Przejdź do treści
Zapraszamy

Czytelników, rozmówców na forum, Autorów, Blogerów, Redaktorów,...

Przeczytaj o możliwościach korzystania z witryny i współpracy

Salon Business Dialog Klub Inspirations Klub Dialog CIO Business Meeting Point Kwintesencja Projekty Business Dialog

W blogu Spostrzeżenia

Blog Iwony D. Bartczak

Jedne błędy można i należy popełniać, a drugich należy unikać. Paradoks?
Błędy traktujemy jako jeden zbiorczy worek definiując że błąd to postępowanie niezgodne z regułami, z dobrymi praktykami, nie pozwalające na osiągnięcie zamierzonego celu, a przeciwnie wywołujące szkody czyli straty. Opieczętowujemy je mocno negatywną pieczęcią. Ale to błędna klasyfikacja. Jako że są błędy dwóch mocno różnych typów, które należy zupełnie inaczej traktować.

  • BŁĘDY PODCZAS UCZENIA SIĘ i
  • BŁĘDY PODCZAS WYKONYWANIA STANDARDOWYCH OPERACJI

Każdy z nas obserwował małe dziecko podczas opanowywania jednej z kluczowych umiejętności tj. podczas nauki chodzenia. Towarzyszą jej dziesiątki, ba, setki upadków, mniej lub bardziej bolesnych. Poprzedzonych balansowaniem w tył i przód, gwałtownym uginaniem się lub ucieczką nóg nad którym dziecko nie jest w stanie zapanować. Spadając to na pupę, to na ręce lub nawet waląc głową o różne przeszkody. Wszyscy patrzymy ze współczuciem na malca, ale kibicujemy mu w jego próbach wiedząc. Że jak to mówią górale „jak się nie przewrócisz to się nie nauczysz”. Nie ma innej drogi. Taka metoda można powiedzieć że jest kosztowna (guzy, zadrapanie, otarcia) i czasochłonna. Ale prowadzi do pożądanych skutków ze 100% pewnością.
Dlatego warto popatrzeć  się popatrzeć na naukę chodzenia jako wzorzec sposobu w  jak się uczymy.
Bo to dziwne z jaką łatwością zapominamy tę lekcję od życia. Mówiącą że, nie ma nauki bez błędów, potknięć, pomyłek większych lub mniejszych. Nie ma, w ten sposób uczymy się wszyscy. Oczywiście różnimy się tempem uczenia się, umiejętnością korzystania z pomocy innych, szybkością korygowania błędów. Ale nikt nie jest  zwolniony od błędów.  Działalność innowacyjna z mocy definicji jest to robienie czegoś nowego i oryginalnego. Czyli poruszanie się po obszarze nieznanym, na którym słabo się orientujemy. Musimy  poznać jego geografię, wydeptać i przemierzyć własne ścieżki. A ponieważ  nie ma królewskiej drogi do sukcesu i powodzenia. Nauka to i czas i błędy. Dlatego powiedzenie popełniaj błędy szybko i często ma sens, jako że oznacza intensywność i szybkość uczenia się. I odwrotnie obawa przed błędami, przed niepotrzebnym wstydem z nich wynikającym hamuje naukę, często stawiając bariery nie do sforsowania. Jako że tylko błędów nie robi ten co nic nie robi. A już na pewno tak jest, w przypadku nabywania nowych umiejętności czy uczenia się nowych kompetencji.
 
Natomiast, błędy drugiego typu. TYPU B,  to błędy które popełniamy w czynnościach standardowych, w działaniach dobrze znanych i tam gdzie nie powinny występować. Złe nastawienie parametrów maszyny, decyzja którą podjęto bez uwzględnienia wszystkich krytycznych elementów, działania spóźnione lub zbyt wczesne są przykładami dziesiątków typów błędów, które popełniamy na co dzień. I są to błędy które powinniśmy ograniczać, a nawet rugować z praktyki.
Dlatego rozróżnienie między błędami A i błędami B jest tak fundamentalnie ważne. Jeśli nie pozwolimy np. projektom innowacyjnym czy badawczym  na błędy. Tylko będzie się je oceniać na podstawie tych samych KPI co standardowe działania i procesy, to bardzo szybko zabijemy chęć do nauki, kreatywność. I wylejemy dziecko z kąpielą.  Praktycznie zatrzymując wszelkie procesy innowacyjne i badawcze.

W blogu Spostrzeżenia 2018/06/20 - 18:12 Źródło

Tematy związane z VAT ciągle są obecne na spotkaniach i Kongresach organizowanych przez Klub Dyrektorów Finansowych „Dialog” i …. wygląda na to, że popyt na wiedzę i refleksję w tej dziedzinie jest daleki od zaspokojenia. No, nie jest to dobra wiadomość. Ale jest jej namiastka – rośnie kompetencja podmiotów, które nam pomagają w ogarnięciu tematu, a co więcej – zaprzęgają technologię, przygotowując narzędzia dla menedżerów i firm w unikaniu tych ryzyk.
Ostatnio w Warszawie poznaliśmy Detektor karuzel VAT autorstwa kancelarii Sołtysiński Kawecki Szlęzak, partnera Klubu. To informatyczny kalkulator weryfikacji podatkowej VAT kontrahentów, wykorzystujący algorytm ryzyka narażenia na oszustwa podatkowe. Z tego narzędzia mogą korzystać pracownicy nie znający prawa podatkowego czy karnego. Jest pomocne w relacjach handlowych, ale również przy badaniu podmiotów do akwizycji.
 
Prezentacja tak naprawdę była dodatkiem do rozmowy o ryzykach związanych z karuzelami VAT: jak rozpoznać oszusta i jak dowieść należytej staranności przed organami państwa. Organy podatkowe przyjęły bowiem taką interpretację prawa, w której to podatnik ma  zrobić wszystko, aby dowiedzieć się, czy na jakimś ogniwie łańcucha transakcji związanych z towarem nie działał oszust. Co więcej, powinien nie tylko postępować prawidłowo, ale też mieć to udokumentowane.
Sytuacja jest nieco paradoksalna, bo teoretycznie podatnik nie ma obowiązku badać dostawców czy odbiorców, jeśli nie ma świadomości, że coś nie przebiega prawidłowo. A więc jeśli stosuje procedury ostrożnościowe, to jednak ma świadomość. Niektórzy uczestnicy spotkania sugerowali, że może zatem nie rozbudowywać procedur, bo może to być potraktowane jako dowód owej świadomości, a nie zastosowanie którejś z nich od razu stawia firmę w roli podejrzanego.
Jednak mec. Jarosław Bieroński jest stanowczy: trzeba stworzyć i stosować procedury wobec wszystkim kontrahentów, nawet tych z którymi od lat współpracuje (zwłaszcza jeśli taki kontrahent wchodzi w nową branżę). Nowe procedury powinny być wkomponowane w stosowane dotychczas. Dla ewentualnego postępowania ważne będzie od kiedy weszły w życie.
Co sprawdzamy? Czy firma jest w KRS lub ma wpis o działalności, czy ma wymagane koncesje i pozwolenia, czy osoby reprezentujące są rzeczywiście umocowane do decyzji? To trochę mało sensowne, bo jeśli kontrahent ma intencję oszustwa, to te formalne rzeczy raczej będzie miał  w porządku.
Raport  wywiadowni nie jest ujęty w systematyce ministerstwa finansów.
Co powinno budzić czujność? Brak umowy, wirtualny adres, cena lepsza od rynkowej, przedpłaty, krótkie terminy płatności, dostawca wskazuje komu sprzedać, osoba reprezentuje co jakiś czas inny podmiot, kontaktuje się raczej telefonicznie.
Jak mówi mec. Bieroński  "Nigdy nie jest tak, że jest jedna przyczyna, która doprowadziła firmę do uwikłania w karuzelę vat, zawsze jest to zespół przyczyn."
 
Najważniejszy jest zawsze dowód, że towar dotarł do innego kraju Unii Europejskiej i nie firma nie mogła wiedzieć, że będzie sprzedany w Polsce. Argument „my się nie zajmujemy przewozem towarów, to odbiorca przyjeżdża po towar” – to ten przypadek nieintuicyjnego dowodu braku należytej staranności. Czy firma ma własny transport czy korzysta z cudzego to decyzja biznesowa, ale w kontekście dowodzenia należytej staranności ma również zupełnie inne znaczenie.
Za uwikłanie w karuzelę VAT odpowiedzialność ponoszą osobiście członkowie zarządu, prokurenci, członkowie ścisłego kierownictwa, nawet jeśli sami nic złego nie zrobili, wtedy za brak nadzoru. Odpowiadają całym swoim majątkiem, a organy przyjmują, że majątek zgromadzonym od 5 lat przed popełnieniem przestępstwa pochodzi z tego przestępstwa. Na nich spoczywa udowodnienie, że majątek nie pochodzi z przestępstwa.
 "Gdy zostaniemy wplątani w karuzelę VAT, natychmiastowym i najważniejszym działaniem zarządzających powinno być zidentyfikowanie konsekwencji podatkowych i dążenie do uzyskania statusu pokrzywdzonego dla spółki w ewentualnym postępowaniu karnym, co daje wgląd do akt sprawy i pozwala na jej monitorowanie" – mówi mec. Bieroński.
 
Członków Klubu Dyrektorów Finansowych „Dialog”, które chciałaby przetestować Detektor karuzel VAT zapraszam do kontaktu. Jest możliwość indywidualnego spotkania z przedstawicielami Kancelarii SKS.
 
 
 
 

W blogu Spostrzeżenia 2018/06/20 - 14:31 Źródło

Czy my mamy prawo do błędu? Czy dajemy naszym podwładnym prawo do błędu? Bywa z tym różnie.
Jest taka anegdota: dyrektor fabryki miał pomysł. Spytał przełożonych co o tym sądzą. Powiedzieli mu „to ty zarządzasz tą fabryką”.  Gość pomyślał, pokombinował i wdrożył ten pomysł. Rozwiązanie nie wypaliło, firma poniosła istotne straty (powiedzmy 1 milion dolarów). Po jakimś czasie dostał wezwanie na naradę do centrali. Liczył się z tym, że nie ujdzie mu na sucho ta wpadka. Jednak nikt się nawet nie zająknął. Więc sam zapytał o co chodzi. Jadąc, był przekonany, że jedzie po wypowiedzenie. I tu zaczyna się najciekawsze. Prezes koncernu powiedział mu, że właśnie zainwestowali w jego naukę milion dolarów. To by było bardzo głupie, gdyby teraz oddali go konkurencji.
Miałem sytuację, gdzie pracownik (informatyk), nazwijmy go (M) popełnił błąd wykasowania bazy, który informatycznie był łatwy do naprawienia. Natomiast każdy rekord wprowadzany na  nowo kosztował. To były na tyle duże pieniądze, że mogło zaboleć. Zwolnienie go nikogo by nie zdziwiło. Udało się to naprawić bez płacenia za ponowne udostępnienie danych, a ja zastanawiałem się co mam zrobić? Zostawiłem kolegę na stanowisku. To była prosta kalkulacja. Tak błąd mógł przytrafić się każdemu. Przyjdzie nowy pracownik i nie da gwarancji, że sytuacja się nie powtórzy. Prawdopodobieństwo, że (M), drugi raz postąpi podobnie, wydało mi się mniejsze. Zapytałem więc go tylko, czy w pełni zdaje sobie sprawę, z tego co się stało. Powiedział, że tak. Jakoś to mi wystarczyło i to koniec tej historii.
Obserwuję jak dużo tracą szefowie, którzy „drą się” na  podwładnych za ich przewiny. Ci próbują się jakoś usprawiedliwiać, ale nikt ich nie słucha. Mają zebrać na kark to wszystko co im się należy i straci na miazgę wyjść z gabinetu. Boją się potem podjąć jakiekolwiek działanie obarczone choćby odrobiną ryzyka. Stają się mistrzami spychologii.
Jak sprawić, by inteligentni, rozważni ludzie, mieli prawo do błędu, a mniej inteligentni i nierozważni, nie dostawali szansy na ich popełnianie?

W blogu Spostrzeżenia 2018/06/14 - 22:33 Źródło

Robotyzacja budzi wielkie emocje ze względu na zmieniającą się rolę człowieka po zastosowaniu robotów w firmach. Oczywiście, najwięcej jest dywagacji na "wysokim" poziomie..... niekompetencji. Czy roboty odbiorą pracę, czy przejmą władzę nad człowiekiem, czy pozbawią sensu ludzkie życie, czy odhumanizują relacje, czy sprowadzą człowieka do podrzędnej roli? To są wydumki, a nie realne zagadnienia dotyczące zmiany w organizacji pracy, gdy zatrudniamy i ludzi, i roboty. Jedni i drudzy są zasobem siły roboczej. 
Jakie są warunki, aby każdy z nich zajmował się tym, w czym jest najlepszy? Jaki podział zadań daje firmie ważną wartość dla klientów (wewnętrzych lub zewnętrznych)?
Skupmy się na robotach softwerowych, np. takich które zastępują pracowników w dziale finansowo-księgowym czy w dziale obsługi klientów. Te roboty tak jak człowiek klikają w program obsługujący jakiś obszar, realizując jakieś funkcje. Klik po kliku obsługują pewien proces. Tym się właśnie różni robot od systemu IT: system IT to zbiór funkcji, a robot to aplikacja, naśladująca ludzi w obsłudze tego systemu IT, realizująca proces. Robot nie ingeruje w kod programu, nie wymaga żadnego dodatkowego interfejsu. 
Atutem robota jest to, że pracuje non stop (chyba że ma inne instrukcje lub napotka błąd). Człowiek pracuje 8 godzin dziennie w dni robocze. Prawidłowe zastosowanie prawidłowo skonfigurowanego robota daje więc skokowy efekt, np. likwidację jakiejś długiej kolejki zadań do wykonania albo uwolnienie rąk, mózgu i czasu iluś osób. We wszystkich organizacjach - również w Polsce - w których zastosowano roboty, lawinowo wzrasta apetyt biznesu na kolejne. Ale niekoniecznie powinien on być tak samo lawinowo zaspokojony (ale to na inny tekst).
Nie będę dalej pisać wszystkiego, co zawierają sformułowania "prawidłowe zastosowanie prawidłowo skonfigurowanego robota". Skupię się tylko na tym, co dotyczy człowieka. Dlaczego im więcej automatyzacji, tym większa rola i odpowiedzialność człowieka.
Robot będzie działał prawidłowo, gdy zostanie do niego wprowadzona pełna (!) wiedza o procesie, który realizuje i o programie IT,  który obsługuje, a także gdy wszelkie zmiany w procesie i systemie IT będą natychmiast odzwierciedlane w robocie. Tymczasem pełna wiedza o procesie jest często w głowach ludzi, a ludzie przychodzą i odchodzą z firmy, ze stanowiska, z zadania... Ta wiedza też często jest nieuświadomiona, więc nie przekazywana robotowi. Dopóki ludzie sami wykonywali zadania lub sami sobie przekazywany obowiązki w procesie, ta wiedza nie musiała być aż tak uświadomiona, spisana i na bieżąco aktualizowana. Bo ludzie się ze sobą komunikowali albo główkowali jak coś zrobić. A robot tak nie działa, robi wedle zadanego wzoru.
Po wprowadzeniu robotów zarządzanie wiedzą o zmianach w systemach IT i w procesach jest kluczowe dla powodzenia automatyzacji. Robot nie domyśli się ani nie dopyta drugiego robota co zrobić, jeśli napotka inną konfigurację niż ma zaimplementowana, co zrobiłby człowiek. Po prostu albo zatrzyma się (co pół biedy), albo będzie wykonywał błędne "kliknięcia" (a ponieważ działa bez przerwy będzie to błąd gigantyczny). 
Robot musi mieć nie tylko swojego trenera, ale potem właściciela, który będzie pilnował czy robot ma warunki do prawidłowej pracy, czyli czy gdzieś w firmie, w procesie, w innym dziale, w IT ktoś nie zmienił czegoś, co powoduje, że ścieżka pracy robota staje się błędna. Taki właściciel ma jeszcze inne zadania, ale to jest najważniejsze. Czyli nie jest tak, że człowiek całkowicie porzuca robota. 
Przy okazji warto zauważyć, że tylko przez pewien czas związek z robotem ma człowiek, którego zadania robot przejął, potem przechodzi on do innych zadań czy firm, a robota nadzoruje ktoś inny, kto nie wie czy nie pamięta jak to było przed robotem. Więc tym ważniejsze jest skrupulatne deponowanie wiedzy o procesie. 
Jeśli robot zawiedzie z jakiegoś powodu i trzeba tymczasowo przywrócić na jego miejsce człowieka, to ten człowiek będzie o wiele mniej wydajny niż wtedy, gdy systematycznie pracował na tym stanowisku, bo zwyczajnie coś zapomniał, od czegoś się odzwyczaił. A nowy człowiek, który miałby się tego nauczyć to już w ogóle ogromne spowolnienie. No i trzeba skądś wziąć tego człowieka, co nie jest proste, bo wszystkie uwolnione zasoby dzięki zastosowaniu robotów natychmiast są zatrudniane w innych miejscach, do innych zadań. 
A teraz wyobraźmy sobie, że takich robotów są dziesiątki w firmie..... Zarządzanie wiedzą jak działa firma i zarządzanie zmianą staje się kluczowe. A to są zadania człowieka.

Przy okazji warto zauważyć, że pojawia się tu ciekawy trójkąt: biznes (proces) - dział IT (systemy IT, instrastruktura IT) - komórka odpowiadzialna za wdrażanie i zarządzanie robotami. Tylko harmonijna współpraca między tymi działami daje szansę na uniknięcie chaosu i efektywne wykorzystanie robotów. A tak naprawdę trzeba od nowa przemyśleć układ interesów, odpowiedzialności i powiązań między różnymi komórkami i jeszcze w to wmontować dostawców zewnętrznych. Roboty - ze względu na swoje wymagania dotyczące zarządzania wiedzą i zmianą - wprowadzą rewolucję w struktury organizacyjne firm. Nie ze względu na to, że kogoś zastąpią. 

Wprowadzenie robotów do procesów powoduje, że ludzie zostają oddelegowani do innych zadań. Na ogół mówimy, że są to bardziej wartościowe zadania, ambitniejsze, dające im większą satysfakcję, a firmie większą korzyść niż te wykonywane wcześniej (które oddali robotowi).
Ale co to znaczy ambitniejsze i dające większą wartość, czym się charakteryzują takie zadania? Otóż są to zadania, w którym podejmuje się decyzje lub je rekomenduje, dużo więcej decyzji niż na poprzednim stanowisku. Jeśli popełnią błąd, źle wykonają swoją nową pracę, to tego konsekwencje będą o wiele poważniejsze niż konsekwencje błędów przy rutynowej pracy, którą oddali robotom. Generalnie praca człowieka zyskuje dużo większą wagę niż przed robotami. 
Nasza praca staje się po prostu coraz ważniejsza. Wcześniej wykonywaliśmy pracę ważną i - powiedzmy to - nieważną, teraz będziemy wykonywali tylko ważną. Czy mamy tego świadomość, czy posiadamy do tego kwalifikacje, czy damy radę emocjonalnie, intelektualnie, psychicznie? 

Ciekawe jest też to, że od lat firmy uciekają się do wdrażania różnych aplikacji IT, aby zastąpić człowieka w tym, w czym jest niedoskonały - aby nie zapominał, nie kradł, nie kłócił się, nie podkładał świni, nie lenił się, nie oszukiwał, nie mylił się - jednym słowem starają się odhumanizować procesy i działania, a tymczasem roboty powodują, że tym niedoskonałym i ułomnym ludziom daje się odpowiedzialność, nawet większą niż tą odebraną przez systemy IT. 
Te wymienione zagadnienia to wierzchołek góry lodowej zmian w pracy i w zarządzaniu pracownikami, które szykują nam się w związku z automatyzacją. Jedno jest jasne: jeśli jesteśmy zdolni do większych rzeczy niż dzisiaj robimy, to dzięki robotom zyskamy możliwość, aby je zrobić.

W blogu Spostrzeżenia 2018/06/10 - 22:39 Źródło

W mijających półroczu na spotkaniach Klubu Dyrektorów Finansowych "Dialog" najczęściej przewijały się dwie grupy tematów (oprócz regulacji i zmian prawnych): jedna dotyczyła reorganizacji finansów w firmach w kierunku procesowości, automatyzacji, wnoszenia wartości dla biznesu, a druga - dotyczyła wspierania inwestycji i innowacji ze środków publicznych lub za pomocą ulg podatkowych lub innymi odgórnymi państwowymi narzędziami. To ciekawe - bardzo ostre - zestawienie dwóch tematów, które w polskim biznesie rządzą się zupełnie innymi regułami, dają też zupełnie różny wkład w rozwój gospodarczy.
Ponieważ tych spotkań było w sumie kilkadziesiąt,  jest to naprawdę spory strumień wiedzy i opinii, ogromny przegląd firm i ludzi, to dało się zaobserwować kilka ciekawych zjawisk w polskiej gospodarce, a nawet szerzej w życiu społeczno-gospodarczym.
Po pierwsze, im więcej pomocy, ułatwień, ulg, darmowych funduszy, wymuszonych innowacji, sztucznych etatów, tym więcej patologii, a mniejszy pozytywny wpływ na rozwój, nowoczesność i rentowność biznesów. Ależ to mega kombinatoryka z tym pozyskiwaniem czy to środków unijnych przez przedsiębiorstwa, czy to funduszy przez startupy! Nic tam nie jest prawdziwe: ani innowacja, ani zysk, ani inwestycja, ani motywacja. Za to cała masa krętactwa, naciągania, oszustw. Gospodarka i społeczeństwo będzie miało z tego tylko trochę rzeczywistych korzyści, i całą masę trwałych patologicznych zachowań w biznesie i administracji publicznej.
Oczywiście, jakieś pieniądze wejdą do gospodarki, ale to przecież jeszcze nie sukces. Sukces jest wtedy, gdy tworzą trwałe pozytywne struktury i mechanizmy rozwoju.

Po drugie, jeśli z daną negatywną cechą rzeczywistości muszą poradzić sobie firmy i przedsiębiorcy bez ingerencji (pomocy) urzędników i państwa, to wielu sobie nie poradzi, ale ci, co sobie poradzą tworzą naprawdę fajne, nowoczesne, rozwojowe organizacje, rozwiązania, strategie, produkty. Państwo ciągle uzależnia wsparcie inwestycji od tworzenia miejsc pracy lub usytuowania inwestycji w miejscach, gdzie uważa, że jest bezrobocie, a tymczasem największym problemem biznesu w Polsce jest brak pracowników, nawet za dobre pieniądze. To całkiem absurdalna sytuacja, że państwo pogłębia problem, choć jego intencją jest pomoc biznesowi i społeczeństwu. A przedsiębiorcy i menedżerowie rozwiązują  problem braku pracowników - i przy okazji jeszcze kilka innych problemów -  automatyzując i robotyzując procesy i czynności, tworzą w ten sposób nowoczesne, zdolne do ekspansji organizacje.
Pomaganie tworzy słabe organizacje, ciągle wymagające pomocy, samodzielne stawianie czoła problemom przez właścicieli i zarządy firm tworzy silne organizacje. Oczywiście, wiele firm polegnie, ale doświadczeni tą porażką ludzie stworzą nowe, lepsze albo... niech nie tworzą ich w ogóle, bo po co nam takie bieda interesy. 

Po trzecie, jednak negatywny bodziec ma większą moc sprawczą niż zwykłe pragnienie zysku czy nawet doskonałości. Najwięcej innowacji i udoskonaleń w firmach w ostatnich miesiącach powstało z powodu strachu przed nowymi regulacjami prawnymi, ryzykami, które się z nimi wiążą albo z powodu kłopotów z pozyskaniem pracowników. 

Przedsiębiorcy, menedżerowie, specjaliści nie powinni mieć takiego pomysłu, aby oglądać się na państwo czy unię, powinni pomagać sobie nawzajem, przede wszystkim przez dzielenie się wiedzą, doświadczeniem, pomysłami i inspiracjami. Jeśli miałabym wskazać jakiś silnik wzrostu i rozwoju to właśnie byłaby to powszechność i sprawność tego rozprzestrzeniania się wiedzy i łączenia się ludzi do działań, aby ją mnożyć i używać w firmach. I tutaj państwo mogłoby pomagać tworząc i utrzymując takie platformy, ale każda inna pomoc firmom - wedle moich obserwacji - robi więcej złego niż dobrego.

W blogu Spostrzeżenia 2018/06/05 - 23:46 Źródło

Ahoj Koleżanki i Koledzy,
Jak zapewne część z Was wie, moją pasją jest żeglarstwo.
Latem organizuję prywatny koleżeński rejs po Mazurach.
Termin od soboty 18.08.2018 (12:00) do 25.08.2018 (12:00).
Jach bedzie wygodny (ok 10 m. długości, trzy 2-osobowe niezależne zamykane kabiny, wspólna toaleta, kambuz z lodówką i kubryk) - razem 5 lub 6 osób, więc bez tłoku.
Na razie jest nas troje - ja z żoną i nasz przyjaciel (niestety na razie samotny).
Mamy wolną jedną kabinę 2-osobową dla fajnej pary (osoby wiekowo najlepiej 40+ , ale w miarę sprawne fizycznie).
Koszt to ok. 1950 PLN/parę (kabinę) - w tym czarter i 300 PLN kaucji (do zwrotu po rejsie o ile nic nie ulegnie zniszczeniu, zagubieniu)
Dodatkowo (do rozliczenia na koniec rejsu) zrzutka 200 PLN/parę na paliwo do silnika, porty lub cumowania w bindugach oraz po 250 PLN/osobę na wspólne zakupy jedzeniowe (menu do ustalenia - nie rozrzutnie, ale na ile to będzie możliwe smacznie i zdrowo).
Jedzenie oraz sprzątanie generalnie robimy wspólnie (tylko kapitan formalnie jest zwolniony z pracy przy garnkach i sprzątaniu). Możemy też ze 2-3 razy zjeść w fajnych tawernach lub knajpkach pod drodze w miejscowościach nad jeziorami - to już indywidualny koszt, ale ceny są raczej rozsądne.
Ewentualny alkohol (nie stronimy, ale przede wszystkim nie nadużywamy) jest dodatkowo do ustalenia - kupujemy albo indywidualnie, albo zrobimy dodatkową zrzutkę.
Do tego trzeba liczyć się z indywidualnymi opłatami za prysznice i toalety w portach oraz na niektórych bindugach, ale w praktyce powinno się to zmieścić w kwocie ok. 150 PLN/osobę.
Gratis zapewniamy dobry humor, a także pogodę (miejmy nadzieję na wietrzną i słoneczną), szanty i inne piosenki z gitarą, a jak się uda to 1-2 wieczorne ogniska.
Trasę mamy jeszcze nie ustaloną, ale raczej jeziora północne (Mamry, Dargin, Niegocin, może Mikołajskie i Ryńskie). Przewidujemy trochę więcej żeglowania, ale i trochę wypoczynku w zatoczkach, plażowania i kąpieli w jeziorze, a także zwiedzanie ciekawych obiektów (np. pohitlerowska kwatera w Mamerkach, twerdza Boyen w Giżycku, Mikołajki, zamek w Rynie)
O żeglarstwie nie musicie mieć pojęcia, bo co najmniej 3 osoby mają odpowiednie patenty oraz doświadczenie żeglarskie. Na pewno przewiduję dla Was (o ile nic nie wiecie o żeglarstwie) mini szkolenie (przede wszystkim z bezpieczeństwa i podstawowych umiejętności potrzebnych na jachcie).
Na pewno trzeba być przygotowanym na warunki turystyczne w tym nieprzewidywalną pogodę. A co ze sobą zabrać do ubrania i spania, żeby było wygodnie, sucho i ciepło, to już indywidualnie podpowiem.
Jeżeli ktoś byłby zainteresowany, to kontakt do mnie jest tutaj na stronie. Prosiłbym jednak o w miarę szybki kontakt, bo załogę chcemy skompletować najpóźniej do 10.06.2018.
:) MI

W blogu Spostrzeżenia 2018/05/30 - 04:05 Źródło

Pan Mateusz realizuje swoją „obietnicę” zaproponowania „daniny solidarnościowej”. Będzie to de facto trzeci próg podatkowy dla dochodów powyżej 1 mln zł w wysokości 36% oraz likwidacja liniowego opodatkowania działalności gospodarczej i wprowadzenie nowej skali progresji od przychodów z tego tytułu: oprócz dotychczasowej skali ogólnej 18% i 32% ma się pojawić – jeśli projektanci wiedzą w ogóle o czym mówią – skala 19 i 23%.
Ma to przynieść coś około jednego miliarda. Wydatki budżetu państwa wynoszą ponad 390 miliardów – nie starczy więc na jeden dzień. A dni w roku jest 365. Ale to tylko budżet centralny. Cała państwo wydaje 800 miliardów. „Danina solidarnościowa” nie starczy więc na wydatki w dniu 1 stycznia nawet do południa (licząc od północy).
Po co więc to wszystko?
Jak ktoś zarabia 10 tys. zł i płaci podatek o stawce 20%, to płaci podatek w wysokości 2 tys. zł. Jak ktoś zarabia 100 tys. zł i płaci podatek o tej samej stawce 20%, to płaci podatek w wysokości 20 tys. zł. A zatem jak 10 razy więcej zarabia to 10 razy więcej płaci.
Przyjaciele ludu żądają, by płacił więcej niż 10 razy więcej – zgodnie z zasadami sprawiedliwości społecznej.
Ale nie ma w dziejach myśli filozoficznej takiej teorii sprawiedliwości społecznej, która by to spójnie uzasadniała!
Karol Marks popierał podatki progresywne jedynie z powodów rewolucyjnych. W „Krytyce programu gotajskiego” pisał, że komuniści powinni popierać progresywne podatki dochodowe, bo one osłabiają kapitalizm. I wtedy komunistom będzie łatwiej go obalić.
John Rawls w swojej „Teorii sprawiedliwości”, która jest punktem odniesienia dla wielu myślicieli na zadane przez siebie pytania jakie podatki bardziej odpowiadają jego teorii: progresywne od dochodu czy proporcjonalne od konsumpcji odpowiedział wprost: proporcjonalne od konsumpcji.
Katolicka Nauka Społeczna dopuszcza progresywne opodatkowanie z wyjątkiem opodatkowania dochodów z pracy. Tymczasem współcześnie progresywnie opodatkowane są prawie wyłącznie dochody z pracy.
Skoro zatem trudno powołać się na Katolicką Naukę Społeczną i nawet na „liberalizm socjalny” Rawlsa – pozostaje tylko Marks. I wyraźnie w tę stronę Pan Mateusz wędruje w swojej walce o pozycję w obozie PiS z „siłownikami”, którzy od marksistowskich metod także nie stronią.
Więc wyobraźmy więc sobie trzech górników pracujących na akord. Za każdą wyfedrowaną tonę węgla otrzymują wynagrodzenie w wysokości 1.000 zł. Dwóch wyfedrowało po tonie. Przyjmijmy dla uproszczenia, że nie ma kwoty wolnej od podatku, ani kosztów uzyskania przychodu, a stawka podatkowa dla dochodu w wysokości 1.000 zł wynosi 20%. Obaj górnicy zapłacili więc po 200 zł podatku – czyli razem 400 zł. Ale trzeci górnik pracował dłużej, ciężej, rzadziej robił przerwy i sam jeden wyfedrował tyle, ile tamci dwaj razem – czyli dwie tony. Zarobił w związku z tym 2.000 zł. Gdyby także płacił podatek w wysokości 20%, zapłaciłby 400 zł. Jaka zasada sprawiedliwości uzasadnia, żeby trzeci górnik miał zapłacić od drugiego tysiąca wynagrodzenia za wyfedrowanie drugiej tony węgla nie 20% tylko – na przykład – 30%??? W pierwszym przypadku mamy dwie wyfedrowane tony węgla, dwa tysiące wypłaconego wynagrodzenia i podatek w wysokości 400 zł. W drugim przypadku mamy dwie wyfedrowane tony węgla, dwa tysiące wypłaconego wynagrodzenia ale podatek w wysokości 500 zł! Skoro jeden górnik wyfedrował tyle samo co dwóch innych i zarobił tyle samo, co dwaj inni, to dlaczego ma zapłacić wyższy podatek niż tamci dwaj razem?
Ale skoro Pan Mateusz chce być taki solidarny to mam propozycję: niech wprowadzi podatek majątkowy i sam też zapłaci podatek od tego, co zgromadził dzięki dochodom z nagród za sprzedaż kredytów „frankowych”, które nie były obciążone „daniną solidarnościową” wówczas gdy je uzyskiwał.
Za podwyższaniem podatków dochodowych opowiadają się bowiem dość często ci, którzy mają już duży majątek – działając przeciwko tym, którzy dopiero chcieliby taki sam zgromadzić.

W blogu Spostrzeżenia 2018/05/26 - 14:10 Źródło

Patrząc na najważniejsze wskaźniki makroekonomiczne, gospodarka Polski ma się znakomicie. 5-procentowy wzrost PKB, to efekt między innymi bardzo dobrej koniunktury gospodarczej, przede wszystkim w strefie euro, ale też i na świecie. To z kolei jest wyczekiwanym efektem rekordowo niskich stóp procentowych utrzymywanych przez najważniejszy dla naszej gospodarki Europejski Bank Centralny. Wreszcie ruszyły inwestycje infrastrukturalne współfinansowane z funduszy unijnych, których brak w poprzednich miesiącach wpływał negatywnie na ocenę rozwoju gospodarczego Polski.
Inne wskaźniki makroekonomiczne osiągają wartości niewidziane od lat. Tzw. stopa bezrobocia rejestrowanego (według GUS) wyniosła w lutym 6,8proc., a liczona metodologią BAEL (czyli pracowników aktywnie poszukujących pracy) wskazuje na rzeczywistą stopę bezrobocia w wysokości zaledwie 4,5 proc. (IV kwartał 2017) – innymi słowy mamy stan „pełnego zatrudnienia”: problem bezrobocia – statystycznie – nie istnieje. Niewidziana od lat skala podwyżek płac wraz z rozpoczętym dwa lata temu programem Rodzina 500+ sprawiły, że Polacy kupują coraz więcej. Konsumpcja gospodarstw domowych rośnie o 5 proc., zbliżając się do rekordów z lat 2006-08. Tym samym, wskaźniki nastrojów konsumenckich sięgają historycznych maksimów – nigdy jeszcze Polacy nie byli tak zadowoleni ze swojej sytuacji materialnej. Mało tego, nigdy wcześniej nie było takiej sytuacji, aby więcej było optymistów niż pesymistów.
Dobre nastroje potwierdza najnowsze badanie „Portfel należności polskich przedsiębiorstw” realizowane co kwartał przez Krajowy Rejestr Długów oraz Konferencję Przedsiębiorstw Finansowych w Polsce. Z raportu wynika, iż problemy z nieterminowymi płatnościami firm w Polsce w IV kwartale 2017 roku były najmniejsze od stycznia 2009 roku.
Czy jednak nie za dużo tu optymizmu? Czy równowaga makroekonomiczna w Polsce nie jest zagrożona? Jakiej koniunktury można oczekiwać w tym roku i kolejnych latach? Jakie wydarzenia i zjawiska będą miały na nią największy wpływ?
Sygnały o pogarszającej się sytuacji już mamy. W 2017 roku nastąpił 12-procentowy wzrost liczby niewypłacalności polskich firm, wobec 8 proc. wzrostu w roku 2016. Jak zauważa w swoim komentarzu Euler Hermes, najistotniejszym problemem przedsiębiorców są wydłużające się terminy płatności i rosnące zatory płatnicze. Duża presja konkurencyjna, a przez to niskie marże, były powodem dramatycznego wzrostu upadłości w transporcie (+43 proc.). Główny problem firm, rzutujący na wydłużające się terminy płatności, to brak poduszki finansowej spowodowanej niskimi marżami. W takich warunkach, dbałość o niezakłócone przepływy pieniężne jest kluczowa. Każde opóźnienie w dopływie gotówki nie tylko obniża zdolność do regulowania zobowiązań, możliwości inwestycje, ale też zagraża istnieniu firmy jako całości. Niedopuszczenie do zatorów płatniczych oraz utrzymanie płynności finansowej na odpowiednim poziomie gwarantuje bezpieczne prowadzenie biznesu oraz spokojne planowanie przyszłości.
Zadaniem każdego działu finansowego jest przygotować się na złą koniunkturę właśnie teraz, kiedy problemy z zatorami płatniczymi są relatywnie mniejsze. Każde przedsiębiorstwo powinno wprowadzić swój własny model zarządzania należnościami i ryzykiem kredytu kupieckiego. Model taki powinien uwzględniać przede wszystkim specyfikę rynku, w którym dana firma działa, czy też przyjętą strategię działania. Inaczej zarządza się należnościami w dużej, międzynarodowej firmie, inaczej w międzynarodowej korporacji, a inaczej w firmie małej, w której pracuje jedynie kilka osób.
Niestety, badania prowadzone od lat pokazują, że większość firm niechętnie podchodzi do systematycznego sprawdzania swoich kontrahentów. A może dostępne narzędzia weryfikacji partnerów biznesowych są nieadekwatne?
Najbardziej oczywistą i obiektywną metodą oceny zdolności płatniczej jest analiza sprawozdań finansowych dostępnych na przykład w Krajowym Rejestrze Sądowym (KRS). Dane finansowe to informacje historyczne i nie znajdziemy tam informacji o mniejszych firmach.
Do weryfikacji kontrahenta może też służyć olbrzymia baza danych jakim jest dzisiaj Internet. Pytaniem otwartym pozostaje wiarygodność takiego źródła, a raczej umiejętność weryfikacji informacji prawdziwych od szumu danych, czym sieć www jest zalewana.
Dobrym nawykiem jest pytanie innych firm o opinie na temat konkretnego podmiotu. Poczta pantoflowa jest kosztowna i czasochłonna, ale bardzo skuteczna. Wymaga od właściciela firmy lub jej pracownika dodatkowego zaangażowania w postaci poszukiwań przedsiębiorstw, które sprzedają do podobnej grupy klientów.
Zadaniem Fundacji Polski Instytut Credit Management (PICM) jest edukacja, ale też stworzenie możliwości bardziej efektywnego przepływu informacji. Organizowane przez PICM konferencje Credit Risk to spotkania managerów świadomych wartości zarządzania należnościami w przedsiębiorstwie. To okazja dla firm każdej wielkości i wszystkich branż do wymiany wiedzy i doświadczeń celem istotnego zmniejszenia zatorów płatniczych w Polsce.
Zapraszam serdecznie!Robert Dyrcz, prezes fundacji Polski Instytut Credit Management

W blogu Spostrzeżenia 2018/05/15 - 16:27 Źródło
  1. Samochody elektryczne są droższe od spalinowych.
  2. Droższa jest też eksploatacja samochodów elektrycznych niż spalinowych.
  3. Ludzie kierują się przy zakupach (nie tylko, ale także samochodów) przede wszystkim kryterium ceny - gdyby się nim nie kierowali już dziś kupowaliby lepsze samochody droższe, a nie gorsze samochody tańsze.
  4. Żeby „pobudzić popyt” na samochody elektryczne rządy je dotują (polski rząd postanowił dołączyć do tego grona i zacząć je dotować od przyszłego roku kwotą 25 tys. złotych).
  5. Pomimo dotacji samochody elektryczne nadal będą droższe od spalinowych.
  6. Ludzie nadal będą się kierowali kryterium ceny - mniej zamożni będą kupowali samochody spalinowe - bo tańsze.
  7. Rząd na dopłaty do droższych samochodów elektrycznych, które będą kupowali bardziej zamożni, będzie pobierał podatek od paliwa do tańszych samochodów spalinowych, którymi jeżdżą i jeździć będą mniej zamożni.
  8. Droższe samochody elektryczne, kupowane przez bardziej zamożnych za dotacje z podatków mniej zamożnych, po kilku latach stracą na wartości mniej niż tańsze samochody spalinowe kupowane przez mniej zamożnych, płacących podatki na dopłaty do samochodów kupowanych przez bardziej zamożnych.
  9. Najbiedniejsi, których w ogóle nie stać na żaden samochód, zapłacą więcej w sklepie za „kaszankę”, którą trzeba dowieść do sklepu, a wcześniej dowieść do masarni produkty do wyrobu kaszanki, a jeszcze wcześniej zaorać traktorem pole, na którym będzie rosło zboże, z którego zrobi się kaszę na tę kaszankę.
  10. This is how socialism works in practice - biedni płacą na bogatych.
W blogu Spostrzeżenia 2018/05/13 - 20:07 Źródło

W tym roku tematem nr 1 w naszym Klubie Dyrektorów Finansowych "Dialog" jest procesowe podejście do finansów, automatyzacja procesów, wdrażanie pomocnych narzędzi cyfrowym. Ale na każdym spotkaniu Klubu, w każdej dyskusji, czy to wręczając wyróżnienia DFA, czy to otwierając konferencje o ryzykach Instytutu Studiów Podatkowych Modzelewski i Wspólnicy, zawsze podkreślamy, że to nie systemy są podstawą sukcesów, mimo że rozmowa o nich niemal sama się narzuca jako pierwsza.
"Wysoki stopień zaawansowania użytych technologii w znacznym stopniu usprawnia i ułatwia realizację procesów np. obiegu dokumentów, raportowania i komunikacji, jednakże to zmiana mentalności i samego podejścia do miejsca i roli finansów w firmie jest kluczem od sukcesu." - tak zawsze mówi Bartosz Radziszewski, współzarządzający ze mną Klubem, wybitny ekspert i pratyk tego tematu, w odpowiedzi na pytanie, co zatem po pierwsze.
Na czym więc polega ta zmiana mentalności szefów i pracowników finansów i księgowości, a pewno i ich współpracowników, czyli właścicieli, zarządów, dyrektorów innych działów?
Na ostatnim kwietniowym spotkaniu Klubu w Poznaniu padło znamienne zdanie: "Kiedyś, gdy biznes znakomicie rozwijał się, rosły przychody, firmy zdobywały udziały w rynku, od księgowości i finansów wymagano przede wszystkim, aby dobrze policzyła podatki, ogarnęła kredyty i waluty. Dzisiaj, gdy jest mega konkurencja, trzeba też walczyć o marże i płynność, żaden dział firmy nie może stać z boku, tylko musi się do tej walki włączyć. Albo zostanie potraktowany jako koszt do redukcji, np. przez outsourcing czy robotyzację"
Rzeczywiście, tradycyjnie działy finansowo-księgowe stały niejako z boku głównego nurtu funkcjonowania firmy, ich praca zaczynała się wtedy, gdy inni już pracę wykonali - coś kupili, coś sprzedali, coś wyprodukowali, coś wysłali do klientów - a dokumenty przekazali do księgowości. Prawdziwym pracodawcą księgowych był i ciągle jeszcze jest właściwie fiskus.
Niemal wszyscy się przyzwyczaili do takiej sytuacji. Ale zmienność biznesu, nowe ryzyka prawne i podatkowe, konieczność szybszego podejmowania decyzji, trafniejszego adresowania oferty - wszystkie te okoliczności spowodowały zwrócenie oczu na finanse i księgowość. Czy mogą pomóc rozwiązać te problemy?
Na tym samym spotkaniu w Poznaniu Bartosz mówił: "Jeśli przedsiębiorca czy kierownik sprzedaży zauważa, że za długo trwa u niego ofertowanie, to nie myśli o księgowości czy generalnie finansach. Zastanawia się, dlaczego nie nadąża za rynkiem, dlaczego oferty są nietrafne, zastanawia się jakich informacji mu brakuje. I te właśnie informacje to jest ta wartość, którą finanse mogą mu przynieść...... jeśli podchwycą tę szansę, jeśli zechcą wejść w inną rolę. I jeśli, oczywiście, w tej roli zostaną zaakceptowane."
To wcale nie jest oczywiste, że zostaną zaakceptowane, bo pokutuje wymieniony wyżej stereotypowy ogląd roli finansów i księgowości, bo oznacza to awans - godnościowy, społeczny - pracowników tego działu, bo trzeba udostępnić informacje wcześniej do tego działu nie przekazywane, bo nie ma wiary, że sprota tej nowej roli.
Ta zmiana mentalności dotyczy i działów finansowo-księgowych, i wszystkich innych w firmie.

Na czym polega zmiana? Co się zmienia?
1. Miejsce i rola finansów. Są w procesie tworzenia wartości dla klientów wewnętrznych i zewnętrznych. Dzieje się to głównie przez dostarczanie potrzebnych informacji tak szybko, aby na ich bazie biznes mógł podejmować trafne decyzje. Zajmuje się więc głównie analityką.

2. Dane dotyczące transakcji są wprowadzane do systemów przez tych pracowników, którzy generują stosowne dokumenty, np. handlowców czy zaopatrzeniowców.

3. Dane są przetwarzane w czasie rzeczywistym, w momencie ich powstania i na ich podstawie przygotowywane lub inicjowane są działania stanowiące dalszy ciąg procesu, np. zamówienie klienta przez www powoduje ruch w dziale produkcji, ale też dział finansów dowiaduje się o nim, aby mógł odpowiednio zarządzić gotówką i płynnością, poinformować zarząd o sytuacji. Dane i raporty są dostarczane, gdy jeszcze jest możliwa reakcja biznesu.

4. Koniec myślenia wyłącznie danymi historycznymi, na podstawie których nic nie można doradzić naprzód.

5. Procesy są zautomatyzowane, a pracownicy zajmują się odsługą wyjątków, odchyleń, niestandardowych transakcji. Nie wprowadzają danych z faktur i innych dokumentów, nie przygotowują dokumentów, nie wysyłają ich. 

6. Pracownicy działu zajmują się analizami na rzecz biznesu, pilnują płynności finansowej, śledzą zmiany przepisów i nowe ryzyka z tym związane. 

7. Dział finansowo -księgowy przestaje być działem kosztowym, lecz staje się działem dającym wymierną wartość powodującą uzyskanie przychodów.

Przytoczyłam wypowiedzi akurat z Poznania, ponieważ tutaj odbywają się najgorętsze dyskusje w naszym środowisku, również dzięki zaangażowaniu wielkopolskiego oddziału Stowarzyszenia Księgowych w Polsce, ale Poznań nie jest odosobniony. W Warszawie, Gdańsku czy Katowicach jest podobnie. Czasem się obawiam, czy nie wybiegamy zanadto na przód, wszak Klub Dyrektorów Finansowych "Dialog" skupia najambitniejszych, najbardziej świadomych i aktywnych dyrektorów, finansistów, przedsiębiorców. Może polska norma jest jednak inna, może wcale ta ewolucja roli finansów nie jest tak powszechna, jak nam się wydaje?

W blogu Spostrzeżenia 2018/05/06 - 16:37 Źródło

Business Dialog Bulletin - widok książki

Premium Drupal Themes by Adaptivethemes