Przejdź do treści
Zapraszamy

Czytelników, rozmówców na forum, Autorów, Blogerów, Redaktorów,...

Przeczytaj o możliwościach korzystania z witryny i współpracy

Salon Business Dialog Klub Inspirations Klub Dialog CIO Business Meeting Point Kwintesencja Projekty Business Dialog

W blogu Spostrzeżenia

Blog Iwony D. Bartczak

W społeczności Business Dialog jest sporo dyrektorów i menedżerów, którzy inwestują w startupy lub wspierają je swoją wiedzą i kontaktami. Tak więc chcąc nie chcąc mam stały podgląd co tam nowego się dzieje, jak znienacka narasta jakiś trend. Bo dzisiaj to właśnie tak jest - nowe zjawisko pojawia się znienacka, z nieoczekiwanej strony, a potem przyspiesza w tempie geometrycznym i wywraca stare reguły gry w danej branży.
Ostatnio kolega, odwdzięczając się za udostępnienie jakichś kontaktów, podesłał mi zestawienie i charakterystykę startupów paramedycznych, tzw. takich które pozwalają zadbać o własne zdrowie. Szlachetna intencja, prawda? Ale być może tylko intencja. Tak naprawdę, wydaje mi się, upada kolejny ważny filar cywilizacji zachodniej jaką znamy od stuleci. Ale może powstaje nowy, lepszy dla społeczeństw. Na pewno trudniejszy osobiście, dla każdego człowieka.
Dzisiaj dostępnych jest 340 000 aplikacji poświęconych zdrowiu, które możemy pobrać, aby zajmować się sobą bardziej trafnie i być może skuteczniej. Tak, tak, liczba zer jest prawidłowa, setki tysięcy apek podpowiada nam coś o naszym organiźmie, czy ważymy ile trzeba i co robić aby ważyć ile trzeba i pilnuje czy to robimy. Informuje jaki mamy cukier i poziom kwasu foliowego i co w tej sprawie zrobić, i pilnuje czy robimy. Zawiadamia czy wystarczająco dużo i prawidłowo się ruszamy i co w tej sprawie zrobić i pilnuje czy robimy. Itd, itd, itd. Zostały pobrane prawie 4 miliardy razy (też nie ma pomyłki - 4 mld). Więc nie jest jakieś niszowe zjawisko, tylko nowa postać świata i my jesteśmy też w nowej roli.
To brzmi dobrze: mamy możliwość dbać o swoje zdrowie lepiej niż kiedykolwiek. Ale zarazem nasi ubezpieczyciele, bankowcy i pracodawcy - może i sąsiedzi, i rodzice narzeczonego córki, i koledzy z amatorskiej drużyny siatkowej - też dość dokładnie będą wiedzieć - jeśli zechcą - jakiego zdrowia jesteśmy i na tej podstawie kalkulować swoje zachowanie względem nas. Stosownie do tych informacji będą nam limitować dostęp do swojego czasu, pieniędzy i uwagi. Bowiem wszystkie te aplikacje gromadzą dane o nas, o naszym zdrowiu, o naszym stylu życia, charakterze, a więc można prognować co nami będzie w przyszłości. Na pewno będzie można to kupić. Zrobią to banki, ubezpieczalnie, pracodawcy, inwestorzy w naszą firmę, rodzice narzeczonego córki, może też nasz syn czy kochanka, właściwie dlaczego nie? Że podglądanie, że zaklinanie losu, że wyrachowanie??? Czy to się liczy?

Liczy sie co innego. Przestrzegamy zaleceń apki/lekarza czy nie przestrzegamy, żywimy się prawidłowo czy ulegamy łapczywości, kładziemy się spać o właściwej porze czy rozmyślamy do północy, szpilki nosimy przepisowe trzy godziny dziennie czy dzień cały dla wzmożenia elegancji? 

Jeśli rozchorujemy się, będzie można sądzić, że z własnej winy. Czy społeczeństwo będzie nas akceptować? Czy będzie się nami opiekować mimo tej winy? Czy da nam drugą szansę? A trwale wykluczeni, niepokorni poszukiwanie innego szczęścia niż zdrowie, gdzie będą izolowani, aby nie psuć obrazu i nie demoralizować innych? 

Czy będą nas leczyć/zatrudniać/dawać kredyt, gdy nie będziemy słuchać się apki, gdy będziemy niesforni? Jaka będzie relacja ceny ubezpieczenia czy wysokości wynagrodzenia do jakoś mierzonego stylu życia?  Kto ją będzie ustalał? Czy to będzie nowy rodzaj władzy?
A my? Będziemy potulni i bezwolni? A może to się nazywa rozsądek i odpowiedzialność?
Wygląda na to, że idzie świat zupełnie inny niż ten, który znamy i umiemy w nim funkcjonować.
Po pierwsze, jednostka otrzymuje narzędzia do zadbania o swoje zdrowie, na nią przenosi się cieżar odpowiedzialności za jego jakość. Może odciąży to tzw. publiczną służbę zdrowia. A może zlikwiduje także społeczną solidarność i ludzką empatię wobec chorych, bo sami sobie winni. Może rzeczywiście poprawi jakość zdrowia ludzi. A może okaże się, że jednak zdrowie zależy od czynników, których apki nie obejmują.
Po drugie, pojawia się całkiem nowy model kalkulacji leczenia. Dużo więcej kosztów będzie po stronie pacjenta. Tak jak teraz klient wykonuje coraz więcej czynności za dostawcę towarów i usług: sam robi przelewy, sam odprawia się na lotnisku, sam składa sobie meble, sam robi kampanię marketingową, sam testuje nowe produkty, sam doradza firmie co ma dla niego zrobić. U siebie w domu, na swoim komputerze czy telefonie, wykorzystując własny czas. Tych kosztów dostawca już nie ma. Dzięki zastosowaniu technologii, również państwo i podmioty ochrony zdrowia będą mogły zastosować ten mechanizm.
Po trzecie, ach to trzecie takie banalne jest, od tysiący lat leci tak samo. O co chodzi w człowieczeństwie, czy doskonałość jest możliwa, pożądana czy to tylko pycha, czy szczęście jest w naszych rękach, czy wolność to również prawo do grzechu, bycia chorym i nieszczęśliwym, czy miłość po prostu czy za załugi i cechy?
Technologia niczego nie przesądza, tylko umożliwia. Im więcej umożliwia, to większa odpowiedzialność człowieka za drugiego człowieka. Bo jakiś los mu zgotujemy używając jej tak albo inaczej. 

W blogu Spostrzeżenia 2018/10/14 - 23:01 Źródło

Sąd Okręgowy  w Olsztynie w postanowieniu z 11 lipca 2018 (sygn. IX Ca 186/18) stwierdził, że „nie sposób traktować małżeństwa jako  przedsiębiorstwa”. Przypomniałem na Twitterze, że Gary Becker otrzymał  Nagrodę Nobla z ekonomii za „mikroekonomiczną analizę ludzkich zachowań i interakcji wraz z zachowaniami nierynkowymi”  i wykazanie, że jest dokładnie odwrotnie niż twierdzi Sąd Okręgowy w Olsztynie.
 
No i wybuchła dyskusja. Więc tu wrzucę zbeletryzowany opis teorii Beckera.
Małżeństwo to małe przedsiębiorstwo działające w postaci podobnej do spółki cywilnej. Miłość miłością, ale miłość łatwo może się przeobrazić w nienawiść po kolejnym bezsensownym sporze o to, kto ma zmywać garnki. Kultywować miłość można przy pomocy metod właściwych analizie ekonomicznej. Ostatnio zrobiły to panie Paula Suchman i Jenny Anderson w książce „Ekonomia miłości. Szczęście w związku a zmywanie naczyń”. Opierają się na twierdzeniach Adama Smitha (o podziale pracy), Davida Ricardo (o przewagach komparatywnych), Jeremy’ego Benthama (o użyteczności) i właśnie Gary’ego Beckera oraz teoriach: decyzji, gier i przetargów. Wszystkie zachowania ludzkie mają bowiem jakieś ekonomiczne podłoże – nawet miłość pojawia się na krzywej użyteczności każdego z nas.

U podstaw ekonomicznej analizy zachowań ludzkich leży aksjomatyczne założenie, że ludzie są racjonalni, że mają własne cele i zazwyczaj wybierają właściwe sposoby ich osiągnięcia. Co prawda, założenie to jest ewidentnie błędne w odniesieniu do poszczególnych jednostek (wszak większość ludzi dokonuje czasem wyborów, które innym trudno racjonalnie wytłumaczyć), ale z punktu widzenia ekonomii jest to założenie bardzo użyteczne i w teorii i w praktyce. Przede wszystkim dlatego, że na jego podstawie łatwiej jest przewidzieć zachowanie ludzi. Co więcej, gdy analizujemy zachowania tak giełdy jak i grupy przestępców, najważniejsze znaczenie ma nie zachowanie poszczególnych jednostek, ale suma ich zachowań. Zgodnie z prawidłowością zwaną w socjologii regułą wyśrodkowania (principle of aggregation), a w statystyce i matematyce prawem wielkich liczb, jeśli nieracjonalne zachowania stanowią wyjątek, to nie wpływają w znaczącym stopniu na obraz całości. Najczęściej ilustruje się tę zasadę przykładem z rzucaniem kostką do gry. Bardzo trudno jest przewidzieć ile oczek wypadnie, gdy rzucimy kostką tylko raz. Jeśli jednak chcemy przewidzieć jaka będzie suma oczek dziesięciu rzutów, zakres niepewności jest mniejszy. Jest bardzo prawdopodobne, że otrzymamy wynik pomiędzy 30 a 40 i niemal w 100% pewne, że nie będzie to ani 10, ani 60. Prawdopodobieństwo, że wszyscy ludzie postąpią w sposób tak samo nieracjonalny jest równie prawdopodobne jak to, że w dziesięciu kolejnych rzutach kostką otrzymamy same jedynki lub same szóstki.
Jeśli wartościujemy wyżej to, co osiągnęliśmy, od tego, co straciliśmy, odnosimy zysk niezależnie od tego czy uzyskaliśmy nadwyżkę przychodu nad wydatkami możliwą do wyrażenia w pieniądzu.
Z ekonomicznego punktu widzenia nie ma różnicy w mechanizmie wyboru, jakiego dokonujemy kupując jabłka albo gruszki, dokonując wyboru jakiegoś kandydata lub partii w wyborach powszechnych czy wybierając małżonka. Działają tu podobne mechanizmy: zarówno ceny rynkowe wyrażone w pieniądzu jak i ceny nierynkowe zwane cenami-cieniami (shadow price) będące miarą utraconych możliwości (opportunity cost) czyli subiektywną wartością tego co musimy oddać by zyskać coś innego, reagują w ten sam sposób na te same bodźce.
No i jeszcze są przewagi komparatywne. Już Adam Smith stwierdził, że wymiana handlowa jest zawsze korzystna, jeżeli kraj eksportuje dobra, które potrafi produkować taniej, a importuje te, które zagranica potrafi produkować taniej. Jeszcze dalej niż Smith poszedł David Ricardo. Wykazał, że absolutna przewaga wcale nie jest konieczna. Wystarczy tak zwana przewaga komparatywna. Użył przy tym słynnego przykładu Anglii i Portugalii handlujących winem i suknem. Jeśli wyprodukowanie pewnej ilości płótna zajmuje w Anglii 100 godzin pracy rocznie, a wyprodukowanie wina tej samej wartości 120 godzin pracy, Anglii opłaca się produkować tylko płótno i kupować za nie wino. Jeśli w Portugalii wyprodukowanie takiej samej ilości płótna zajmuje 90 godzin pracy a takiej samej ilości wina 80 godzin, Portugalii opłaca się produkować tylko wino i kupować za nie płótno. W tym przykładzie Portugalia posiada absolutną przewagę nad Anglią – może produkować taniej i wino, i płótno. Opłaca się jednak importować płótno z Anglii, czyli z kraju, w którym jego wytworzenie zajmuje 100 godzin pracy, do Portugalii, czyli kraju, w którym jego wytworzenie zajmuje tylko 90 godzin pracy. Oddając wino, którego wytworzenie zajęło 80 godzin, za płótno, które w Portugalii wytwarza się przez 90 godzin, Portugalczycy zyskują równowartość 10 godzin pracy. Podobnie Anglicy, wysyłając do Portugalii płótno wytworzone u nich przez 100 godzin pracy, otrzymują wino, którego wytworzenie w Anglii zajęłoby 120 godzin pracy. Czyli zyskują 20 godzin pracy. Wniosek z tego taki, że opłaca się wymiana między tymi krajami, nawet jeśli jeden z nich może produkować wszystkie dobra taniej niż drugi. W powyższym przykładzie ważne jest tylko to, że w Portugalii wino jest tańsze niż płótno, a w Anglii odwrotnie.
Ta sama zasada obowiązująca w relacjach między państwami, ma zastosowanie w relacjach między ludźmi – także między małżonkami.
Małżeństwo jest zawsze „chciane” – choć w różnych kulturach może się zdarzyć, że niekoniecznie przez oboje małżonków, a tylko przez jedno z nich lub wręcz jedynie przez ich rodziców. Współcześnie w cywilizacji łacińskiej jest to wola obojga oblubieńców. Można zatem zastosować do ich decyzji matrymonialnych ekonomiczną teorię preferencji. Osoby zawierające małżeństwo liczą, że dzięki niemu osiągną wyższy poziom użyteczności, niż gdyby pozostały w stanie wolnym. Wielu mężczyzn i kobiet konkuruje przy tym ze sobą w poszukiwaniu partnera – możemy zatem mówić o istnieniu rynku matrymonialnego.
Ludzie wstępują w związki małżeńskie, uznając, że uzyskana w ten sposób korzyść jest większa niż korzyści wynikające z pozostania w stanie wolnym lub większa od kosztów dalszego poszukiwania lepszego partnera w kontekście ryzyka jego nieznalezienia i w konsekwencji konieczności pozostania w stanie wolnym. A jedną z konsekwencji wstąpienia w związek małżeński jest posiadanie dzieci. Chęć ich posiadania też podlega analizie ekonomicznej. Dlatego, że zysk w rozumieniu ekonomii to nie jest jakaś uzyskana kwota pieniędzy, wartość otrzymanej usługi, czy dobra. Zysk to „subiektywna różnica między wartością tego, co wskutek jakiegoś działania się osiąga, a wartością tego, co wskutek tego działania się traci”.
Różne społeczeństwa, w różny sposób, w różnych okresach, różnie regulują prawo rodzinne. W jednych o rozwód jest łatwo, w innych trudno, bądź jest on w ogóle niemożliwy. Niektóre dopuszczają wielożeństwo. Często małżeństwo związane jest z wnoszeniem posagu. Czasami wnosi go panna młoda, czasami to kawaler musi „kupić” sobie żonę. W cywilizacji zachodu małżeństwa zawierane są zaś z miłości, a nie dla posagu. Te trudno kwantyfikowane różnice sprawiają, że najbardziej efektywną analizą małżeństw jest analiza ekonomiczna zakładająca, że do małżeństwa dochodzi, gdy poprawia ono użyteczność osiąganą przez oboje małżonków. Ta użyteczność zależy od dóbr wytwarzanych przez gospodarstwo domowe. Dobra te są częściowo nabywane przy pomocy wymiany rynkowej, a czasami produkowane wewnątrz gospodarstwa domowego przez małżonków, których relacje wzajemne nie różnią się z ekonomicznego punktu widzenia, od ich relacji, jako wspólnego gospodarstwa domowego, z otoczeniem zewnętrznym. Do maksymalizacji użyteczności dla jednego z małżonków dochodzi wówczas, gdy następuje maksymalizacja otrzymywanej przez niego ilości dóbr wytworzonych w gospodarstwie domowym. Dlatego każde z nich musi współdziałać z drugim i dzielić swój czas między sektor rynkowy i nierynkowy (gospodarstwo domowe) w odpowiednich proporcjach i jest gotowe współdziałać przy takiej alokacji swojego czasu, aby przyczynić się do maksymalizacji ilości agregowanych dóbr.
W teorii produkcji odróżnia się substytucję od komplementarności. Podobną analizę Becker przeprowadza dla małżeństwa i produkcji w gospodarstwa domowego. Połączenie podobieństw jest optymalne, gdy cechy są komplementarne, natomiast połączenie różnic jest optymalne, gdy cechy są substytutami, ponieważ wysokie wartości różnych cech wzmacniają się nawzajem w przypadku komplementarności, a znoszą się w przypadku ich substytucyjności. Podstawową determinantą ekonomiczną dla decyzji o zawarciu małżeństwa jest z jednej strony wysokość wynagrodzenia rynkowego uzyskiwanego osobno przez każde z małżonków, a z drugiej ich nakładów pracy w sektorze nierynkowym, czyli w gospodarstwie domowym, ponieważ maksymalizowana jest korzyść z podziału pracy. Ten z małżonków, który osiąga niższe wynagrodzenie w sektorze rynkowym powinien, zgodnie z teorią, więcej czasu wydatkować na pracę w gospodarstwie domowym, ponieważ wartość czasu mierzona wielkością zaniechanych zarobków jest niższa dla tego z małżonków, które uzyskuje niższe wynagrodzenie rynkowe. Przez wzajemny dobór małżonków o niższej i wyższej płacy, tańszy czas pracy jednego z nich jest ekstensywniej zużywany w produkcji gospodarstwa domowego, a kosztowniejszy czas pracy drugiego – w produkcji rynkowej.
Wpływ większości cech na produktywność gospodarstwa domowego uwidacznia się więc najlepiej poprzez ilość czasu dostarczanego gospodarstwu przez każdego z małżonków. Każda cecha wpływa na produktywność gospodarstwa domowego przez zwiększenie efektywnej ilości czasu będącego w dyspozycji tegoż gospodarstwa. Dlatego dodatni dobór według cech jest optymalny dopóty, dopóki elastyczność substytucji między czasem wydatkowanym w gospodarstwie domowym przez oboje małżonków nie jest bardzo wysoka. Istotne byłoby jednak podjęcie próby ustalenia, jak fakt wydłużania czasu pracy rynkowej małżonków rzutuje na ilość i jakość stosunków seksualnych, które rzutują na ilość posiadanego potomstwa. Prosta obserwacja wskazuje, że więcej dzieci rodzi się w małżeństwach, w których kobieta nie pracuje zawodowo.
Doskonale dodatni dobór według cech jest optymalny, jeśli te cechy małżonków mają efekty łączne wzajemnie się wzmacniające i gdy efekty ich działania dla produktywności gospodarstwa domowego są od siebie niezależne. Dodatni dobór według cech jest optymalny, gdy ich efekty dla produktywności gospodarstwa domowego są niezależne. A ponieważ produktywność wzrasta mnożnikowo, podobieństwa kojarzą się wtedy, gdy ich efekty wzmacniają się nawzajem (choć może działać i wtedy, gdy się znoszą).
Ale korzyść z małżeństwa jest większa również wtedy, gdy substytucja czasu przeznaczanego na pracę w gospodarstwie domowym jest trudniejsza. Dlatego kojarzenie się podobieństw następuje częściej, gdy zawarcie małżeństwa jest atrakcyjniejsze. I właśnie dlatego kobiety w powszechnym odczuciu atrakcyjniejsze poślubiają zamożniejszych mężczyzn.
Do maksymalizacji użyteczności prowadzą też inne dobory dokonywane pod względem innych cech o korelacjach słabiej ujemnych lub czasami nawet dodatnich, w których płace nie są decydującym wyznacznikiem doboru optymalnego. Taką cechą z całą pewnością jest sex, którego znaczenie dla doboru małżeńskiego, póki co stanowi w nauce pewnego rodzaju tabu. Zajmuje się nim jednak „mądrość ludowa”. Jedno z popularnych twierdzeń na podstawie prostych obserwacji naturalnych zachowań głosi, że mężczyzna „płaci” małżeństwem za seks, a kobieta „płaci” seksem za małżeństwo. A jakość tej „cechy” bywa dominująca dla decyzji małżeńskich. Skutkuje też w sposób bezpośredni ilością stosunków seksualnych co zwiększa prawdopodobieństwo ciąży, pomimo nawet stosowania antykoncepcji, dbałość o którą jest zresztą mniejsza, gdy jakość seksu jest większa.
Ciekawa obserwacja nasuwa się z porównania jednoosobowego gospodarstwa domowego z małżeńskim. Ukazuje podobieństwa i dwie istotne różnice. Po pierwsze, w gospodarstwie jednoosobowym dokonuje się wyłącznie alokacji czasu jednej osoby miedzy sektor rynkowy i nierynkowy. Osoby samotne alokują więc swój czas inaczej, gdyż nie dysponują czasem i usługami dostarczanymi przez partnera. Drugą różnicą, o wiele istotniejszą, jest znaczenie więzi emocjonalnej, seksualnej i chęci posiadania dzieci.
Skoro korzyść małżonków z małżeństwa jest tym większa, im większa jest komplementarność nakładów czasu małżonków i towarów rynkowych, to nakłady te są komplementarne w dużej mierze ze względu na pragnienie posiadania własnych dzieci. Wielkość korzyści zależy więc od wagi przypisywanej ich posiadaniu. A waga posiadania potomstwa zależy od „gustów”, które determinowane są nie tylko skłonnościami biologicznymi (czy wręcz genetycznymi) ale także kulturowymi. Przez „kulturę” należy jednak rozumieć ogół przekonań społecznych – także ekonomicznych. A pod tym względem istotne znaczenie mają przekonania o użyteczności posiadania dzieci i nie tylko emocjonalnej, ale i ekonomicznej, potrzeby ich posiadania. Ta osłabiana jest przez polityczne obietnice spokojnej starości zapewnianej przez państwowe systemy świadczeń zdrowotnych i emerytalnych oraz lansowane teorie ekonomiczne uzasadniające takie obietnice i pokładane w nich nadzieje.
I trzeba pamiętać o przewagach komparatywnych. Bez sensu jest, by dwoje ludzi robiło to samo, skoro jedno z nich robi coś znacznie lepiej – jak w przypadku Anglii i Portugalii, z tym, że produkcję sukna i wina może zastąpić zmywanie i prasowanie. Ogólna zasada jest jednak ta sama.

W blogu Spostrzeżenia 2018/10/07 - 11:17 Źródło

Byłem na spotkaniu, gdzie młody człowiek, próbował przekonać zebranych, że po co pisać biznesplan, długi nudny, którego i tak nikt potem nie czyta, kiedy jest świetne proste narzędzie, które da się ogarnąć jednym rzutem oka, każdy je w mig zrozumie i się przy tym nie zmęczy. Próbowałem, nieśmiało oponować. Nie wiem czy przekonałem uczestników, ale prowadzącego na pewno nie.
Co mówiłem?
1. Że pisząc hasła, bardzo łatwo popełnić błąd logiczny albo błędne założenie, a ponieważ jedno hasło w tym miejscu, implikuje inne hasła w kolejnych miejscach uzyskujemy efekt taki, że milimetr przesunięcia, na odcinku kilometra, może dać nam już różnice kilku metrów;
2. Że trudniej o taki sam błąd, kiedy na dany temat trzeba napisać kilka zdań lub akapitów i połączyć je logicznie z innymi zdaniami i akapitami w innym miejscu;
3. Że świetnie jest zbudować model Lean Canvas, zanim się siądzie do biznesplanu;
4. Że jak już mamy swój biznesplan, to bardzo dobrze by było go podsumować kartą w koncepcji Lean Canvas.
5. Że Lean Canvas nie jest substytucyjny dla biznesplanu, tylko komplementarny.
Po spotkaniu dostałem tekst z opinią, że za 10 lat o biznesplanach ludzie zapomną. No nie sądzę. Ale czy wykluczam? Tyle rzeczy przyszło do nas tak szybko, że nie śmiem zaprzeczać kolejnym, bo nie wiem czy to bzdura tego kto tak twierdzi, czy ciasnota mojego umysłu?

W blogu Spostrzeżenia 2018/10/03 - 17:59 Źródło

Korzystanie z „kompetencji zewnętrznych” to jedno z trudniejszych zagadnień biznesowych – wymaga znalezienia i kompetencji, i ludzi, którzy je w odpowiedni sposób „podadzą”. Dzięki odpowiedniej organizacji tego rodzaju projektów biznesowych można uzyskać zarówno lepsze efekty jak i większą satysfakcję z wykonanej pracy.
Jak zatem skutecznie zadbać o efektywność współpracy? W jaki sposób przygotowywać wspólne projekty, by obie strony – „kupowany” i kupujący – były zadowolone ze współpracy?
 
Jestem Podwykonawcą. Chcę pozyskać zlecenie.
Zadbaj o dobre relacje z ludźmi. Tak, to oczywiste. Ale nie jest już oczywiste, że Twoim „pierwszym kontaktem” u klienta, albo wręcz decydentem, będzie ktoś, kto ze względu na wiek, kompetencje czy doświadczenia wyda Ci się kosmitą. Weź to pod uwagę na etapie przygotowywania się do rozmów i robienia ofert.
Dopytaj o pożądane efekty. Słowa bywają złudne. Każde z nich może być rozumiane na różne sposoby. Dlatego, jeśli klient np. mówi, że chce „zwiększyć efektywność” to starannie dopytaj, co przez to rozumie. I pytaj (+ parafrazuj, podsumowuj, wyjaśniaj itp.) do skutku – aż będziesz przekonany, że myślicie o tym samym.
Dowiedz się kto i w jaki sposób będzie posługiwać się tym, co dostarczysz. I postaraj się o kontakt z tymi osobami. Zwykle Pani Zosia, Pan Kazik, Pani Basia i Pan Robert w zupełnie inny sposób korzystają z tej samej kompetencji, aplikacji, procedury itp. Jeśli się tego nie dowiesz, to nie dostarczysz przydatnego narzędzia (czymkolwiek to „narzędzie” ma być…)
 
Jestem Zleceniodawcą. Chcę zatrudnić Podwykonawcę.
Daj sobie czas na dokonanie wyboru. Tak, by nie tylko zebrać i przejrzeć oferty, ale również choć trochę poznać realizujących je ludzi. Upewnij się, że poza kwalifikacjami i dostępem do potrzebnych Ci narzędzi, prezentują sposób bycia i komunikowania się, dzięki któremu będzie Wam się dobrze współpracować.
Zachowaj otwartość w udzielaniu informacji. Często obszerniejsza wiedza podwykonawcy o Twojej firmie, ludziach i potrzebach ułatwi lepsze wykorzystanie budżetu na projekt, a potem również tego, co dzięki projektowi dostaniesz. Być może przy tej okazji wspólnie wymyślicie jakieś nowe zastosowania?
Udzielaj informacji zwrotnych. Zależy Ci na tym, by przy każdym kolejnym projekcie mieć lepszy wybór ofert i potencjalnych wykonawców. Daj im szansę uczenia się również w oparciu o Twoje doświadczenie.
 Po więcej „międzyludzkich podpowiedzi” zapraszamy indywidualnie, do stoiska Business Dialog, podczas  Outsourcing Expo II (https://outsourcingexpo.pl/). Agnieszka M. Staroń będzie na Was czekać w godzinach 12.00 -13.00 oraz 16.00-17.00 (lub dłużej jeśli będą chętni;-)

W blogu Spostrzeżenia 2018/09/23 - 18:26 Źródło

Pan Minister Energii Krzysztof Tchórzewski na Jasnej Górze w czasie uroczystej mszy świętej zawierzył polską energetykę Matce Bożej Królowej Polski. Chyba nie pomogło za bardzo, bo teraz zwrócił się do Komisji Europejskiej w sprawie wzrostu cen CO2 (w ciągu roku o ponad 140 procent). Zdaniem Ministra „warto się zastanowić, czy rynek uprawnień do emisji CO2 nie przyciągnął kapitału spekulacyjnego”. Spekulantom mają się ponoć przyjrzeć także służby specjalne! Może podpowiem służbom, żeby podpowiedziały Panu Ministrowi,  że do Komisji Europejskiej nie ma się w tej sprawie skarżyć, bo to za jej sprawą ceny tak rosną. Naśmiewałem się z tego 10 lat temu (dziesięć)! Więc teraz przypomnę, co pisałem tuż po upadku Lehmana.
 
„Komisja Europejska, wielu członków której pracowało w „instytucjach finansowych” albo pewnie zamierza w przyszłości w nich pracować, wymyśliła sobie (albo przyjęła za swój od „instytucji finansowych”) plan aukcyjnej sprzedaży prawa do emisji CO2. Bardzo symptomatyczne jest to, z jakim uporem świat, pogrążony w chaosie finansowym, trzyma się jak „pijany płotu” pomysłu walki z globalnym ociepleniem poprzez ograniczenie emisji CO2 przy pomocy handlu prawami do niej. No ale jak nie wiadomo o co chodzi, wiadomo że chodzi o pieniądze. Co prawda w oryginale jest, że chodzi o dziewczynę – ale wiadomo, że kto nie ma szczęścia w kartach, ten nie ma pieniędzy na miłość. Żeby je mieć, trzeba pohandlować emisjami. Podstawową sprawą, do której nie wolno dopuścić, jest prawo do handlowania prawem do emisji przez „instytucje finansowe”. Gdy na przełomie czerwca i lipca 2008 roku szalały ceny ropy naftowej przekraczając granicę 145 dolarów za baryłkę, 80 procent transakcji na NYMEX-sie (Nowojorska Giełda Towarowa – New York Mercantile Exchange) dokonywanych było przez „instytucje finansowe”. Wirtualne zyski z handlu ropą przykryć miały straty na różnych derywatach hipotecznych. Tak samo będzie z CO2. Zdaniem różnych analityków:
„Rynek emisji CO2 odzyskał nieco mocy przełamując w czwartek, 27 listopada, poziom 16 EUR, uprzednio jednakże spadając do rocznego minimum odpowiednio na poziomie 14,80 EUR dla kontraktu EUA-Dec08 oraz 13,25 EUR dla kontraktu sCER-Dec08. Kontrakt EUA-Dec08 zyskał ostatecznie w ciągu tygodnia 1,28 EUR i zamknął się ceną 16,31 EUR. Agresywna sprzedaż ze strony instalacji, na przestrzeni ostatnich kilku tygodni, wywierała presję na rynek emisji, osiągając swoje apogeum w zeszłym tygodniu i powodując nie tylko spadek cen europejskich uprawnień (EUA) do poziomu 15 EUR, lecz również implikując pod koniec ostatniego tygodnia redukcję spreadu EUA/CER do 1,20 EUR. W wyniku zmniejszonej aktywności sprzedażowej instalacji przemysłowych na rynku spot, do głosu ponownie doszły czynniki fundamentalne, takie jak ropa, energia, gaz i węgiel. Zrównoważony pozytywny trend osiągnął maksimum w czwartek, 27 listopada, gdy uprawnienia do emisjizyskały w ciągu dnia około 68 centów, na co wpływ miała przede wszystkim silna niemiecka energia (Kontrakt Cal09 Baseload zamknął się ceną 61,10 EUR/MWh, o około 3,85 EUR powyżej otwarcia). Jednak globalne spowolnienie ekonomiczne nie pozwala o sobie zapomnieć i jego negatywne oddziaływanie na instalacje systemu EU ETS będzie głównym czynnikiem cenotwórczym dla uprawnień do emisji CO2 w nadchodzących miesiącach, również w odniesieniu do fundamentów tego rynku.
Niepewność co do rozmiarów recesji na jakiś czas pokryje niebo nad rynkiem CO2 czarnymi chmurami. Pomimo braku obaw o całkowite załamanie się rynku, podobne do tego jakie miało miejsce w fazie I EU ETS, możliwość występowania sporadycznych znaczących spadków cen wydaje się w dalszym ciągu wysoce prawdopodobna.”

Ten przydługi nieco cytat wspiera postawioną wyżej tezę, że „jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze”. Dzięki tej prostej maksymie wiemy, że lepiej będzie wtedy, gdy będzie drożej! Bo ktoś na tym zarobi. Kto? „Instytucje finansowe”.
Zjawiska takie jak spadek produkcji skutkujący zmniejszeniem zużycia energii – ergo zmniejszeniem emisji – ergozmniejszeniem zapotrzebowania na prawa do emisji mają mieć skutek „negatywny”. I na odwrót: „pozytywny” trend to zwiększenie emisji – ergo zwiększenie zapotrzebowania na prawa do emisji. A przecież mamy walczyć z ociepleniem spowodowanym przez emisję. Ideałem byłoby więc, z tego punktu widzenia, gdyby cena EUA wynosiła… „0”. Bo to by oznaczało, że nikt nie emituje CO2, więc nie grozi nam już globalne ocieplenie. Ale to chyba nie dla wszystkich byłby „ideał”.
Kupować prawa do emisji powinni móc tylko ci, którzy CO2 emitują. Co prawda taka „proteza” i tak będzie gorsza od zdrowej nogi, ale wariatów, którzy chcą sobie w nogę strzelić, chyba już nic nie powstrzyma. Zresztą może to nie są tacy wariaci. Analitycy z wielu banków już od miesięcy snują prognozy, ile prawa do takich emisji będą kosztować. Analizy różnią się oczywiście znacznie. Będziemy mieć kolejny balonik… Coś z tymi bilionami dolarów, jenów, euro, funtów i franków, które pompowane są właśnie z kieszeni podatników do „instytucji finansowych” trzeba będzie zrobić! I obok tych wszystkich pięknych nazw instrumentów finansowych opartych na hipotekach pojawi się nam „wysokostrukturyzowane i najwyżej zabezpieczone prawo do powietrza”.
Skoro „prawo do emisji” CO2, nie oznacza prostego prawa do wypuszczenie w powietrze CO2, lecz jest „walorem”, którym można „obracać” na „rynkach finansowych”, to było tylko kwestią czasu, kiedy zaczną się z nim dziać różne dziwne rzeczy  – o których też pisałem w 2011 roku.
„Zaczęło się od… kradzieży. Z konta rumuńskiego producenta cementu zniknęły prawa do emisji warte 80 mln euro. Z czeskich kont zniknęło niedawno 2 mln praw wartych ponad 30 mln euro. I zaczęły się wyłudzenia podatku VAT. Część transakcji wykonywanych jest fikcyjnie tylko po to, by zarobić na odliczeniu VAT. Stosowana jest do tego odmiana tak zwanej „karuzeli podatkowej”. Jedna firma kupuje prawa do emisji CO2 za granicą. Taka wewnątrzwspólnotowa dostawa usług jest zwolniona z podatku VAT. Potem ta sama firma sprzedaje je w swoim kraju drugiej firmie. Przy tej transakcji pierwsza firma nalicza drugiej VAT zgodnie z obowiązującą w ich kraju stawką. Druga sprzedaje uprawnienia do emisji CO2 za granicę, stosując znowu zerową stawkę VAT i  występuje o zwrot VAT do rodzimego urzędu skarbowego. Nie trudno zauważyć, że najbardziej się to opłaca w państwach, w których VAT jest najwyższy a kontrole skarbowe najsłabsze. I jeszcze jeden – groteskowy już zupełnie – przykład z gazem HFC-23, uważanym za jeden z pięciu najbardziej odpowiedzialnych za cieplarniane efekty. Zdecydowano, że za zmniejszenie jego emisji o jedną tonę będzie można otrzymać 11.700 uprawnień do emisji CO2. Na potęgę budowano tanie zakłady wykorzystujące HFC-23, na przykład do produkcji mrożonek, tylko po to, żeby je zaraz zamknąć w zamian za uprawienia do emisji CO2, które można sprzedać. Im wyższa jest ich cena, tym lepiej. Zainwestowanie w fabrykę używającą gaz HFC-23 100 mln dolarów daje prawa do emisji CO2 warte dziś… 6 mld dolarów. Czysty nonsens”.
No to teraz – w 2018 roku – mogę napisać, że „czarne chmury” nad rynkiem „derywatów CO2” rozwiewa wiatr. Kwestia czasu kiedy będzie wielka burza na  „rynkach finansowych”.
Na całe szczęście „resort energii zapewnił, że gospodarstwom domowym nie grożą zmiany cen energii elektrycznej”! Orlen i Lotos wzięły na siebie opłatę paliwową i fakt, że cena etyliny 98 dochodzi do 5,50 zł nie ma z tym nic wspólnego. Wzrost cen  praw do emisji „wezmą na siebie” Energa, Enea, Tauron i PGE. Albo piekarnie! I cena chleba nie wzrośnie po wzroście ceny prądu do pieca do pieczenia chleba. Tak nam dopomogą Matka Boża Królowa Polski i… służby specjalne.

W blogu Spostrzeżenia 2018/09/22 - 14:33 Źródło

Z ostatniego spotkania klubowego w Gdańsku wpadłem na dworzec PKP za pięć druga - spoglądam na wagon, jest! - "Warszawa Wschodnia". Po 1,5 godzinie jazdy dopiero wpadł konduktor, po czym zadał mi głupie pytania "dokąd jadę". Jak to dokąd - do Warszawy odparłem, po czym okazało się że jestem już niedaleko Kołobrzegu...

Jak często zdarzają się nam takie sytuacje? Konkretnie takie pewnie rzadko, ale jest wiele innych, które pokazują, jak bardzo cenimy sobie bezpieczeństwo. Nie wydamy pieniędzy na dobrą szynkę, czy nawet podróż za jeden uśmiech, byle tylko cieszyć się bezpiecznym, bezstresowym życiem.

Jedna z tez głosi, że najbardziej bezpieczny jest ten, co nic nie ma lub nic nie robi. Tak więc na każdego z nas, co ma coś do stracenia, czyhają Ci, którzy za pieniądze oferują nam bezpieczeństwo. 

Nie pozostaje chyba tajemnicą, że dla każdego lekarza stres nie wiąże się tylko z wykonywaną pracą, ale również z tym, czy ktoś nie wypatrzy w tej pracy jakiejś patologii. Ktoś ostatnio podsumował, że rocznie wszelkiej maści pozwy to kilkadziesiąt tysięcy donosów, pism do prokuratora, różnej maści izb i urzędów, który statystycznie dotyczą ok. 1/3 lekarzy. Z tej całej masy na ławie sądowych rocznie zasiada 19 z nich. Jeden z nich ostatnio poinformował mnie, że ubezpieczenie się od ryzyka ponoszenia konsekwencji bycia "jednym z dziewiętnastu" kosztuje ok. 500 PLN miesięcznie.

Oczywiście, można się ubezpieczyć tak jak i od konfrontacji z rekinem i oparzenia meduzy. Docierający do nas agent ma jednak jedno główne zadanie - pokazać, że strach ma wielkie oczy. Jednemu z moich kolegów - biegłych rewidentów zaproponowano ostatnio ubezpieczenie od kar finansowych, mandatów, etc. Ponieważ nie chciał on zbyt szybko wykładać kasy na stół, postanowił zapoznać się, czy faktycznie nakładane kary idą w miliony czy setki tysięcy złotych. Otóż okazało się, że z reguły kwota oscyluje "po negocjacjach" wokół 1,000 PLN, czyli część tego co ubezpieczenie, o ile ktoś da się złapać.

Bezpieczeństwo będzie zawsze pretekstem do wyciągnięcia z nas kasy, nawet wtedy, jeżeli jej mamy niewiele.

W blogu Spostrzeżenia 2018/09/22 - 09:58 Źródło

Ostatnio w gronie profesorów i doktorów przyglądałem się ustawie o praniu pieniędzy i zwalczaniu terroryzmu ( Stosowanie%20%C5%9Brodk%C3%B3w%20bezpiecze%C5%84stwa%20finansowego.docx).
Dyskusja wobec nowoobowiązującego prawa wskazała na mnóstwo absurdów. A konkretnie chodzi o to, że prawo, które ma zwalczać patologie, jest samo w sobie patologią i ma szansę plenić się jak barszcz Sosnowskiego.
Ale najpierw zacznę od zdemaskowania organu podległego Ministerstwu Finansów, czyli Generalnego Inspektoratu Informacji Finansowej, który zatrudnia sztab "fachowców" i z reguły "analizuje" spływające od banków informacje o transakcjach o wartości ponad 10 tys. EUR. Najciekawszą konkluzją odnośnie efektów działania tego ciała jest brak efektów, bo miliony przetworzonych transakcji nie zatrzymały ani terrorysty, ani "pracza". Cóż, świat narzucił taki obowiązek, więc trzeba go wykonać i dać szansę komuś na popłatny etat. Nie od dziś wiadomo, że ten kto chce prać pieniądze, może się śmiać takim organom w twarz, czego najlepszym przykładem oddział małego duńskiego banku w Estonii, przez który przechodziły miliardy dolarów i przez długie lata nikt tego "nie zauważył".
W Polsce jednak najciekawsza jest taka oto informacja - najwięcej skazanych czy ukaranych (albo "złapanych" - jak kto woli) w świetle dotychczas obowiązującej ustawy są to nie ci, którzy wysadzali w powietrze oddziały banków, dźgali nożem uczciwych obywateli lub robili interesy z sycylijską mafią. To często notariusze, bankowcy, prawnicy, etc. którzy przesłali niekompletną tabelkę, spóźnili się z raportem, etc.
A nowa ustawa jak krwi żądna jest efektów. Bo teraz trzeba złapać za rękę i zaraportować nie później niż w ciągu 2 dni!!! Ja osobiście największy absurd widzę w co najmniej dwóch sytuacjach - co przytoczę na przykładach. 
Sytuacja 1 (z życia wzięta): Urząd Skarbowy informuje w raporcie z kontroli VAT, że jest podejrzenie prania pieniędzy. Raport jest rzetelnie opracowywany kilka miesięcy w urzędniczych zaułkach, po czym trafia do klienta, klient ten przychodzi do mecenasa i prosi go o obronę. W świetle nowej ustawy mecenas musi w ciągu owych dwóch dni poinformować GIIF, że właśnie "odkrył" pranie pieniędzy, które ma już jedynie walor historyczny. 
Sytuacja 2: Podczas ostatniego szkolenia dotyczącego "Ustawy" z zażenowaniem obserwowałem, jak świetny fachowiec w temacie musiał używać po wielokroć sformułowań "tak mi się wydaje", "tak to chyba należy interpretować". Sam w końcu uznałem, że jako podmiot zobowiązany, czyli biegły rewident, sam najlepiej zrobię jak udam w przyszłości, że przecież ja nie widzę w tej konkretnej sytuacji żadnego zagrożenia, bo w końcu ustawa wyraźnie stwierdza, że coś zgłaszam, jeżeli podejrzewam, a przecież nikt mi podejrzewać nie każe.
Na zupełnym marginesie dodam jeszcze, jak od kilku lat z zażenowaniem obserwuję starania OECD, żeby zwalczyć tzw. pranie pieniędzy. Przykładowo, tradycją stają się już pielgrzymki OECD-kratów do Gruzji i robienie tam sympozjów o tym, jak wdrożyć system automatycznego raportowania informacji podatkowych (i bankowych). Do dziś brak jakichkolwiek efektów tych delegacji dla rzeczonego kraju, może poza tym, że skorzystały na tym luksusowe hotele i przydrożne restauracje.
Myślę, że nasz GIIF pobierał już nauki w takich krajach, jak Wyspy Owcze czy Barbuda i Antigua. Otóż kraje te z "zadowoleniem" przystąpiły do mechanizmu wymiany informacji, ale na pytania krajów wysokocywilizowanych, dlaczego nie przekazują żadnych raportów, grzecznie stwierdziły, że nie zaobserwowały żadnych niepożądanych zjawisk. A dlaczego? Bo same zdecydowały, żeby nie uruchamiać zbyt wyrafinowanych narzędzi i po prostu zdać się na tzw. obywatelską czujność, jaką proponuje nam nowa ustawa.
Tak więc - schylmy się pod łóżko i sprawdźmy czy nie leżą tam skarpetki. Prać trzeba... 
  

W blogu Spostrzeżenia 2018/09/22 - 09:58 Źródło

Ekscytujemy się AI i słusznie, ale co z naszą własną inteligencją i wiedzą? Czy będziemy biernie czekać aż  sztuczna ją  zastąpi?
Większość z nas czeka podwójne wyzwanie z jednej strony już za całkiem niedługo będziemy musieli konkurować z AI czy systemami autonomicznymi o utrzymanie naszych stanowisk pracy. A z drugiej  dostosować się do świata w którym technologia będzie wszechobecna. A jej rola od pomocniczej  przechodzić  do roli decydenckiej tj. podejmowania coraz większej liczby decyzji z tym i tych ważnych oraz  najważniejszych.
Istotnie. osiągnięcia AI są spektakularne. Wygrana w Go z mistrzem świata w najtrudniejszą  grę jaką wymyślił człowiek, wcześniej w szachy, lepsza niż u człowieka zdolność do rozpoznawania emocji na podstawie analizy twarzy, chatboty zdolne przejąć rolę człowieka i rozmawiać z klientami, tak że nie jest on się w stanie zorientować, z kim rozmawiają. Lista tych osiągnięć AI jest długa i coraz dłuższa.
Ale co z ludzką inteligencją i wiedzą? Z lenistwa pozwalamy zastępować się oprogramowaniu przy pisaniu i nie tylko odnośnie ortografii. Smartfonom zastępuje nasze myślenie przy szukaniu drogi dojazdowej, kalkulatory i aplikacje wyliczają za nas nie tylko  podatki.  Różne systemy zadaniowe pamiętają za nas co i kiedy. Czy mając coraz mniej do pamiętania i wykonując coraz mniej i coraz mniej skomplikowanych operacji  nie obniżamy naszych możliwości intelektualnych?  
Jeśli w przyszłości nie mamy być sprowadzeni do roli dostarczyciela danych czy naciskaczy przycisku OK. Powinniśmy popracować nad poprawieniem własnych możliwości.
ZATEM UCZENIE STANIE SIĘ KONIECZNOŚCIĄ  i HASŁO UCZ SIĘ LUB ZGIŃ ZA NIEGŁUGO BĘDZIE OCZYWISTOŚCIĄ (może nawet oczywistą).
Ale żeby uczenie było efektywne powinniśmy głęboko przemyśleć odpowiedź na następujące pytania:

  • Czego się uczyć?
  • Jak się uczyć?
  • Z jakich materiałów korzystać?
  • Z kim?
  • W jakim środowisku?

Bo nie ulega wątpliwości że czasu intensywnej nauki tylko w młodości odchodzą do lamusa. W naszych czasach a jeszcze bardziej w przyszłości jedyną szansą jest  uczenie się całe życie i to uczenie się intensywne. Zapraszam do dyskusji.

W blogu Spostrzeżenia 2018/09/15 - 15:54 Źródło

Parlament Europejski poparł projekt dyrektywy w sprawie praw autorskich na jednolitym rynku cyfrowym. Niektórzy uwierzyli, że politykom chodzi o „sprawiedliwe” wynagradzanie twórców treści. Niektórzy politycy to sami pewnie nie wiedzą, o co naprawdę chodzi. A chodzi o stworzenie instrumentów prawnych kontroli dystrybucji treści.
 
Tak jak progresywny podatek dochodowy służy bardziej de facto jako pretekst do inwigilacji podatników niż do jakiejś tam „sprawiedliwej redystrybucji” dochodu narodowego. Tak samo będzie z #LinkTax.
„Jak coś może pójść źle, to na pewno pójdzie” – głosi Prawo Murphy’ego. Z RODO też podobno nie chodziło o to, by się rodzice nie mogli telefonicznie dowiedzieć w szpitalu po katastrofie autobusu, co się dzieje z ich dziećmi. A jak w coś są zaangażowani politycy, a na szali leży wolność, to można mieć pewność, że coś pójdzie źle – czyli w kierunku ograniczenia tej wolności.
A przepisy RODO, w porównaniu ze słynnym art. 13 nowej Dyrektywy, to bardzo jasne i precyzyjnie napisane prawo!
Artykuł 13 Dyrektywy dotyczy „Korzystania” z treści nie tylko utworów, ale i „innych przedmiotów” objętych ochroną zamieszczanych przez „użytkowników”. „Dostawcy usług społeczeństwa informacyjnego” podejmują „środki” takie jak „stosowanie skutecznych technologii rozpoznawania treści”.
Dokładnie brzmi to tak: „Dostawcy usług społeczeństwa informacyjnego, którzy przechowują i zapewniają publiczny dostęp do dużej liczby utworów lub innych przedmiotów objętych ochroną zamieszczanych przez swoich użytkowników, we współpracy z podmiotami praw podejmują środki w celu zapewnienia funkcjonowania umów zawieranych z podmiotami praw o korzystanie z ich utworów lub innych przedmiotów objętych ochroną bądź w celu zapobiegania dostępności w swoich serwisach utworów lub innych przedmiotów objętych ochroną zidentyfikowanych przez podmioty praw w toku współpracy z dostawcami usług”
Ale spójrzmy na przepisy ustaw: o policji, o kontroli skarbowej, o CBA, o ABW i Agencji Wywiadu! Na ich podstawie służby specjalne będą miały dostęp do tego wszystkiego, do czego chcą mieć dostęp „podmioty praw”, nie na zasadzie „współpracy” tylko z mocy prawa. I jeszcze sami zapłacimy za rozwój tych „środków” i „technologii” w rachunkach od „dostawców”.
Jak zawsze pokazywane są krótkookresowe dobroczynne skutki regulacji – te które widać. Ci którzy korzystają z czyjejś twórczości mają za to twórcom płacić. Ale są i takie skutki, których początkowo nie widać. Tylko ilu zwolenników „sprawiedliwego dzielenia” czytało Bastiata „Co widać i czego nie widać”? A nie widać, że jesteśmy na „Drodze do Poddaństwa”, o której pisał Hayek. Dopiero za jakiś czas zobaczymy, że nie możemy czegoś opublikować lub przeczytać z powodu „ochrony praw autorskich”. Więc hasztag #Acta2 jest jak najbardziej adekwatny – choć jeszcze tego nie widać.

W blogu Spostrzeżenia 2018/09/13 - 23:32 Źródło

Żyjemy w takich ciekawych czasach, w których jednocześnie mamy za mało czasu na wszystko, co chcemy lub powinniśmy, ale zarazem musimy przyznać, że zasób czasu powiększa nam się znacząco, bo i pomaga nam w tym technologia w pracy i w codziennym życiu, i zwyczajnie dłużej żyjemy. A jednak w sprawie czasu – nie czujemy się komfortowo.  Może trzeba do tego jeszcze inaczej podejść?
W naszych zawodowych sprawach zasób uwolnionego czasu teoretycznie „zwiększa się” nie tylko dzięki automatyzacji i robotyzacji, ale także dzięki temu, że procesy przebiegają w sposób coraz bardziej efektywny. Coraz więcej zadań możemy też oddać na zewnętrz, do wyspecjalizowanych firm, więc nie musimy nimi zarządzać w firmie, choć pozostaje nam oczywiście zarządzanie kontraktem z tą firmą. Teoretycznie też model pracy zespołowej – uważany obecnie za najbardziej pożądany w firmach – sprzyja oszczędzaniu czasu, bo nie musimy samodzielnie do wszystkiego dojść, lepiej możemy korzystać z cudzej – członków zespołu - wiedzy, inteligencji, twórczości. To teoria, która działa, gdy praca zespołowa funkcjonuje, a jak wiemy w praktyce często bywa to rzadkością.
Ponieważ coraz więcej czasu mamy na ważne zadania, winniśmy być mądrzejsi niż teraz. Jak to uzyskać? 
Żyjemy coraz dłużej. Najnowsze badania dowodzą, że zmiany w oczekiwanej długości życia zachodzą coraz szybciej i na coraz szerszą skalę, już nie tylko w krajach najbardziej zaawansowanych. Ludzie urodzeni po 1970 roku bardzo prawdopodobne że dożyją ponad 80 lat, a kolejne pokolenia przekroczą 100 lat życia. W skutek tych zamian tradycyjny model trzyetapowego podziału życia na okres dzieciństwa i dorastania, kiedy to i uczymy się do około 25 roku życia, potem dorosłości, kiedy przez następne około 40 lat pracujemy, a następnie starości kiedy to odpoczywamy na emeryturze przez średnio 15-20 lat staje się coraz mniej aktualny. Zmiany demograficzne i długie życie trwające 20 lat dłużej powodują, iż musimy  przystosowywać się do dłuższego życia i posiadania większej ilości czasu. Jakie są tego skutki? Co z tym czasem robić? Co w tym czasie robić? Jakie to ma skutki dla firm? Jakie to ma skutki dla pracowników?
100 lat to krótki czas w historii, ale jak duże i szybkie zmiany zachodzą w takim okresie pokazało ostatnie 100 lat. Kolejne 100 lat przyniesie jeszcze większe i bardziej dynamiczne zmiany. Ciała nasze  jednakże aż tak szybko nie ewoluują. W takim środowisku ludzie nieprzerwanie pracować na najwyższych obrotach zamiast 40 to przez 60 i więcej lat raczej się nie dadzą rady, więc konieczna jest zmiana trzy etapowego stylu życia na model fazowy. Pominąwszy fakt prawdopodobnego coraz większego „ulepszania” naszych ciał powstaje pytanie, które sobie zajdą niektórzy - czy wydłużymy któryś z trzech etapów życia czy pojawi się ich więcej? Co będzie sprzyjać lepszemu funkcjonowaniu w pracy, w warunkach, o których napisałem wyżej.
Ja skłaniam się ku teorii, iż etapów życia może nie będzie dużo więcej, ale będą występować na przemian: nauka, odpoczynek, praca, odpoczynek, nauka, …. i nie będą te etapy bezpośrednio związane z okresami rozwojowymi człowieka wiekiem tj. dzieciństwem, dorastaniem, dorosłością czy starością.
Taki fazowy model życia składać się będzie z następujących po sobie okresów uczenia się, odpoczynku, pracy, odpoczynku, uczenia się, itd.  Każda z faz składać się będzie z etapów – poznawczego - kiedy to poznajemy i utwierdzamy się w tym co chcemy robić w następnej fazie, przygotowawczego - kiedy to decydujemy i przygotowujemy się do tego co sobie zaplanowaliśmy,  rozwoju – kiedy rozwijamy swoje kontakty, relacje, umiejętności i kompetencje, dojrzewania – kiedy osiągamy nasze maksimum w każdej z dziedzin życia aż dochodzimy do punktu kiedy to już się nie rozwijamy, i transformacji – kiedy to przygotowujemy się do zmiany, wygaszamy naszą dotychczasową aktywność i szukamy tego, co chcielibyśmy robić w kolejnej fazie. Każda z faz i każdy z jej etapów będzie pełnoprawną częścią życia i zawierać będzie elementy takie jak praca i życie prywatne. Tylko wtedy nie będziemy uczenia czy pracy traktować po macoszemu. Nie będziemy też wyrywać czasu sferom pracy lub życia prywatnego, ciągle mając wyrzuty sumienia, że tym sferom coś zabieramy. Dawna koncepcja „work-life balance”, stawiająca za cel odnalezienie równowagi pomiędzy pracą a życiem prywatnym, jest już nieaktualna, a najlepszym dowodem jest właśnie ten dyskomfort, że ciągle którejś sferze zabieramy należną mu część czasu, a i tak nie starcza czasu na wszystko. Ale takim dowodem jest też niepokój, co będę robić w tak przedłuży mi się życie, bo czy moje kompetencję będą stosowne do zmieniających się wymogów. Czy moje zdrowie pozwoli mi na takie ciągłe zmiany?
Dzisiaj potrzebna jest taka koncepcja równowagi, która stawia sobie za cel odnalezienie równowagi pomiędzy "pracą", „uczeniem się”, a „życiem prywatnym” jednocześnie, a także w kolejnych następujących po sobie etapach życia.
To, czego się nauczymy na początku życia, nie wystarczy nam na jego resztę. W trakcie życia wiele razy przestaniemy zajmować się czynnościami, którymi zajmowaliśmy się wcześniej, a poznamy i nauczymy się nowych umiejętności pozwalających robić coś innego czy bardziej wartościowego, dającego większą swobodę finansową i interesującego lub rozwijającego albo po prostu częściej odpoczywać. Staniemy się bardziej elastyczni i wartościowi dla firm. Dynamicznie zmieniająca się rzeczywistość i nasze umiejętności oraz zainteresowania spowodują, iż częściej będziemy zmieniać miejsce życia, pracy i odpoczynku, a także zmieniać sposób życia i role, jakie będziemy pełnić w tych aktywnościach.
W najbliższych latach zarządzający organizacjami i procesami poszukiwać będą ludzi mających pomysły i wysokie kwalifikacje oraz nowe kompetencje. Ludzi otwartych i kreatywnych. Gotowych na zmiany, umiejących improwizować i szukać rozwiązań korzystając z najnowszych zdobyczy technologii. Zarządzanie procesami i ludźmi oraz uwolnionym czasem będzie polegało już nie tylko na tym, aby go optymalnie wykorzystać do realizacji dotychczasowych zadań, ale też aby wkomponować ludzi w dynamiczne zmieniające się procesy szybko rozwijających się firm, w których współpracują szybko zmieniający się ludzie z zautomatyzowanym oprogramowaniem i robotami w wielopokoleniowych i zróżnicowanych kulturowo zespołach.
 
Bartosz Radziszewski

W blogu Spostrzeżenia 2018/09/10 - 23:07 Źródło

Business Dialog Bulletin - widok książki

Premium Drupal Themes by Adaptivethemes