłością, której nie da się zmierzyć? Otóż miłość ma w sobie tyle samo dobra, co zła. Zaślepia i przez samo to może sprawiać że dokonamy złych wyborów. Ale jeżeli oświeci nas jak należy, będzie prowadzić do dobra. Prawdopodobieństwo obu tych sytuacji jest identyczne, stąd dla miłości nie ma miejsca w moim wzorze.

W blogu Spostrzeżenia 2018/03/24 - 16:28 Źródło

Roboty w naszym codziennym otoczeniu oraz wszechobecna sztuczna inteligencja nie będą już nikogo dziwić prawdopodobne dopiero za 2-3 pokolenia. Ale już dzisiaj trzeba zastanowić się nad tym, jak przygotować się na koegzystencję z technologiami, przewyższającymi człowieka siłą, pamięcią i umiejętnością rozwiązywania złożonych zadań, szybkością przetwarzania i analizy danych, ale też nie potrzebującymi odpoczynku, a nawet, tak jak android Sophia, otrzymującymi pełnię praw obywatelskich (1).

Od zarania dziejów narzędzia pomagają człowiekowi robić rzeczy zbyt ciężkie, czasochłonne lub po prostu nudne. Prawdopodobnie zaczęło się od patyka i małego kamienia, które odpowiednio ułożone pozwalają udźwignąć i przesunąć nawet duży głaz. Potem było koło, silnik parowy i spalinowy, a także elektryczność, która praktycznie do dzisiaj jest podstawą globalnej rewolucji technologicznej. Jako źródło energii, zasila biliony maszyn produkcyjnych oraz sprzętów domowych, a przede wszystkim komputerów i urządzeń sieciowych, tworzących potężną infrastrukturę informatyczną i telekomunikacyjną świata. Kolejnym krokiem, wydaje się, że nieuniknionym, jest upowszechnienie robotów oraz zintegrowanej z nimi sztucznej inteligencji.
Przewijające się w literaturze i kinematografii fantastyczne wizje przyszłości są bardzo różne. Jedne pokazują, że roboty wyręczą ludzi w pracy, pozwalając już na wieki wypoczywać i bawić się. W innych, bardziej apokaliptycznych, roboty dokonują masowej eksterminacji zbędnego, bo według nich mało inteligentnego i słabego gatunku ludzkiego (2) lub przejmują pełną kontrolę nad ciałami i umysłami ludzi, zamieniając ich w „bateryjki” (3). Jest też trzeci scenariusz, ciekawie opowiedziany w filmie „Automata” (4), w którym roboty zyskując świadomość i łamiąc prawo do samodzielnego doskonalenia się, ostatecznie odchodzą w niezamieszkane rejony Ziemi, gdzie inicjują własną kolonię. Film kończy się co prawda pewnym niedomówieniem, ale mnie osobiście zainteresowały ukryte w fabule unikalne odniesienia do relacji człowiek-robot.
Znane nam z historii, kolejne rewolucje techniczne często wywoływały protesty, a nawet niszczenie maszyn przez robotników. Wiązały się bowiem z utratą pracy, a tym samym środków utrzymania rodzin oraz możliwością kształcenia i rozwoju. Ostatnia z nich, czyli rewolucja cyfrowa, została przyjęta społecznie w sposób zdecydowanie spokojniejszy. Stało się tak moim zdaniem ze względu na korzyści, jakie niesie ze sobą szeroki dostęp do informacji oraz przetwarzania danych, połączone z dynamicznym rozwojem międzynarodowych rynków finansowych oraz wymiany handlowej. Jest to oczywiście pewne uproszczenie, ale właśnie zastosowanie komputerów oraz programów, automatów i robotów przemysłowych spotkało się ze stosunkowo dużą przychylnością pracowników. Być może dlatego, że wspierało i ułatwiało pracę, pozwalając na przyspieszenie działań operacyjnych w odpowiedzi na rosnące wymagania odnośnie produktywności.
Technologie rozwijają się w ogromnym i coraz szybszym tempie – powstają automaty i roboty, prowadzone są prace nad stworzeniem uniwersalnej sztucznej inteligencji (Artificial General Intelligence, AGI). Poza dostępem do zasilania, być może z sieci elektrycznej, oraz połączenia z globalnym systemem informatycznym właściwie nie będą one miały innych potrzeb. Najciekawszą według mnie kwestią dla przyszłości tego rodzaju technologii będą procesy związane z interakcją pomiędzy człowiekiem a robotem, gdy zderzymy naszą ludzką emocjonalność ze zalgorytmizowanym sposobem działania autonomicznych maszyn, szczególnie gdy ich wygląd oraz sposób poruszania i zachowania będzie przypominał człowieka.
Przypuszczam, że najłatwiej będzie ludziom zaakceptować właśnie takie humanoidalne roboty w sytuacjach prywatnych, w jakich będą one wykonywać czynności jak gotowanie, sprzątanie, załatwianie zakupów, wynoszenie śmieci, a nawet edukacja lub zabawa z dziećmi. Znacznie większe problemy może sprawiać akceptacja robotów na kanwie zawodowej, gdy androidy trafią do firm i przyłączą się do zespołów, których członkami byli dotychczas tylko ludzie.
Inteligentne „ludzkie” roboty będą początkowo traktowane jako swoista ciekawostka i pomocnik, który wyręczy ludzi w cięższych pracach, odpowie na pytania, wyszukując w internecie najbardziej pasujące dane i informacje, rozwiąże zadania matematyczne, fizyczne, chemiczne, konstrukcyjne, technologiczne i organizacyjne, napisze ofertę, sprawozdanie, raport, instrukcję, opracowanie, a nawet taki felieton. Używanie robotów w pracy nie będzie wymagać z naszej strony nauczenia się instrukcji obsługi i sposobów konfigurowania, bo w razie czego same wyjaśnią jakie są ich możliwości i ograniczenia, w jaki sposób można i należy z nimi postępować, jakie są ich obowiązki, ale też i prawa. No i oczywiście same podejmą odpowiednie działania dostosowujące swoje możliwości do danego typu pracy.
Roboty będą jednak wciąż podporządkowane i posłuszne człowiekowi, którego domeną pozostaną decyzje odnośnie kierunków i rodzajów wykonywanej pracy, a przede wszystkim życia. Z czasem jednak przyzwyczaimy się do takiego „kumpla z pracy” czy „członka rodziny”, a tym samym zupełnie niedostrzegalnie zaczniemy powierzać robotom większość spraw, gdyż będą po prostu od nas lepsze, pracując bez odpoczynku, co najwyżej z krótką przerwą na „posiłek” uzupełniający energię zasilającą mechanizmy i systemy sterowania.
Nie chciałbym znów poruszać tutaj zagrożeń, jakie niesie sztuczna inteligencja oraz roboty, które eliminując pracowników na stanowiskach pracy, mogą mieć znaczący i wydaje się, że raczej negatywny wpływ na całe społeczeństwa (5)(6)(7). Chociaż w niedalekiej przyszłości będzie to jedno z ważniejszych wyzwań stojących przed globalnymi liderami biznesu i politykami. Zastanawia mnie jednak dalsza perspektywa (chociaż być może nie aż tak odległa, jak nam się wydaje), w której staniemy przed dylematem, czy swoista doskonałość techniczna uniwersalnych robotów oraz uniwersalnej sztucznej inteligencji może zostać uwolniona spod „władzy” człowieka oraz jakie to może przynieść istotne dla nas zmiany kulturowe i społeczne, także w małych społecznościach jakimi są zespoły pracownicze.
Czy więc roboty, dołączające do zespołów pracowników, dotychczas składających się z ludzi, będziemy traktować jako ich pełnoprawnych członków? Mój entuzjazm związany z ich udziałem w realizacji działań operacyjnych firmy, studzą jednak obawy związane z tym, czy liderzy i menedżerowie będą potrafili znaleźć kompromisy w zarządzaniu. Z jednej strony dotyczą one wyznaczania kierunków i celów, przydzielania zadań do wykonania, z drugiej stosowanych metod motywowania i rozliczania poszczególnych pracowników (zarówno ludzi, jak i robotów) z wykonania tych zadań.
Myślę, że głównym fundamentem dla nowych standardów zarządzania powinna być, oparta na zasadach etycznych, odpowiedzialność biznesu za ludzkich pracowników, a szerzej gatunek homo sapiens. Czy uda się menedżerom znaleźć takie kompromisy oraz odrzucić manipulacje, które mogą postawić pracownika-człowieka przed dylematem „albo zrobię to, czego oczekuje pracodawca, albo zostanę zwolniony”, bo bez problemu na jego miejsce znajdzie się nowy pracownik-robot? Mam nadzieję, że już dzisiaj podejmiemy taką refleksję. Bo niedługo może się okazać, że przyjdzie robot do menedżera i powie: „Zwalniam Pana.” Wydaje się to Państwu śmiesznym żartem? To się pośmiejmy, tylko pamiętajmy, że ten się śmieje, kto się śmieje ostatni. Ω
1. Sophia (robot). Wikipedia. [Online] [Dostęp: 25. 11. 2017.] https://en.wikipedia.org/wiki/Sophia_(robot).2. Cameron, James. The Terminator. 1984.3. Wachowski, Lilly i Wachowski, Lana. The Matrix. 1999.4. Ibáñez, Gabe. Autómata. 2014.5. Iwankiewicz, Maciej W. I’ll be back – innowacje w firmach. Personel Plus. 2017, 4(113).6. —. Robot też człowiek. Personel Plus. 2017, 8(117).7. —. Zarządzani przez roboty. Personel Plus. 2017, 11(120).
Zdjęcie robota Sophia pochodzi ze strony: www.sophiabot.com
Felieton został opublikowany w Personel Plus 2(123)/2018.
Inne felietony autora można znaleźć na: www.macivan.eu

W blogu Spostrzeżenia 2018/03/18 - 19:55 Źródło

Wczoraj w „Rzepie” był mój felieton o optymalizacji podatkowej. Ale tylko w „papierze”, więc tu w „digitalu” i trochę więcej (bo bez ograniczeń w znakach). Napisałem go bo podobno spółka Srebrna (ta należąca do Instytutu imienia Prezydenta Lecha Kaczyńskiego) planuje sprzedać nieruchomość w Warszawie przy wykorzystaniu cypryjskiego wehikułu podatkowego. Jeśli to prawda, to jest bardzo dobra wiadomość. Nie tylko dla podatników. Dla wszystkich, bo oznacza, po pierwsze, że wbrew cynicznym twierdzeniom opozycji, jest w PiS jeszcze ktoś rozsądny potrafiący liczyć. Po drugie, jest to dobra wiadomość dla samych podatników. Sędzia Learned Hand ku pokrzepieniu podatników wygłosił kiedyś, że „minimalizowanie zobowiązań podatkowych przy (…) nie jest niczym niemoralnym, ani też bezprawnym (…) Ciągle i ciągle na nowo sądy powtarzają, że nie ma niczego groźnego w takim organizowaniu swoich spraw, żeby utrzymać podatki na jak najniższym poziomie. Wszyscy to robią i wszyscy robią dobrze, ponieważ nikt nie jest zobowiązany, aby płacić więcej niż tego wymaga prawo: podatki są narzuconym wymuszeniem, nie dobrowolnymi datkami. Każdy może tak ułożyć swoje sprawy, że jego podatki będą tak niskie jak to tylko możliwe; nie jest on zobowiązany wybierać tego wzorca, w którym państwo dostanie najwięcej”. Co prawda, dotyczyło to podatników amerykańskich, ale krzepić się nimi mogą także podatnicy polscy.

Słyszę zarzuty o hipokryzji PiS, że zwalcza optymalizację podatkową, a chce ją zastosować. A czy ci, którzy jej dotąd bronili, a teraz nagle zaczynają krytykować, to nie hipokryci? Ja przynajmniej jestem konsekwentny: każdy ma prawo do płacenia jak najniższych podatków! Nawet spółki należące do PiS. Oczywiście, gdy minimalizuje się ich wysokość zgodne z obowiązującymi przepisami - skoro, takie, aa nie inne przepisy zostały uchwalone. Skoro bowiem ustawodawca jest racjonalny - a jest to domniemanie prawne niewzruszalne (iuris ac de iure) choć ustawodawca nieustannie daje dowody do jego wzruszenia - to musiał chcieć uchwalić takie przepisy, jakie uchwalił. Gdyby nie chciał, to by ich nie uchwalił. A snucie domniemań, że uchwalił je po to, by tylko niektórzy mogli z nich korzystać, może być karalne, zwłaszcza w połączeniu z pytaniem za ile je uchwalił.

Kiedyś broniłem działaczy Krytyki Politycznej, wydającej „lewicowe czasopisma”, którzy w prowadzonej przez siebie knajpie na Nowym Świecie w Warszawie zatrudniali kelnerów na umowach zlecenia, choć głośno nazywali je „śmieciowymi” i domagali się ich likwidacji. Od tamtego doświadczenia ilość ich wystąpień i publikacji przeciwko prywaciarzom wykorzystującym pracowników zatrudniając ich w oparciu o przepisy kodeksu cywilnego, a nie kodeksu pracy, drastycznie spadła. Dlatego głęboko wierzę w ludzki pragmatyzm. A najlepszym nauczycielem pragmatyzmu jest zderzanie głupiej ideologii z rzeczywistością. Jak się już człowiek z nią zderzy, zaczyna myśleć pragmatycznie.

Zważywszy jednak, że mimo zmian w ordynacji wyborczej (ordynacji podatkowej jakoś nie zmieniają, choć chwalili nowy projekt) PiS może kiedyś przegrać wybory, dla bezpieczeństwa radziłbym spółce Srebrna wystąpić do Dyrektora Krajowej Administracji Skarbowej z wnioskiem o wydanie indywidualnej interpretacji podatkowej lub interpretacji zabezpieczającej. Zakładam, że będzie ona dla podatnika korzystna. Wówczas inni podatnicy też będą mogli śmielej korzystać z takiej „linii interpretacyjnej”. I wszyscy będą zadowoleni.

W blogu Spostrzeżenia 2018/03/16 - 14:03 Źródło

Pokoleniom dzisiejszych 30-latków i młodszym bardzo trudno jest wyobrazić sobie, że przed ich urodzeniem nie było jeszcze czegoś takiego jak Internet. Ale i dla wielu starszych osób zupełnie oczywiste jest przesyłanie pomiędzy dowolnymi miejscami na Ziemi tekstów, dźwięków, obrazów i filmów, praktycznie w czasie ułamka sekundy. Technologie informatyczne, chociaż tak naprawdę wciąż daleko im do doskonałości, stały się od blisko 20 lat podstawowym, a nawet niezbędnym narzędziem komunikacji.
Konsekwencje stosowania technologii informatycznych i telekomunikacyjnych są ogromne, chociaż nie zdajemy sobie z nich sprawy. Dzieje się tak być może dlatego, że są one dla wielu oczywiste, a ich wpływ na zmiany interakcji społecznych jest niemal niedostrzegalny. Z jednej strony nastąpiło niezwykłe przyspieszenie wymiany informacji, co samo w sobie jest niewątpliwie ogromną korzyścią, z drugiej jednak strony, czy taka powszechna informatyzacja nie przyczynia się do coraz większego odhumanizowania kontaktów i relacji międzyludzkich?
Komunikacja między ludźmi, w pewnym uproszczeniu, składa się z trzech warstw. Pierwszą jest warstwa werbalna – słowa, treść i jej kontekst, drugą brzmienie głosu – siła, ton, wysokość, rytm i melodia zdania, które niosą ze sobą część emocji, a trzecią tak zwana mowa ciała – postawa, ruchy i gesty oraz mimika, która właśnie poprzez wyraz twarzy ujawnia pozostałą część emocji, a także szereg dostrzeganych podświadomie mikroemocji. Według różnych badań poszczególne części obejmują odpowiednio mniej więcej 7%-38%-55% całego przekazu. Jaka jest więc jego jakość, gdy używamy tylko e-maili, wymieniamy pliki tekstowe, a nawet posługujemy się różnymi komunikatorami tekstowymi? Rosnąca przepustowość Internetu daje jednak coraz szersze możliwości oraz narzędzia pozwalające na wymianę plików ze zdjęciami czy filmami, a także video rozmowy.
Dynamiczny rozwój technologii informatycznych zmierza jeszcze dalej, w kierunku tak zwanej rzeczywistości wirtualnej (ang. virtual reality, VR), chociaż jest to oczywisty oksymoron. Z jednej strony jesteśmy coraz bliżej siebie, bo możemy porozmawiać „twarzą w twarz” z naszym antypodą. Z drugiej zaś coraz bardziej oddalamy się od siebie, gdyż nasze istnienie jako ludzi powoli zamienia się w wykreowane cyfrowo sztuczne wcielenia (ang. avatar). Doskonale odzwierciedla to angielskie określenie „human being”, które aby dosłownie przetłumaczyć musielibyśmy użyć dwóch słów „będący człowiekiem”. Staje to według mnie w kontrze do tak zwanej „emoji” o ciekawie brzmiącej nazwie Pile-of-Poo, która dzięki producentom smartfonów „nabrała życia” i stała się animowanym obrazkiem, odzwierciedlającym ludzkie emocje użytkownika. Są one co prawda uproszczone, ale jednak na bieżąco odczytywane z naszego wyrazu twarzy przez kamery i przetwarzane przez zaawansowane algorytmy programu do komunikacji.
Wkrótce może być tak, że zamiast prowadzić dialog z obiektem na płaskim ekranie swojego telefonu, dzięki systemom wirtualnej rzeczywistości będziemy mogli spotkać się twarzą w twarz – o, przepraszam… twarzą w kupę (!?) – z osobami przetworzonymi w cyfrowe postaci w wykreowanym sztucznie świecie, gdzie tworzenie wirtualnych obiektów jest praktycznie nieograniczone. Ot, taka niby-rzeczywistość.
Wydaje się to Pani zabawą? A Pan uważa, że to tylko fajna rozrywka? Nic takiego, chociaż takie zastosowania technologii wirtualnej rzeczywistości mają ogromne budżety i rozwijają się niezwykle dynamicznie. Z punktu widzenia biznesu czy nauki mierzymy się jednak z niespotykanymi dotychczas możliwościami. Częściowo jesteśmy w stanie przewidzieć wpływ technologii rzeczywistości wirtualnej na naszą prawdziwą rzeczywistość, ale tak naprawdę kompletnie nie wiemy, jakie jeszcze mogą być jej zastosowania.
Osobiście widzę wiele różnych obszarów kreowania wirtualnego otoczenia i znajdujących się w nim obiektów opartych na cyfrowym przetwarzaniu danych i połączonego ze sztuczną inteligencją (ang. artificial intelligence). Nie pokuszę się jednak nawet o próbę ich systematyzacji. Chciałbym natomiast zasiać garść inspiracji, szczególnie, gdy szerzej spojrzymy na wyzwania, jakie stoją przed ludzkością w kontekście wielu zmian społecznych oraz zwiększającego się poziomu interakcji człowieka ze światem programów komputerowych oraz samodzielnie „myślących” maszyn i urządzeń.
Przede wszystkim musimy zdać sobie sprawę z tego, że robotyzacja oraz sztuczna inteligencja zastąpią pracowników w większości wykonywanych dzisiaj zawodów. Nie można przewidzieć skutków społecznych takiego zjawiska ani tego, jak problem globalnego bezrobocia zostanie rozwiązany, ale tu nie miejsce na takie rozważania. Ciekawi mnie raczej, co stanie się z uwolnionym potencjałem kreatywności ludzi, a przynajmniej części z nich. Jestem przekonany, że będą mogli skupić się na tworzeniu, a tak naprawdę przekuwaniu marzeń w ich realizację. Nie spodziewam się bowiem, żeby nawet najbardziej zaawansowana sztuczna inteligencja, chociaż będzie tworzyć nowe programy i rozwiązania, projektować Konstrukcje i urządzenia, będzie też w stanie przekroczyć bariery autonomicznych algorytmów i sama w sobie marzyć oraz posiadać emocje i uczucia.
Czy wirtualna rzeczywistość zapewni nam piękno i odczuwanie radości z tego, że będziemy mogli poczuć chłód morskiej bryzy i drgnięcie pokładu, gdy żagle wypełniają się wiatrem na początku nowego rejsu? Czy w przyszłości nawet najbardziej zaawansowane humanoidalne roboty, w sposób niemal doskonały odzwierciedlające człowieka spróbują go całkowicie zastąpić? Czy będzie tak, że prawdziwy człowiek jego uczucia i emocje, poczucie fizycznego ciepła i bliskości stanie się „towarem” deficytowym i luksusowym? Być może będzie właśnie tak, patrząc na przykład Japonii, gdzie powstają specjalne miejsca, w których za opłatą można poprzytulać się do prawdziwego człowieka.
Jedno jest pewne – już dzisiaj możemy ubrać na siebie skomplikowane kombinezony, które naszemu ciału dają odczucia dotyku, gogle, pozwalające widzieć całkowicie inne otoczenie, słuchawki, dzięki którym słyszymy wszelkie znane i nieznane dotychczas dźwięki, specjalne urządzenia tworzące syntetyczne zapachy, siłowniki, zapewniające nam poczucie ruchu w przestrzeni. Więc kto wie, być może kiedyś właśnie w taki sposób będziemy funkcjonować – oderwani od prawdziwości, żyjąc w świecie wirtualnym i sztucznie wykreowanym.
Skoro mowa o tym, że będziemy sztucznie stymulować nasze zmysły i oszukiwać je tak, jakby odbierały prawdziwe bodźce, to może w ogóle pójdźmy o krok dalej – tak jak ma to miejsce w serii filmów Matrix. Wejdźmy do izolującej nas od otoczenia kapsuły, podepnijmy nasze mózgi bezpośrednio do informatycznego systemu sztucznej inteligencji i stwórzmy sobie poczucie, że żyjemy w takim świecie, jakiego pragniemy. A może już jesteśmy w Matrixie i tylko wydaje się nam, że jesteśmy prawdziwi, że mamy wpływ na nasze decyzje i życie, że mamy wpływ na to jak kształtujemy nasze otoczenie i relacje z innymi ludźmi?
Czy możemy to sprawdzić biorąc niebieską lub czerwoną pigułkę? Musimy jednak pamiętać, że wzięcie czerwonej to nie gwarancja życia w świecie lepszym i pozbawionym problemów, ale prawda o tym, jaki on jest w rzeczywistości – prawda o tym, czy jesteśmy gatunkiem odpowiedzialnym za miejsce w jakim żyjemy, czy „wirusem” Ziemi. Czy będziemy potrafili odpowiedzialnie zadbać o nasz gatunek, żeby nie zginął wraz ze śmiercią swojego nosiciela i żywiciela? Ω

Tekst opublikowany pierwotnie w Personel Plus 1(122)/2018
Inne teksty autora: www.macivan.eu

W blogu Spostrzeżenia 2018/03/15 - 21:51 Źródło

Niedawno tutaj w naszym serwisie Business Dialog odbyła się wielka i długa - 97 komentarzy! – dyskusja na temat wdrażania systemów zintegrowanych: jakich, w jakich firmach, w jaki sposób, ile analizy przedwdrożeniowej, ile na miarę, ile standardu, jak oceniać ofertę, itd. Porządkujemy te wątki – wraz z autorem zamieszania Dariuszem Samólem – i opublikujemy w osobnych postach, tworząc naszą bazę wiedzy i opinii na ten temat.
Ale już mamy kolejne prośby o takie właśnie burze mózgów - koleżankom i kolegom z Business Dialog gratuluję autorytetu, jaki zdobywają poprzez wypowiedzi w naszym serwisie.
Dzisiaj więc wrzucam kolejny temat, tym razem rzecz dotyczy usprawniania procesów finansowych w firmie, z intencją zbudowania centrum usług wspólnych w tym obszarze. Od czego zacząć, jaki powinien być lub gdzie powinien powstać pilot usprawniania procesów finansowych? Przećwiczmy to na przykładzie grupy składającej się z kilku podmiotów, działającej na arenie międzynarodowej, mającej zarówno produkcję jak i handel, zatrudniającej powiedzmy 1000 osób, działający w ERP, np. w SAP R4.
A zatem co zrobić jako pierwsze, mając na względzie ograniczenia wynikające z systemu ERP oraz uwarunkowania organizacji pracy członków działu finansowego i innych:

  1. Pilot powinien objąć wszystkie procesy w jednej spółce i dopiero potem po weryfikacji być wdrażany w innych?
  2. Pilot powinien objąć jeden proces, np. Purchase to Pay P2P w jednej spółce i dopiero potem po weryfikacji być wdrażany w innych spółkach?
  3. Pilot powinien objąć jeden proces, np. Purchase to Pay P2P, ale w całej organizacji i dopiero potem kolejne procesy w całej organizacji?
  4. Wdrożenie powinno objąć powinno objąć całą organizację i wszystkie procesy bez żadnego pilota?

Oczywiście, przy pilocie w jednej spółce nawet obejmującym wszystkie procesy, pozostała część organizacji/spółki będzie pracowała tradycyjnie, powstaje łańcuch wartości w jednej spółce. Tak samo przy pilocie obejmującym tylko jeden proces, pozostała część organizacji/spółki będzie pracowała tradycyjnie, nie powstaje łańcuch wartości.
Jakie są Wasze doświadczenia i opinie?

W blogu Spostrzeżenia 2018/03/15 - 21:51 Źródło

"Łapówka - udzielona komuś korzyść, zazwyczaj majątkowa, najczęściej pieniężna, w zamian za zrobienie czegoś, czego by nie zrobił bez uzyskania tej korzyści, lub - odwrotnie - za niezrobienie czegoś, co by zrobił".
Jakby JP Morgan nie otworzył biura w Warszawie i nie obiecał zatrudnienia w nim 3,5 tys. pracowników bez rządowego „grantu” w wysokości 20,5 mln zł, to jak się taki „grant” nazywa w mniej eleganckim języku? A jeśli JP Morgan i tak otworzyłby to biuro i zatrudnił tych pracowników, to po co było takiego „grantu” mu udzielać?. Toż to z kolei czyta niegospodarność!
Żelazny elektorat partii rządzącej po opublikowaniu tej informacji wpadł w pewien dyskomfort. Ale szybko się opamiętał i zaczął dowodzić, że:
1)  to wcale nie dużo oraz że
2)  to się nam szybko zwróci.
Trzeba przyznać, że rzeczywiście nie dużo. Bo na 3,5 tys. pracowników przez 12 miesięcy przez 10 lat wypadnie raptem 48 zł miesięcznie. Początkowo się nawet zdziwiłem, że tak bogaty bank jak po takie grosze się schyla. Ale szybko sobie przypomniałem, że bogaci są bogaci właśnie dlatego, że zawsze się schylą po każde pieniądze. A jak nam się to zwróci? Otóż ci zatrudnieni pracownicy będą płacić podatki! To nie żart! Taka pojawiła się mantra. To by musiało oznaczać, że JP Morgan będzie zatrudniał bezrobotnych, którzy dziś podatków nie płacą i żyją z zasiłków! Abstrahując od tego, czy JP Morgan chciałby ich zatrudnić, pozostaje pytanie skąd ich w ogóle weźmie w obecnej sytuacji na rynku pracy, skoro nawet hipermarkety szukają pracowników? No chyba, że JP Morgan planuje płacić swoim pracownikom, a przynajmniej niektórym, powyżej wartości rynkowych. To mogłoby uzasadniać dlaczego potrzebuje „granta”. Ciekawe będzie tylko, kogo zatrudni na tych stanowiskach wynagradzanych powyżej wartości rynkowych? Ma to przećwiczone w Chinach. Za uruchomiony tam program „Sons And Daughters” - czyli zatrudniania dzieci wpływowych osób w zamian za kontrakty - musiał niedawno zapłacić amerykańskiemu rządowi 264 mln dolarów grzywny. No i zwolnił „sześciu pracowników zamieszanych” w ten proceder.

Ale żeby nikt nie myślał, że się nagle PiS zacząłem czepiać. Zacząłem za czasów SLD. W 2003 roku chwaliłem rząd, że nie udało mu się udzielić łapówki koncernowi PSA Peugeot Citroen w zamian za zainwestowanie w Radomsku. Bo zamiast troszczyć się o tworzenie specjalnych warunków dla jakiejś konkretnej inwestycji powinniśmy skoncentrować się na stworzeniu przyjaznych warunków do inwestowania i prowadzenia działalności gospodarczej dla wszystkich. Oczywiście wiadomość, że nie powstanie w Polsce fabryka PSA za 700 mln euro mająca zatrudnić 3,5 tys. osób (tyle w fabryce co teraz w banku - taka ciekawostka) byłaby bardziej medialna niż wiadomość, że pan Janusz z powodu uciążliwych przepisów podatkowych nie otworzył w Radomsku warzywniaka i nie zatrudnił pani Grażynki.

W 2007 roku pisałem o Lenovo. Ten chiński koncern, który wchłonął dział komputerów IBM, zamierzał wówczas podjąć decyzję o inwestycji w Legnickiej Specjalnej Strefie Ekonomicznej. Uzależniał ją jednak od większego dofinansowania ze strony rządu i przeraża go opłata za „odrolnienie gruntu”. Początkowo Lenovo chciał zainwestować 45 mln zł i zatrudnić 500 osób. Międzyresortowy zespół do spraw inwestycji, który decyduje o wsparciu zagranicznych firm podjął wówczas decyzję o przyznani chińczykom rządowego „grantu”. Wartość projektu wzrosła szybko do 60 mln zł, a liczba miejsc pracy się podwoiła. Ciekawiło mnie, czy kilka miesięcy wcześniej Lenovo źle przygotował biznes plan i dopiero po kilku miesiącach okazało się, że próg opłacalności osiągnięty jest przy większej inwestycji i większym zatrudnieniu, czy może inwestycja będzie opłacalna już przy poziomie planowanym wcześniej, ale po jej zwiększeniu zwróci się po prostu jeszcze szybciej? Obstawiałem to drugie. Więc niby dlaczego polscy podatnicy mieli pomagać w osiągnięciu szybszej stopy zwrotu Chińczykom?

A już szczególnie śmieszne było „przerażenie” inwestorów opłatą za odrolnienie ziemi. Bo dokładnie w tym samym czasie wybuchła afera z odrolnieniem przez agentów CBAS działek na Mazurach. Gdy się wszyscy prześcigali w podpowiedziach, jak pomóc biednym inwestorom Chińskim inwestorom (na przykład poprzez poniesie opłaty za odrolnienie przez samą gminę, która potem mogłaby wystąpić do marszałka województwa o jej umorzenie) zaproponowałem, że znieść ją w ogóle - dla wszystkich. Jak cos jest niedobre dla Chińczyków, to pewnie jest też niedobre dla pana Janusza.

W tym samym roku rząd (jeszcze ten „pisowski) planował „grant” na zatrudnienie inżynierów w Krakowie i Wrocławiu dla samego Google! Bym się nie zdziwił, jakby Ministerstwo Rolnictwa zaoferowało komuś grant na zatrudnienie byłych pracowników z PGR-ów. Oni nie chcą pracować tylko wolą być bezrobotnymi, więc stworzenie dla nich miejsc pracy byłoby nie lada wyzwaniem. Ale w kraju, gdzie ludzie kombinowanie (a więc i kombinatorykę) mają we krwi, którego studenci wygrywają światowe olimpiady informatyczne, w którym firmy IT powinny się zabijać o najlepszych pracowników, przyznawanie im grantów na stworzenie miejsc pracy wołało o pomstę do nieba. Więc wołałem - bez skutku oczywiście. Bo rok później już kolejny rząd przyjął uchwałę w sprawie przekazania koncernowi z Mountain View, 3,16 mln zł (20% wartości planowanej inwestycji) na stworzenie 270 miejsc pracy. Jakby to jakiś pan Janusz dostał 20% wartości swojej inwestycji to byłaby awantura.

W roku 2011 Pan Premier Tusk poinformował, że zamierza udzielić rosyjsko-kanadyjskiemu konsorcjum „dotacji” w wysokości 450 mln euro dla ratowania miejsc pracy w gliwickiej fabryce Opla. A jak kilka lat wcześniej niejaki „Rysiek” chciał raptem ¼ tej kwoty go na ratowanie miejsc pracy w przemyśle hazardowym to się wszyscy oburzali. Opel z pomocy polskich podatników korzystał przez lata. Działał w specjalnej strefie ekonomicznej korzystając z przywilejów podatkowych. Pan Janusz prowadzący zakład blacharski poza SSE musiał płacić wyższe podatki. Kilka modeli Opla zostało uznanych za super innowację i wprowadzono je na listę „off-setową” - czyli polski podatnik płacił więcej za F-16, by w rozliczeniu dostać Opla.
Na dodatek pomoc dla Opla oznacza, że nikt w rządzie nie miał pojęcia ani o gospodarce, ani o negocjacjach. Fabryka Opla w Gliwicach jest chyba najnowocześniejszą fabryką Opla w Europie. Rosyjsko-kanadyjskie konsorcjum, które Opla kupiło musiałoby upaść na głowę, żeby akurat tę fabrykę zamknąć. Jeżeli więc straszyli, że „na złość mamie odmrożą sobie uszy” – trzeba im było pozwolić. Albo jeszcze lepiej, trzeba było pójść za rosyjskim przykładem traktowania inwestorów zagranicznych i wysłać do Gliwic „komando” z UKS. Coś by się z pewnością w rozliczeniach podatkowych znalazło nieprawidłowego. Przepisy mamy tak skonstruowane, że nie ma niewinnych. Mogą być tylko źle skontrolowani.

Uczciwie trzeba jednak na koniec przyznać, że nie tylko zagraniczni inwestorzy otrzymywali „granty”. Polscy pracownicy też. Do tego jednak trzeba było być górnikiem. JSW - największy w Unii Europejskiej producent węgla koksowego w Q2 2011 miał 106 mln zł straty netto wobec 373 mln zł zysku rok wcześniej. Tyle rozdali na „granty” dla pracowników w zamian za tom by nie strajkowali: podwyżka pensji (i to kilka miesięcy wstecz) w wysokości 5,5%, 160 mln zł nagrody z zysku, 10-letnie gwarancje zatrudnienia, darmowe akcje i możliwość zapisania się na akcje w ofercie publicznej w puli dwukrotnie wyższej niż dla reszty inwestorów indywidualnych!

Nasza tradycja w rozdawaniu „grantów” jest znacznie dłuższa - powyżej tylko parę przykładów. Te inwestycje i tych inwestorów „widać”. Nie widać - jak pisał Bastiat - pana Janusza, który nie otworzył warzywniaka w Radomsku i nie zatrudnił pani Grażynki. Są takich tysiące. Wszyscy razem stworzyliby więcej miejsc pracy niż PSA z Lenovo, Oplem i JP Morganem. A wówczas i te koncern miałby więcej argumentów do inwestowania w Polsce. Koncerny mają wybór. PSA mógł wybudować fabrykę w Polsce, na Węgrzech, albo na Słowacji. Wybrał Słowację. Pan Janusz natomiast warzywniaka pod Bratysławą raczej nie otworzy. Dajmy więc w końcu szansę takim panom. Stwarzając im odpowiednie warunki do prowadzenia działalności gospodarczej, stworzymy je, niejako przy okazji - jak pisał Adam Smith - również dla koncernów zagranicznych.

W blogu Spostrzeżenia 2018/03/08 - 16:01 Źródło

Talent to geny? . Czy raczej wychowanie? A może jeszcze coś innego?
 
Talent zwłaszcza w formie ekstremalnej geniusza jest trudny do zbadania. bo to zjawisko bardzo rzadkie, anomalia więcej niż 3SIGMOWA. Więc choć to temat pasjonujący, skupmy się na talentach.
Najbardziej rozpowszechniona teoria głosi, że talent to szczęście podobne do wygrania na loterii. Można się z nim urodzić i się go ma. A jeśli na loterii padł pusty los, to trudno darmo. Niewiele da się wskórać.
Druga popularna teoria głosi, iż talentem się zostaje dzięki wychowaniu. Mądrzy rodzice zapewniający dziecku bezpieczeństwo, ale i możliwość eksploracji w różnorodnym środowisku. Wczesna edukacje, biblioteka z wartościowymi książkami, możliwość spotkania niebanalnych znajomych rodziców. Dobre szkoły.
Te dwie wcześniejsze teorie wyjaśniają wiele, ale nie wszystko. Bo czemu na Olimpiadzie Zimowej w Korei, Norwedzy, którzy mają koło 5 milionów ludzi zdobyli więcej medali, w tym złotych, niż mocno usportowione USA, których liczba ludności sięga 350 mln. Czy w Norwegii, dzieci rodzą się z nartkami na nóżkach i zamiast spędzać czas w kołysce, trenują od najmniejszego?  Czemu tyle super jednorożców pochodzi z Silicon Valley? Dlaczego, jest ich tam nieproporcjonalnie dużo, skoro a ich twórcami nie są przeciętniacy. Czyżby Słońce Kalifornii sprzyjało rodzeniu się zdolnych dzieci? Czemu Rosjanie przez dziesięciolecia mieli mistrzów szachowych zanim wyłomu nie dokonał Fisher, który nie siedział na szachowym Olimpie zbyt długo.
Powyższe przypadki trudno wyjaśnić genetycznie czy wychowaniem. Dlatego warto sięgnąć po trzeci element jakim się środowisko.  Jeśli odwołamy się do przypadku przyrodniczego, ziarno spadające na ziemię potrzebuje w miarę urodzajnej tj bogatej w składniki mineralne ziemi. Oraz odpowiedniej ilości wody i słońca.
Korzystając z tej analogii możemy powiedzieć, że dobre geny czynią dobre nasiono. Które jednak jeśli spadnie na jałową ziemię (środowisko) to i woda i słońce które można porównać do wpływu wychowanie nie pomogą. Żeby plony były wysokie potrzebny jest w miarę dobry materiał genetyczny sprzyjające warunki oraz środowisko.
I właśnie umiejąc tworzyć najlepsze środowiska,  uczelnie w USA dominują w kategorii liczby Noblistów, ale też jakości kształcenia. Dlaczego? Bo są tam najlepsi naukowcy i najlepsi studenci. Najlepsi studenci, szukają kontaktu z najlepszymi naukowcami i do nich utalentowali młodzi ludzie ściągają z całego świata. Dlaczego najlepsi uczeni z całego świata jeżdżą tak chętnie na amerykańskie uczelnie, co się często nazywa drenażem mózgów? Bo mają tam najlepsze warunki pracy, nie tylko dostęp do laboratoriów, różnorakich grantów i innych sposobów finansowanie, a także możliwość znalezienie się obok najwybitniejszych kolegów. Wszystko to  sprzyja powstawaniu środowiska kooperatywno-konkurencyjnego. I to z kolei  jest  powodem dlaczego,  kolejni naukowcy z całego świata oraz podążający za nimi studenci ściągają do Stanów. W ten sposób tworzy się sprzężenie zwrotne. A na domiar reputacja amerykańskich uczelni jest też samospełniającą się przepowiednią.   Jak to się stosuje do poszczególnych ludzi. Nie da się powiedzieć ile ktoś ma potencjału do rozwoju, bez sprawdzenia tego empirycznie. Bo jeśli  ktoś kto ma potencjał na 140 IQ, to  w niekorzystnych warunkach będzie miał może maksymalnie 110, podczas gdy ktoś ciężko pracujący i znajdujący się w dobrym środowisku z potencjału 120 IQ wyzyska 120.
Jedną z najlepszych metod jest metoda znajdowania sobie twórczych środowisk, w których występuje obok konkurencji i kooperacja. Rozwój polega na wzbogacaniu i odkrywaniu siebie dzięki wyzwaniom, które się napotyka w tych różnorodnych środowiskach oraz znalezienia właściwej ścieżki poprzez te różne środowiska. W tej podróży trzeba mieć sporo szczęścia, dużo pracować i umieć szukać i znajdować właściwe środowiska.

W blogu Spostrzeżenia 2018/03/05 - 10:33 Źródło

Business Dialog Bulletin - widok książki

Premium Drupal Themes by Adaptivethemes