Przejdź do treści
Zapraszamy

Czytelników, rozmówców na forum, Autorów, Blogerów, Redaktorów,...

Przeczytaj o możliwościach korzystania z witryny i współpracy

Salon Business Dialog Klub Inspirations Klub Dialog CIO Business Meeting Point Kwintesencja Projekty Business Dialog

W blogu Spostrzeżenia

Blog Iwony D. Bartczak

Ludzie, którzy uczestniczą w naszej społeczności Business Dialog wiedzą, skąd się biorą pieniądze. I pewno jeszcze wielu wie. Ale, cóż w Business Dialog jest nas coś 11 000 przedsiębiorców i menedżerów z zarządów i ścisłego kierownictwa firm, aż tyle i tylko tyle. I są jeszcze inni właściciele i menedżerowie, dużo więcej niż owe 11 000, ale razem to i tak pewnie nie więcej niż 10-15% społeczeństwa.
Moim zdaniem, zdecydowana większość dorosłego społeczeństwa nie wie, skąd się biorą pieniądze. Może nawet aż 80%. I to jest dramat polskiej gospodarki i tegoż społeczeństwa, a nie to może menedżment i właściciele nie są dostatecznie wyedukowani w dziedzinie organizacji i zarządzania, technologii i finansowania, itd. Zmóżdżamy się na potęgę w tych naszych programach edukacyjno-doradczych, a to Digital Finance Excellence, a to Cyfrowy Fiskus, a to Plan B, a to jeszcze wiele innych. Podnosimy wiedzę, tak to prawda, przyspieszamy podjęcie projektów modernizacyjnych, to prawda, ludzie rozwijają się, robią kariery, zbierają nagrody, to prawda.
Ale dopóki reszta dorosłych obywateli nie zrozumie skąd się biorą pieniądze, cały ten wysiłek, nasz, dyrektorów, właścicieli, ekspertów - idzie na marne, a przynajmniej nie pracuje tak, jak mógłby.
Jaki obraz wyłania mi się z tysięcy rozmów, inicjowanych lub przypadkowych, z tzw. przeciętnym Polakiem?

  1. Obywatele uważają, że uczciwi ludzie po prostu ciężko pracują, za co dostają pieniądze. Słowo "dostają" jest bardzo ważne. Owa ciężka praca nie kojarzy im się z robieniem pieniędzy (wytworzaniem wartości, wyrażanych w pieniądzu). Ich praca, w ogóle praca, nie jest ich zdaniem robieniem pieniędzy. Nie to, że mało zarabiają. Nie, chodzi o to, że pieniądze się dostaje za pracę, a nie za wartość, która powstała z tej pracy, i nadaje się na sprzedaż, więc powstają z tego pieniądze.
  2. Pieniądze robią złodzieje. Nie do końca wiadomo jak i nawet to nikogo specjalnie nie interesuje. W naszym społeczeństwie jedynymi, którym przypisuje się zdolność robienia pieniądzy są złodzieje, ewentualnie wyzyskiwacze, ale to też złodzieje.
  3. Złodziejom należy zabrać pieniądze, które zrobili i rozdać potrzebującym i tym którym się należy. Wiedza o tym komu się należy i kto potrzebuje jest bardzo w społeczeństwie rozbudowana. Obywatele różnią się, czasem bardzo zasadniczo, komu i ile należy dać, tutaj społeczeństwo jest bardzo rozdyskutowane.
  4. Przedsiębiorcy też nie robią pieniędzy, tylko okradają pracowników lub państwo, zdaniem większości obywateli. Więc przedsiębiorcy też są złodziejami, a nie są twórcami pieniędzy. Ponieważ jako społeczeństwo nie mamy wiedzy, skąd się biorą pieniądze, jak one powstają, więc nie podejrzewamy przedsiębiorców, że oni jednak robią te pieniądze w ten sposób, że wytwarzają jakąś wartość, za którą ktoś chce płacić. Przedsiębiorcy po prostu okradają uczciwych ludzi (pracowników, kontrahentów, klientów) z tego, co im się należy - to jest powszechne wyjaśnienie moich rodaków na temat źródeł zamożności firm i ich właścicieli.

Podsumowując, gospodarowanie w Polsce - zdaniem 80% obywateli - polega na robieniu pieniędzy przez złodziei, następnie zabieraniu im pieniędzy przez państwo/partię rządzącą i dawaniu nie-złodziejom w przegłosowanych w sejmie proporcjach.
Nie ma w społeczeństwie elementarnej wiedzy i refleksji o tym, skąd się biorą pieniądze. Czegoś tak absolutnie podstawowego. Jak powstaje wartość, która następnie przybiera postać pieniędzy i jaką ludzie odgrywają w tym rolę, pracując.
Wiedza dotyczy tylko tego, dlaczego komuś się należą pieniądze. Tutaj uzasadniania są przemyślane i solidne.

W blogu Spostrzeżenia 2019/10/09 - 21:56 Źródło

Unia Europejska wprowadza przepisy określanych mianem „prawa do naprawy”. Mają one przeciwdziałać planowanemu ograniczaniu trwałości produktów przez producentów. Od kwietnia 2021 roku producenci sprzętu AGD (lodówko-zamrażarki, zmywarki, pralki, oświetlenie) będą miały obowiązek dbać o żywotność swoich produktów i sprzedawać do nich części zamienne przez co najmniej 10 lat. Zakazana zostanie praktyka utrudniająca serwisom nieautoryzowanym dokonywanie napraw.
A nie mówiłem? Przypomnę co o tym pisałem w  2012 roku.
"Podobno następuje ożywienie gospodarcze. Podobno widać to w segmencie RTV i AGD. Ja właśnie jestem jednym ze sprawców tego „ożywienia”. To znaczy nie ja z własnej nieprzymuszonej woli. Poszedłem naprawić odtwarzacz DVD. Miałem z tym niejaki problem, bo znana firma ma swój serwis pod Warszawą (w godzinach szczytu ponad godzina jazdy do centrum) czynny od poniedziałku do piątku w godzinach od 9 do 17. Więc jak ktoś pracuje u kogoś, to się musi z pracy zwolnić, żeby odtwarzacz do naprawy oddać. Drugi raz trzeba będzie zrobić to samo, żeby go z naprawy odebrać.  No chyba, że od razu powiedzą, że bardziej się opłaca kupić nowy niż naprawiać „stary”. Co prawda „stary” ma dopiero trzy lata, ale przecież jakby się to wszystko nie psuło to byśmy nie wymieniali na nowe, bo po co? Różnic jakościowych wielkich nie ma. To znaczy są – na gorsze. U moich rodziców gdzieś na antresoli stoi jeszcze stary radiomagnetofon. Ma lat chyba 40. I gra! Owszem, jakość dźwięku na taśmach kasetowych (młodzi pewnie nie wiedzą co to takiego) była dużo gorsza niż na płytach CD czy DVD. Ale mechanicznie działa. A jak się kiedyś popsuł, to nie było problemu z naprawą.  Bo wyprodukowany został w czasach, gdy gospodarka światowa nie rozwijała się tak szybko."
Dziś się rozwija szybciej, bo się wszystko szybciej psuje. Generujemy „popyt” na nowy sprzęt RTV czy AGD, bo często nie mamy innego wyjścia. A Produkt Krajowy Brutto (PKB) – który rzekomo stanowi dowód naszego rosnącego bogactwa – to suma wydatków rządowych, firmowych i gospodarstw domowych. Jak musimy niepotrzebnie wydać pieniądze na coś nowego, bo coś, co wydawało nam się całkiem nowe się popsuło, a naprawić się nie daje, to czujemy się bogatsi? Raczej nie. A powinniśmy, bo przecież PKB wzrosło!
Bernard London już w 1932 roku napisał artykuł: “Ending the Depression Through Planned Obsolescence” o celowym postarzaniu produktów. Najbardziej znany przykład tej strategii przedstawia został w filmie dokumentalnym Light Bulb Conspiracy. Punktem wyjścia jest historia pewnej żarówki, która w remizie strażackiej w Livermore w Kaliforni pali się do dziś żarówka z 1903 roku. Tajemnica jej długowieczności tkwi w jej drucie żarowym. Producenci  żarówek  troszczą się nie o to, żeby żarzył się jak najdłużej – tylko o to, żeby nie żarzył się zbyt długo. Nie jest to jednak żadna „konspiracja” tylko przemyślna strategia i to nie tylko wśród producentów żarówek.
Tak zwane „postarzanie” produktów stało się zasadą. Producenci celowo tak je projektują, by zaraz po okresie gwarancji się psuły. Niektóre się psują jeszcze na gwarancji i wtedy wymieniają na nowy. Bo nie opłaca się naprawiać. Nie to co kiedyś zapalniczki jednorazowe, które na Zachodzie były często darmowymi gadżetami. U nas je przerabiano na wielokrotnego użytku. Teraz już tak się nie da.
Niektórzy twierdzą, że zaprojektowana awaryjność nie jest szwindlem ze strony producentów, gdyż pozyskując wciąż nasze pieniądze, wydawane na wymianę zniszczonych produktów, przekazują oni środki działom rozwoju, co stymuluje wynalazczość i, paradoksalnie, poprawiają nasz komfort życia. Gdy po dwóch latach użytkowania coś się nam zepsuje, musimy kupić nowy sprzęt, ale jest on już lepszy od poprzednika, którego nie zdecydowalibyśmy się może wymienić, gdyby jeszcze działa.
Trzy elementy tego mechanizmu, który napędza „wzrost” to:
– reklama oddziaływująca na podświadomość („musisz to mieć”)
– zaprojektowana awaryjność (czyli wymuszanie zakupu nowego urządzenia jakby sama reklama nie zadziała)
– kredyty (żeby cię było stać).
Dzięki temu czujemy potrzebę albo nawet konieczność kupowania nowych produktów. A wszystko w imię wzrostu gospodarczego opartego na teorii popytowej.
Jest też inny sposób na wyłudzanie pieniędzy konsumentów, dzięki czemu rośnie ów mityczny PKB. Jeden z wielkich koncernów powiększył ostatnio dziurkę do podłączania ładowarki w nowym modelu swojego kultowego telefonu. Wszyscy, którzy mają modele wcześniejsze, jak kupią nowy muszą wymienić też ładowarki. Nie mówiąc już o różnych odtwarzaczach, które miały stacje dokującego dostosowane do tego urządzenia. Już się mogą  cieszyć ze wzrostu bogactwa. Nawet niektóre samochody miały wejścia do tego wiekopomnego urządzenia. Ciekawe, czy ich właściciele będą teraz wymieniać te samochody? Od tego też by wzrósł PKB.
Jechałem niedawno Mercedesem 110. Rok produkcji  1965! Nie, nie – to nie był samochód zabytkowy. Po Warszawie jeździ taka taksówka! Za 46 lat po dziś produkowanych Mercedesach to nawet ślad w pamięci nie zostanie. A komfort jazdy wcale nie był tak dużo gorszy, jak w przypadku porównania dźwięku odtwarzacza CD z „kaseciakiem”.
Dziś mam nowy przykład. Kupiłem 10 lat temu wiertarkę. Profesjonalną. Taką miałem fanaberię – chciałem mieć najlepszą, choć mi taka nie była w zasadzie potrzebna. Działała świetnie do momentu, gdy popsuła się bateria. Już nie produkują baterii z takim uchwytem. Trzeba kupić nową wiertarkę.
Czy gospodarka oparta o taki mechanizm może funkcjonować w nieskończoność? Moim zdaniem nie może.

W blogu Spostrzeżenia 2019/10/04 - 21:07 Źródło

Unia Europejska wprowadza przepisy określanych mianem „prawa do naprawy”. Mają one przeciwdziałać planowanemu ograniczaniu trwałości produktów przez producentów. Od kwietnia 2021 roku producenci sprzętu AGD (lodówko-zamrażarki, zmywarki, pralki, oświetlenie) będą miały obowiązek dbać o żywotność swoich produktów i sprzedawać do nich części zamienne przez co najmniej 10 lat. Zakazana zostanie praktyka utrudniająca serwisom nieautoryzowanym dokonywanie napraw.
A nie mówiłem? Przypomnę co o tym pisałem w  2012 roku.
"Podobno następuje ożywienie gospodarcze. Podobno widać to w segmencie RTV i AGD. Ja właśnie jestem jednym ze sprawców tego „ożywienia”. To znaczy nie ja z własnej nieprzymuszonej woli. Poszedłem naprawić odtwarzacz DVD. Miałem z tym niejaki problem, bo znana firma ma swój serwis pod Warszawą (w godzinach szczytu ponad godzina jazdy do centrum) czynny od poniedziałku do piątku w godzinach od 9 do 17. Więc jak ktoś pracuje u kogoś, to się musi z pracy zwolnić, żeby odtwarzacz do naprawy oddać. Drugi raz trzeba będzie zrobić to samo, żeby go z naprawy odebrać.  No chyba, że od razu powiedzą, że bardziej się opłaca kupić nowy niż naprawiać „stary”. Co prawda „stary” ma dopiero trzy lata, ale przecież jakby się to wszystko nie psuło to byśmy nie wymieniali na nowe, bo po co? Różnic jakościowych wielkich nie ma. To znaczy są – na gorsze. U moich rodziców gdzieś na antresoli stoi jeszcze stary radiomagnetofon. Ma lat chyba 40. I gra! Owszem, jakość dźwięku na taśmach kasetowych (młodzi pewnie nie wiedzą co to takiego) była dużo gorsza niż na płytach CD czy DVD. Ale mechanicznie działa. A jak się kiedyś popsuł, to nie było problemu z naprawą.  Bo wyprodukowany został w czasach, gdy gospodarka światowa nie rozwijała się tak szybko."
Dziś się rozwija szybciej, bo się wszystko szybciej psuje. Generujemy „popyt” na nowy sprzęt RTV czy AGD, bo często nie mamy innego wyjścia. A Produkt Krajowy Brutto (PKB) – który rzekomo stanowi dowód naszego rosnącego bogactwa – to suma wydatków rządowych, firmowych i gospodarstw domowych. Jak musimy niepotrzebnie wydać pieniądze na coś nowego, bo coś, co wydawało nam się całkiem nowe się popsuło, a naprawić się nie daje, to czujemy się bogatsi? Raczej nie. A powinniśmy, bo przecież PKB wzrosło!
Bernard London już w 1932 roku napisał artykuł: “Ending the Depression Through Planned Obsolescence” o celowym postarzaniu produktów. Najbardziej znany przykład tej strategii przedstawia został w filmie dokumentalnym Light Bulb Conspiracy. Punktem wyjścia jest historia pewnej żarówki, która w remizie strażackiej w Livermore w Kaliforni pali się do dziś żarówka z 1903 roku. Tajemnica jej długowieczności tkwi w jej drucie żarowym. Producenci  żarówek  troszczą się nie o to, żeby żarzył się jak najdłużej – tylko o to, żeby nie żarzył się zbyt długo. Nie jest to jednak żadna „konspiracja” tylko przemyślna strategia i to nie tylko wśród producentów żarówek.
Tak zwane „postarzanie” produktów stało się zasadą. Producenci celowo tak je projektują, by zaraz po okresie gwarancji się psuły. Niektóre się psują jeszcze na gwarancji i wtedy wymieniają na nowy. Bo nie opłaca się naprawiać. Nie to co kiedyś zapalniczki jednorazowe, które na Zachodzie były często darmowymi gadżetami. U nas je przerabiano na wielokrotnego użytku. Teraz już tak się nie da.
Niektórzy twierdzą, że zaprojektowana awaryjność nie jest szwindlem ze strony producentów, gdyż pozyskując wciąż nasze pieniądze, wydawane na wymianę zniszczonych produktów, przekazują oni środki działom rozwoju, co stymuluje wynalazczość i, paradoksalnie, poprawiają nasz komfort życia. Gdy po dwóch latach użytkowania coś się nam zepsuje, musimy kupić nowy sprzęt, ale jest on już lepszy od poprzednika, którego nie zdecydowalibyśmy się może wymienić, gdyby jeszcze działa.
Trzy elementy tego mechanizmu, który napędza „wzrost” to:
– reklama oddziaływująca na podświadomość („musisz to mieć”)
– zaprojektowana awaryjność (czyli wymuszanie zakupu nowego urządzenia jakby sama reklama nie zadziała)
– kredyty (żeby cię było stać).
Dzięki temu czujemy potrzebę albo nawet konieczność kupowania nowych produktów. A wszystko w imię wzrostu gospodarczego opartego na teorii popytowej.
Jest też inny sposób na wyłudzanie pieniędzy konsumentów, dzięki czemu rośnie ów mityczny PKB. Jeden z wielkich koncernów powiększył ostatnio dziurkę do podłączania ładowarki w nowym modelu swojego kultowego telefonu. Wszyscy, którzy mają modele wcześniejsze, jak kupią nowy muszą wymienić też ładowarki. Nie mówiąc już o różnych odtwarzaczach, które miały stacje dokującego dostosowane do tego urządzenia. Już się mogą  cieszyć ze wzrostu bogactwa. Nawet niektóre samochody miały wejścia do tego wiekopomnego urządzenia. Ciekawe, czy ich właściciele będą teraz wymieniać te samochody? Od tego też by wzrósł PKB.
Jechałem niedawno Mercedesem 110. Rok produkcji  1965! Nie, nie – to nie był samochód zabytkowy. Po Warszawie jeździ taka taksówka! Za 46 lat po dziś produkowanych Mercedesach to nawet ślad w pamięci nie zostanie. A komfort jazdy wcale nie był tak dużo gorszy, jak w przypadku porównania dźwięku odtwarzacza CD z „kaseciakiem”.
Dziś mam nowy przykład. Kupiłem 10 lat temu wiertarkę. Profesjonalną. Taką miałem fanaberię – chciałem mieć najlepszą, choć mi taka nie była w zasadzie potrzebna. Działała świetnie do momentu, gdy popsuła się bateria. Już nie produkują baterii z takim uchwytem. Trzeba kupić nową wiertarkę.
Czy gospodarka oparta o taki mechanizm może funkcjonować w nieskończoność? Moim zdaniem nie może.

W blogu Spostrzeżenia 2019/10/04 - 21:07 Źródło

Business Dialog: Kiedy raporty ułatwiają menedżerom i zarządowi podejmowanie decyzji, a kiedy wcale nie są pomocne, wywołują pytania, podejrzenia i wątpliwości? 
Bożena Skibicka, mis²: Raporty są wiarygodne, wyliczane wskaźniki są wiarygodne, jeśli są obliczane w oparciu o wiarygodne dane. A to dzieje się tylko wtedy, jeżeli dane potrzebne do obliczania wskaźników są wprowadzane na bieżąco (w trakcie pracy) do funkcjonujących w firmach systemów informatycznych, takich jak rejestracja czasu pracy, rejestracja zdarzeń produkcyjnych, rejestracja zdarzeń finansowych, sprzedażowych, marketingowych.  Z tak wprowadzonych danych, na bieżąco, powinny być obliczane wskaźniki. Niestety, najczęściej tak nie jest, bowiem bardzo często raportowanie w polskich firmach oparte jest o arkusze excelowe, często bardzo złożone, z wieloma macrami.
Dzisiaj, w szybko zmieniającym się otoczeniu prawnym i gospodarczym, decyzje biznesowe często trzeba podejmować na bieżąco, a te będą trafne, jeśli decydent będzie  miał dostęp do aktualnych wyników firmy i innych danych o swoim biznesie. Technologia na to pozwala: pozwala mieć wiarygodne wyniki w każdym obszarze firmy, na różnym poziomie szczegółowości, w każdej chwili. Jest jeden podstawowy wymóg – wiarygodne dane źródłowe. A te nigdy nie będą wiarygodne, jeśli będą wprowadzane po czasie do arkuszy excelowych, które z natury uniemożliwiają sprawdzenie wiarygodności, bo są wpisywane „z palca”.
Oczywiście dane wprowadzane do dziedzinowych systemów informatycznych też mogą być wprowadzane z błędami, ale współczesna technologia umożliwia weryfikację poprawności wprowadzanych danych. Wielokrotnie przygotowywaliśmy w mis² aplikacje do sprawdzania poprawności wprowadzanych danych.
Jeżeli firma jest zarządzana procesowo, jeżeli odpowiednio ustawione są dla poszczególnych poziomów (a więc i stanowisk) cele, a więc i wartości wskaźników do realizacji, to mając dane źródłowe (podstawowy warunek) można przygotować aplikacje analityczne w ramach nawet dużej organizacji dopasowane do stanowisk. Technologia umożliwia takie ustawienie uprawnień, że każdy widzi tylko swoje aplikacje. Tak przygotowane zostało przez nas rozwiązanie dla firmy Impel.
Business Dialog: Żartobliwie mówiąc, świat dzieli się na miłośników excela i jego zagorzałych wrogów. Czy w walce o użyteczne raportowanie warto skupić się na wykorzenianiu starych przyzwyczajeń w obrazowaniu liczb, zależności, scenariuszy?
Bożena Skibicka: Są firmy i zarządy, które wymagają przedstawienia wskaźników w atrakcyjny i łatwy do odczytania sposób (wizualizacje, animacje, słupki, wykresy itp.), ale są i te przyzwyczajone do excela. Ich menedżerowie chcą mieć raportowanie na wyższym poziomie, wiarygodne, ale wyniki chcą widzieć w układzie tabelarycznym. Mieliśmy zresztą zabawny przypadek, gdy przyzwyczajona do excela osoba zablokowała cały system kontrolingowy, bo postanowiła wyeksportować dane z aplikacji raportującej (bo jest to możliwe) do excela właśnie. Nie można więc lekceważyć przyzwyczajeń użytkowników i zawsze przy wdrożeniu wyjaśniać po co się to robi, dlaczego jest to potrzebne organizacji, dlaczego organizacja wymaga nauczenia się korzystania z nowego narzędzia.
Ważne jest, żeby wdrażane narzędzie było łatwe do nauczenia, miało przyjazny, przejrzysty, intuicyjny interfejs. (w załączniku przykład przygotowany przez mis² „Raport pokryć finansowych” )
Ale dzisiaj potrzebne są nie tyle sztywne raporty, lecz aplikacje analityczne, które pozwalają nie tylko na filtrowanie na wiele różnych sposobów, ale również na analizy „what if”
Business Dialog: Jak jest wartość z automatyzacji procesów dla prawidłowego raportowania, zwiększającego sprawczość zarządzania?
Bożena Skibicka: Najważniejsze korzyści to:

  1. przejrzystość procesu, pracy ludzi
  2. mniej błędów
  3. uwolnienie czasu ludzi na analitykę
  4. zarządzanie procesem, a nie zadaniami pracowników

Zarządzając procesem realizuję cele działu, całej organizacji, nie muszę definiować pojedynczych zadań dla pracowników, bo oni sami najlepiej wiedzą jakie zadania w jakim czasie wykonywać, aby proces był realizowany.
mis² jest partnerem Digital Finance Excellence  Z Bożeną Skibicką spotkamy się 9.10 w Poznaniu na śniadaniu biznesowym Klubu Dyrektorów Finansowych „Dialog”, więcej informacji i możliwość zapisania się https://kdfdialog.org.pl/wydarzenie/dfe-trafnosc-decyzji-biznesowych-dane-analityka-automatyzacja-i-psychologia/

W blogu Spostrzeżenia 2019/10/02 - 23:46 Źródło

Z naszego poznańskiego spotkania na temat „Plan B dla dyrektora” przebijała i pokusa wejścia na nowe drogi zawodowe, i ostrożność w snuciu planów B, C, D czy jeszcze innych. Bo przecież raczej się nie uda. Wielu uczestników na zakończenie spotkania zadeklarowało, że raczej pozostanie przy Planie A, czyli  na dotychczasowej ścieżce zawodowej, bez żadnych niestandardowych odchyleń.
Ale większość jednak chce coś zmienić, czasem radykalnie i szybko, czasem stopniowo.
Spotkanie w Poznaniu było kolejnym w cyklu „Plan B dla dyrektora”.   Plan B na życie potrzebny jest każdemu, ale szczególnie przydaje się zajmującym wysokie dyrektorskie stanowiska. Bo w biznesie, w korporacji wszystko się może zmienić z dnia na dzień. My też dojrzewamy i coraz lepiej znamy siebie. Warto na czas się zastanowić, co zrobimy, gdy okaże się, że drabina, po której się wspinamy, nie jest przystawiona do dobrej ściany.
Ponadto warto zwrócić uwagę, że  dzisiaj w Polsce dramatycznie brakuje pracowników na niskie szczeble i specjalistów oraz równie dramatycznie brakuje pracy dla osób szczebla C-level lub aspirujących do tej dyrektorskiej roli.
W Poznaniu padło kilka naprawdę ważnych spostrzeżeń i rekomendacji.
Po pierwsze, nie prawdą jest, że Plan B powstaje wtedy, gdy nie wierzymy w Plan A. Jak najbardziej wierzyliśmy czy nawet ciągle wierzymy w realizowany właśnie Plan A, ale zdajemy sobie sprawię, że jego czas się kończy i na czas podejmujemy działania na rzecz innego planu życiowego.
Po drugie, aby Plan B się powiódł musi mieć charakter strategiczny, a nie naprawczy. Jeśli próbujemy na szybko coś zmontować, bo niekorzystnie zmieniły się nam okoliczności aktualnego zatrudnienia, nie osiągniemy sukcesu, bo dobre pomysły muszą mieć czas i zasoby, aby je wdrożyć w życie. A i stres im nie sprzyja.
Po trzecie, Plan B nie musi oznaczać rozstania z aktualną firmą. Również dobrze może być to nowa rola w tej firmie. Grunt, aby było to przemyślane, przygotowane, a nie przypadkowe.
Po czwarte, Plan B często bierze się  z przypomnienia sobie młodzieńczych pasji i aspiracji. Warto przekonać się, czy to co uważaliśmy za hobby, może być również źródłem przychodów.
Po piąte, do wszelkich planów trzeba mieć poduszkę finansową.
Po szóste, im wyżej jestem w strukturach zarządczych, tym mniej umiem osobiście. Tracę rzemiosło. A  jak tracę rzemiosło, to kim mogę być, jak nie dyrektorem? „Ja nic nie umiem, ja tylko zarządzałem ludźmi”. Ambicja wzbijania się pozbawia nas czasem szans na bycie kimś innym.
Po siódme, pierwszym i najgorszym pomysłem na Plan B jest kontynuacja tego zajęcia, które mieliśmy w firmie, ale na własny rachunek. Na ogół oznacza to konsulting. Niektórzy takich konsultantów nazywają złośliwie „trwale bezrobotnymi.” I słusznie. W swojej wiedzy trzeba szukać konkretnego produktu.
I przy tym wątku zatrzymaliśmy się na długo, a refleksje były gorzkie.
Mamy poczucie, ale i dokumenty swojej rozległej solidnej wiedzy, umiejętności i doświadczeń. Im jesteśmy bogatsi w te zasoby, tym częściej myślimy, że to możemy być ceniony produkt na rynku, że możemy na tym zbudować własną działalność czy wręcz firmę konsultingową.
Wydaje nam się, że ludzie – przedsiębiorcy, zarządy, menedżerowie – przyjdą po naszą wiedzę jak po zboże, że nas ozłocą za to, czego ich nauczymy, co podpowiemy. Tymczasem najczęściej rozziew między naszymi kompetencjami a  poziomem klienta jest tak ogromny, że on nawet nie rozumie, co do niego mówimy. Niestety, przeciętnie wiedza zarządcza przedsiębiorców i menedżerów jest dość niska. Wysoko wykwalifikowani eksperci zderzają się z tym ciągle. Więc wysoka wiedza nie gwarantuje sukcesu na rynku. Dziura wiedzy między konsultantem a klientem jest najczęstszą przyczyną niepowodzeń osób, które w poczuciu własnej kompetencji zdecydowały się na zawód konsultanta. No i ta sytuacji jest też osobiście bolesna, bo sprzedając swoją wiedzę, umiejętności i doświadczenie w pewnym sensie sprzedajemy siebie, to co w nas najlepsze,  więc odmowa zakupu, jest jednocześnie zakwestionowaniem naszej osobistej wartości.
Na dłużej zatrzymaliśmy się także przy takiej koncepcji Planu B, która polega na przejściu z korporacji do ciekawego startu, na pensję mniejszą, ale za to z perspektywą współwłasności. Tam nasza wiedza naprawdę jest potrzebna, mamy poczucie własnej przydatności, ale też rozwoju, no i budujemy swoje przychody długofalowo, również z innego źródła niż pensja.
W Poznaniu omówiliśmy wiele konkretnych sytuacji z naszego własnego życia zawodowego, które dały nam wiele do myślenia i też mocne postanowienie, że spotkamy się ponownie na rozmowę o naszych Planach B.

W blogu Spostrzeżenia 2019/09/29 - 22:31 Źródło

Na swojej drodze, kolejny raz, spotykam firmę, gdzie kierownicy nieomal cały swój czas poświęcają zapobieganiu trudnym sytuacjom jakie napotykają oni i ich podwładni (przygotowanie produkcji i produkcja). Zarząd firmy, nie tylko to toleruje, ale też docenia. Kierownicy mają poczucie dobrze spełnionego obowiązku.
Próbowałem postawić temu kres. Bez powodzenia. Mówiłem i pisałem, że kiedy zatrudnieni przez nas kierownicy zajmują się głównie gaszeniem pożarów wynikających np. z przestojów w produkcji albo z wad jakościowych, fluktuacji itp., a my im jeszcze za to płacimy pensje myśląc, że w ten sposób ratują firmę z opresji, postępujemy tak jakbyśmy wyrzucali za okno pieniądze. Opanowany kryzys, to jedynie powrót do sytuacji, kiedy trzeba było coś z problemem zrobić, ale oni tego nie zrobili (sic!). Kierownicy gaszący pożary nie są warci swojego wynagrodzenia! Liczą się tylko ci, którzy skupiają się na unikaniu powstawaniu nowych pożarów. Pozostali, albo do nich dołączą, albo będą spychać firmę w otchłań. Ale to nie działa.
Czy to jest niechęć do przyznania się do wcześniejszej błędnej oceny sytuacji? Czy może niezrozumienie?  A może to tak ma być, bo wtedy wszyscy są szczęśliwi?

W blogu Spostrzeżenia 2019/09/28 - 13:14 Źródło

Zainspirowany przedwyborczą propagandą oraz świadomością nadzwyczaj szybkiego postępu, pomyślałem, że trzeba zbudować solidny program "na za 4 lata" 
To będzie program dla leniwych i nie tylko.
Bo chyba nikt dziś nie dyskutuje, że AI to tylko kwestia czasu, że 5G to kwestia czasu, 500 plus dla wszystkich też.
Tak więc po co czekać 50 lat? Zróbmy to juz teraz, czyli za 4 lata.
Konsekwencje?
Tymi się najmniej martwmy. Pora wyprowadzić z piwnic portrety Marksa i Engelsa, chociaż Ci o 5G i AI jeszcze nie słyszeli. Tak więc "od każdego według jego zdolności, każdemu 500 plus".

W blogu Spostrzeżenia 2019/09/28 - 09:06 Źródło

Lody "Kalipso" zniknęły juz z plaż, co stwierdzam ze smutkiem. Mimo, że przeleżałem 2 tygodnie na plaży w Międzywodziu, w tym roku królowały arbuzy, wyciskane soczki, krojone owoce. 

"Kalipso" - jakkolwiek to kojarzymy, to przecież batyskaf, którym Jacques Cousteau zjeżdżał niczym windą na oceaniczne głębiny. To Kalipso przecież więziła Odyseusza. Czasy Kalipso już się niedługo skończą - takie czy inne, żyjemy bez wątpienia już dziś w a po Kalipsie. Na czym więc polega dzisiejsza a po Kalipsa?

Dzsiejsza a po Kalipsa, przede wszystkim wynika stąd, że jedziemy przed siebie jakby na ogonie komety. Raz ten ogon poleci w prawo, raz na lewo, a my wraz z nim. Na coraz mniej rzeczy mamy wpływ, może już tylko na to, co jemy i kiedy idziemy spać. Nie mamy wpływu na czyjeś osądy, zajadle spojrzenia, gorycz zawodowej porażki.

Również osiągnięcie sukcesu w coraz mniejszym stopniu zależy od nas samych. Coraz częściej jest to wypadkowa niezależnych od nas zmiennych, a w najlepszym przypadku pochodna pracy zespołowej. Tak zwany sukces jest już na tyle trudny, że per saldo bardziej opłaca się machnąć ręką i po prostu nic nie robić. I to jest właśnie a po Kalipsa. Kiedy dochodzimy do wniosku, że po prostu wpływ na cokolwiek jest nieznaczący.

Czas po a po Kalipsie będzie głównie więc oznaczał będzie pogodzenie się z tym brakiem wpływu, co przyspieszy decyzje o oddaniu władzy robotom i sztucznej inteligencji. A na pewno będzie to znaczyło, że czas po a po Kalipsie, to wcale nie koniec świata tylko coś absolutnie NOWEGO.

A po Kalipsa, to przede wszystkim Nadzieja na to, że wlaśnie NIEZNANE będzie stało u podstaw naszych motywacji i wyborów. Że dążenie do NIEZNANEGO będzie niedługo głównym wyznacznikiem sukcesu, bez względu na konsekwencje tego. Stoimy coraz bardziej wobec stwierdzenia, że słowo "konsekwencja" nie będzie już odmieniane przez wszystkie możliwe przypadki. Będzie wytarte gumką, jak kleks u pierwszoklasisty.

Samo zamoczenie palca w "Nieznanym", sam gest odwagi, pozwoli się nam wyróżniać na tyle silnie, że będzie bardziej znaczący niż wynalezienie koła. Pozwoli nam być sobą, pozwoli na osiągnięcie prędkości światła. Wydaje się, że to tak niewiele, a tak nieskończenie dużo jednocześnie. Bo osiągnięcie przekonania o znalezieniu się w perspektywie nieskończoności zamknie sejfy wszelkiego sukcesu, a otworzy bramy pokory.

To NIEZNANE i TA NIESKOŃCZONOŚĆ będą wynikały z kilku okoliczności. To AI bedzie nam mówiło, jak mamy żyć. AI będzie żyło własnym światem - będzie wyznaczało trendy, przeprogramowywało rzeczywistość w tempie kosmicznym, będzie się samo naprawiało bez naszej ingerencji. Tempo będzie tak zawrotne, że codzienne otwarcie oczu będzie już inną rzeczywistością. Ale jeszcze raz - najważniejszą częścią naszego ludzkiego ciała zostanie palec - bo on będzie miał tylko prawo zanurzyć się w NIEZNANYM. I tak naprawdę potraktujmy tę opowieść jako opowieść o palcu. 

W blogu Spostrzeżenia 2019/09/27 - 21:18 Źródło

Choć już ponad 11 lat minęło od czasu, jak upadł Lehman Brothers - jeden z tych, co "nie mógł upaść", warto pochylić się na chwilę nad nieco abstrakcyjną tezą, kto dziś NIE MOŻE upaść. Bo wiadomo, że jak upadnie, powali cały światowy biznes na deski.

Do nie dawna taką instytucją  miał być Deutsche Bank - w myśl zasady, że co niemieckie, nigdy nie upada. Ale po fatalnych decyzjach podjętych przez Zarząd banku, uwikłanie się banku w afery, które już kosztowały setki milionów euro, coraz częściej mówi się o przejęciu tego filara niemieckiej bankowości przez Commerzbank - w imię zasady, że jak już gówno śmierdzi, to postarajmy się je jakoś spłukać.

W Polsce gdyby zapytać, kto MOŻE upaść, najczęściej wskazuje się biura podróży, które jedno za drugim padają jak muchy. Na pewno nikt nie mógł się więc spodziewać, że to samo spotka renomowane brytyjskie biuro podróży Thomas Cook, które najwyraźniej nie zdążyło uciec przed pogłoskami o brexicie.

Nam też do niedawna wydawało się, że NIE SPOSÓB wyłożyć się na mięsie, bo mięso wszyscy jedzą. Ta prosta jak się wydaje zasada już w przeszłości powaliła prawie na łopatki ZM DUDA, a ostatnio ZM Kania.

Czy więc w świetle prawdopodobnego już wyroku TSUE w sprawie frankowiczów, za chwilę nie upadną GETIN BANK, MILLENIUM i inne tym podobne banki napchane kredytami frankowymi. Czy nie możemy sobie wyobrazić, że źródełko Bankowego Funduszu Gwarancyjnego niebawem wyschnie?

A ile firm audytorskich już upadło  i ile jeszcze upadnie, jak okaże się wkrótce, że rozdawały na prawo i lewo opinie bez zastrzeżeń na zasadzie, że "przecież w gospodarce wszystko rośnie"? Jak długo jeszcze będzie zamiatana pod dywan afera GetBack?

Więc wyobraźmy sobie coś niewyobrażalnego - że upadają takie kolosy jak gigant paliwowy (mimo że przecież musimy tankować), że upada jakiś gigant energetyki (mimo że przecież  musimy mieć światło), że upada nasz ulubiony szewc (mimo że nie możemy mieć dziurawych butów) i sieć aptek (mimo że musimy kupować leki).

Po prostu nadchodzą czasy, kiedy już nic nie musimy musieć.  

W blogu Spostrzeżenia 2019/09/23 - 15:36 Źródło

Od kilku dni już trąby jerychońskie wszystkich polskich banków umoczonych w kredytach frankowych wieszczą katastrofę po 3.10, kiedy do trybunał sprawiedliwości TSUE obwieści że - krótko mówiąc - klauzule frankowe były niedozwolone i że ot tak po prostu mają zniknąć z umów kredytowych.

Frankowicze z dnia na dzień otrzymają gratis ok 100 miliardów PLN. No morze przesadziłem że z dnia na dzień, bo proces wypłaty będzie rozciągnięty na kilkanaście lat, bo tyle chyba już maksymalnie zostało kredytodawcom, ażeby pozbyć się balastu długów i tyle też zostało, ażeby każdy frankowicz mógł odebrać prezent od losu. Ci, co jeszcze parę lat chcieli rzucać się z mostów, będą nagle mieli mieszkania i domy za pół darmo, a bank grzecznie zapłaci frankowiczom odsetki.

O 3.10 będą pisali w podręcznikach historii tak samo mocno jak o bitwie pod Grunwaldem. Konsekwencje tego dnia mogą być bowiem znacząco większe, niż nam się dziś wydaje. Poniżej postaram się nakreślić swój scenariusz.

Oczywiście głupi tylko uważa że ta sprawa nie wpłynie na wybory. Nie śmiem nawet prognozować w jaki sposób. Euforia frankowiczów na pewno spowoduje, że magiczne 500 plus pójdzie w cień. Po wypitych skrzynkach piwa rodacy w stanie euforii pójdą głosować na kogo popadnie. Z okopów beznadziei wygrzebią się najsłabsze dotąd partie, a prezydent Duda będzie miał kłopot ze wskazaniem komu oddać stery władzy.

Ale tym drobnym wątkiem, jakim są wybory mało kto niedługo będzie się przejmował. Zauważmy, że 100 mld w ciągu kilkunastu lat znacząco podbije popyt wewnętrzny. Wzrośnie inflacja do około 10 procent i z 4 tysięcy pensji minimalnej co roku będzie topniało 400 PLN, czyli większość 500 plus. Realnie stanie się to 100 plus, a z czasem ZERO plus. Kolejna partia wygra wybory jak zaoferuje 2,000 plus.

Nie wiem czy ktoś chociaż w myślach mnie zapytał dlaczego piszę o 100 mld a nie 60 MLD - co kalkuluje większość prasy ekonomicznej? Otóż po pierwsze - o swoje upomną się też Ci, co długi już spłacili. Po drugie, jak tylko sędzia TSUE przybije 3.10 o 9.30 młotkiem że Uchwała ma moc wiążącą, nastąpi osłabienie PLN. A podobnie jak w lipcu 2000 roku czy niedawno w Turcji, PLN może osłabić się w ciągu jednego dnia o 10 procent.

Nagle się okaże jednak, że rzucone na rynek przez BGK i Ministerstwo Finansów miliardy euro i dolarów nic nie dają, bo po raz kolejny zobaczymy, że więcej tych miliardów mają Goldman Sachs czy Morgan Stanley. Będzie widać, jak na dłoni, że przy kursie 4.5 franka do złotego banki muszą wysupłać jeszcze więcej grosza. Na rynku pojawi się NBP, który za owe 100 miliardów zacznie upaństwawiać bank za bankiem.

Być może też grzecznie poprosimy ECB o pomoc, a Pani Lagarde postawi jeden warunek- przyjęcie przez Polskę EURO. Oczywiście widzę znacząco więcej hipotetycznych konsekwencji 3.10. Przy słabej PLN za granicę na wczasy będą już jeździć tylko frankowicze. To będzie znaczyło jedno. Trzeba będzie już iść o 5.00 zająć miejsce na parawan nad Bałtykiem, a Ci, którzy będą chcieli wejść na Giewont, ustawią się w kolejce w Nowym Targu.

Jednym słowem będzie ciekawie. A ja wreszcie będę miał pretekst, żeby wyjść na ulicę, bo nie jestem frankowiczem...

W blogu Spostrzeżenia 2019/09/23 - 08:44 Źródło

Business Dialog Bulletin - widok książki

Premium Drupal Themes by Adaptivethemes