Przejdź do treści
Zapraszamy

Czytelników, rozmówców na forum, Autorów, Blogerów, Redaktorów,...

Przeczytaj o możliwościach korzystania z witryny i współpracy

Salon Business Dialog Klub Inspirations Klub Dialog CIO Business Meeting Point Kwintesencja Projekty Business Dialog

W blogu Spostrzeżenia

Blog Iwony D. Bartczak

Takie sytuacje nie są niczym wyjątkowym. Szef wymaga, jednocześnie siebie wystawiając poza nawias tych wymagań.  A to dotyczy to spóźnień, a to mówienia tylko prawdy, a to konieczności uzasadniania decyzji itd. Co z tym robicie Panie i Panowie w swojej pracy? Ja mam łatwo, bo wszystko od razu widać na mojej ... (tu należy wstawić antonim do słowa buzia). Hamowanie się nic nie daje, mam taki gen, a może jakiegoś genu nie mam? Diabli wiedzą.
Znacie to? Jeśli znacie, to poczytajcie: Nowy trener wybitnego kopacza piłki R. Lewandowskiego, zabrania zawodnikom korzystania z telefonów na terenie ośrodka treningowego. To chyba dobrze. Wprowadził też 7 innych żelaznych zasad. Szkopuł w tym, że siódma kłóci się z pierwszą, albo trener nie należny do kolektywu? Tak źle i tak niedobrze.
1. Ja rządzę w klubie 2. Codzienne testy krwi dla piłkarzy 3. Trening ważniejszy od zadań marketingowych 4. Zaszczepić u piłkarzy gen wygrywania i głód sukcesów 5. Nie wolno odrzucać rad ekspertów 6. Piłkarze muszą pilnować diety 7. Kolektyw jest ważniejszy od indywidualności

Albo jeszcze takie kwiatki: Bio genetyk od siedmiu boleści (patrz punkt 4), albo pkt 5 i 6, które mogą rozbawić największego ponuraka.
Ja wymiękam przy logice na poziomie durnym szczególnie, jak gość dostaje kosmiczną kasę, ma odpowiadać za gigantyczny biznes, a bredzi jak by był po poważnym wylewie.
http://www.sport.pl/pilka/7,65081,23787964,bundesliga-niko-kovac-wprowadzil-zakaz-dla-pilkarzy-bayernu.html#Z_BoxSportCz
W blogu Spostrzeżenia 2018/08/16 - 08:03 Źródło

Już na finiszu przygotowyń raportu CFO 2018 o najważniejszych zadaniach dyrektorów finansowych – tych które faktycznie wykonują i tych, które powinni wykonywać, ale nie dzieje się tak – na bazie wyników z badania w Klubie Dyrektorów Finansowych „Dialog”, pojawił się problem….. no właśnie, z nazewnictwem czy z rozumieniem?
Jak się nazywa dział, departament czy po prostu zespół, którego szefem jest  dyrektor finansowy? Dział finansowy? Finanse? Dział ekonomiczny? A może dział finansowy-księgowy?
Pewnie zauważyliście, że zwrot „finanse” rzadko kieruje uwagę rozmówców na podmioty realnej gospodarki. Na ogół wtedy myślą o bankach, funduszach, rynku kapitałowym. Trzeba dopowiedzieć „finanse w firmie”.
Dział finansowy jednak też brzmi niejednoznacznie. Czy księgowość wchodzi w jego skład? A conrolling? A administracja? A zakupy?
Zwłaszcza problem jest z tą księgowością, która wydaje się jakimś osobnym bytem, serwitutem biznesu na rzecz organów państwowych, czy więc godzi się, aby CFO, człowiek od biznesu, troszczący się o wyniki firmy, patrzący w przyszłość, zajmował się też księgowością? No, ale zajmuje się.
Często pojawia się więc zwrot „dział finansowo-księgowy”. Gdy słyszy go Bartosz Radziszewski, człowiek zarządzający Klubem Dyrektorów Finansowych „Dialog”, wówczas otwiera mu się scyzoryk w kieszeni i ma chęć zaciukać mówiącego. Nie ma, nie ma czegoś takiego jak dział finansowo-księgowy!!!!! Księgowość to wąska specjalizacja wchodząca w skład rachunkowości, a ta z kolei wchodzi w skład finansów. A w rachunkowości jest jeszcze kalkulacja, sprawozdawczość, rachunkowość zarządcza, itd. Dlaczego niby księgowość ma być wyróżniona w nazwie, a rachunkowość nie???
W raporcie więc – oraz we wszelkiej komunikacji dotyczącej TEGO działu w firmie – używamy zwrotu „dział finansowy”.
Ale jako ciekawostkę warto przejrzeć wizytówki dyrektorów finansowych i zapoznać się z nazwami jego stanowiska.  Ciekawe historie firm się pod nimi kryją albo….. właśnie niezrozumienie roli?
A więc są to:
CFO, dyrektor finansowy, wiceprezes ds. finansowych – to banalne i najczęstsze
Dyrektor finansowo-administracyjny (pewnie zakupy na jeszcze w swojej jurysdykcji)
Dyrektor ekonomiczno-finansowy (znaczy więcej niż finansowy, ale o co więcej)
Menedżer finansów i operacji
Dyrektor ds. ekonomicznych, dyrektor ekonomiczny
Dyrektor ds. finansów i controllingu
Dyrektor ds. finansowo-księgowych (tak, tak, bardzo często)
 
Dyrektor pionu/departamentu/biura zarządzania finansami
Szef finansów
Dyrektor Finansowy i Strategii (hmm, dyrektor strategii, to brzmi jak ministerstwo przedsiębiorczości…)
Dyrektor finansów i IT
Dyrektor finansowy księgowości (!!!!! wielkie korpo, żeby nie było że jakaś prowincjonalna firemka)
Dyrektor finansów, kontroli i planowania (też duże korpo)
Dyrektor finansowy, sekretarz spółki (wcale nie tak rzadko, zwłaszcza we francuskich firmach).
No, jest w czym wybierać!

W blogu Spostrzeżenia 2018/08/12 - 00:38 Źródło

W swojej działalności audytorskiej niejednokrotnie spotykam się z przykładami podmiotów i osób, które za wszelką cenę chcą jak pijawki wessać się do uczciwie działających podmiotów. Nie dziwi mnie już to, że niczym babcie na wnuczka dają się nabierać pojedynczy szefowie firm czy działów, ale że niejednokrotnie czynią to cale gremia rad nadzorczych z zasiadającymi w nich doktorami, profesorami, inżynierami, etc.

W Pepsico, gdzie rozpoczynałem swoją karierę w księgowości i finansach, mój wspaniały szef Peter Valentine, który wtedy jeszcze do mnie zwracał się per "young man", uczulał mnie, że najgorszą rzeczą, jaka może spotkać kontrolera finansowego, jest stwierdzenie, że już ma tak dobre procedury i narzędzia, że jest w stanie zidentyfikować w firmie każdy przekręt. Niestety zbyt długie przebywanie w gronie osób, które już "wszystko robią dobrze", powoduje, że znieczulamy się na podstępne działania, które są nie wyczuwalne jak krople wody sączące się w podłączanej nam kroplówce.

3 przyklady. Małomiasteczkowa firma o kilkunastomilionowych obrotach. Mały 5-osobowy dział księgowości, którym kieruje zbliżająco się wiekowo do emerytury księgowa. Z uwagi na konieczność tzw. dogłębnego nadzoru nad podległymi jej pracownikami otrzymuje bardzo szerokie uprawnienia, łącznie z możliwością modyfikacji kont dostawców. Po kilkunastu latach dopiero okazuje się, że zmieniała numery kont na swoje prywatne i na emeryturę uciułała sobie kilka milionów złotych.

Przykład nr 2. Firma ma świetne procedury. Sprawdza każdy detal, jeździ do dostawców, sprawdza im papiery, jeździ na rampy kolejowe. Niestety nie dostrzega jednego, że dostawca ma 2 obiegi - jeden ustawiony na pokaz i drugi, nastawiony na karuzelę podatkową. Koszty pokazówki są niewielkie w stosunku do tego, co udaje się zarobić na VAC-ie. Prokuratura pokazuje firmie bilingi z gpsów, z których wynika, że megatony przewożonego ładunku nie miały prawa dotrzeć do miejsca przeznaczenia w sytuacji gdy firma dysponowała tylko kilkoma autami.

Przykład nr 3. Przyjeżdza "kontrahent", pokazując patenty na rewolucyjny produkt, który przewróci świat energetyki do góry nogami. Patenty zgłoszono do Stanów, Niemiec i Francji. "Kontrahent" chcąć zademonstrować swoją wiarygodność proponuje Zarządowi, ażeby wspólnie pomodlić się do Pana Boga o błogosławieństwo przedsięwzięcia. Rok później nie odbiera telefonów, a firmie pozostaje tylko komornik...

Nie chciałbym z tego robić jakiejś wielkiej ideologii. Zwraca jednak uwagę, że cała paleta dostępnych szkoleń mało uwagi poświęca właśnie identyfikacji pozorów. Kładę akcent specjalnie na słowo "pozór", a nie oszustwo. Bo jak jest oszustwo, to możemy powiedzieć, że jest już pozamiatane.

Identyfikacja pozorów jest potrzebna zwłaszcza przy nawiązywaniu nowych relacji biznesowych i uruchamianiu nowych projektów. Myślę, że głównym sposobem pozostanie to, ażeby od razu "nie iść na całość" - dać sobie rok-dwa czasu, ażeby upewnić się, że procesy biznesowe naszego partnera nie są fuszerką. No i przede wszystkim  myślę, że w takim przypadku niestandardowe działania, w tym działania "z zaskoczenia" najlepiej pozwalają wykryć wirusa.

Wizytowałem ostatnio małą firmę koło Płocka, która dostarcza do gigantów na świecie. Szef tej firmy powiedział mi, że nadal (w dzisiejszych czasach) warto być uczciwym i postępować według najlepszych, sprawdzonych wzorców.  Niestety, jedną z naszych wad pozostaje NIECIERPLIWOŚĆ, która powoduje, że szukamy dróg na skróty. I właśnie takich, którzy chodzą na skróty lub próbują tak postępować, nadal musimy identyfikować. Niestety - nawet jeżeli ktoś dotąd nie chodził na skróty, nie znaczy, że nie zacznie... 

 

W blogu Spostrzeżenia 2018/08/11 - 09:40 Źródło

Bylo to około 18 lat temu, z ramienia firmy Elektrim udałem się na budowę jednego z osiedli mieszkaniowych pod Stambułem. Dyrektor Budowy uwrażliwiał naszą ekipę na specyfikę tamtejszej kultury, podając 2 przykłady.
Przykład 1. Zderzenie 2 aut na rondzie w Stambule. Policjant rozstrzyga o losach uczestników kraksy przyznając "negatywne" punkty. Już za samą obecność na rondzie dostaje się punkt. Polak, który "starł" się z Turkiem otrzymuje oto 3 punkty, Turek zaś 2. Polak trafia na 48 godzin do tureckiego więzienia. Zanim konsul zdola go wyciągnąć, zostaje kilkanaście razy zgwałcony...
Przykład 2. Normalna polska rodzina udaje się do Kapadocji. Zatrzymują się za potrzebą. Dziewczyny na lewo, chłopaki na prawo. Niestety Ci, co poszli na prawo, nie mieli szczęścia, bo osiusiali mur jednostki wojskowej. Owszem, było napisane na żółtej tablicy, że przebywanie tam grozi śmiercią. Efekt: ojciec rodziny śmiertelnie postrzelony z wieżyczki strażniczej przez snajpera.

Dziś Turcja nam również o sobie przypomina. Oto w kilka dni turecka lira osłabia się o około 20 procent, przybliżając się coraz bardziej do dzikich afrykańskich krajów, w których pieniędzmi pali się w piecu. A kapitał europejski żądny ponadprzeciętnych zysków trzyma w ryzykownych tureckich aktywach środki równoważne kilkuset milionów euro. Za chwilę Turcy obrażą się już nie tylko na policzkujące ich Stany, ale i na Europę i przepchną przez eurogranicę miliony afrykańskich uchodźców.

To też ostrzeżenie dla nas, że rządy jednej ręki koniec końców przypominają jednorękiego bandytę, a więc sprawiają, że coraz więcej okoliczności losowych skumulowanych w danym czasie i w danym miejscu, jest nie do opanowania.

Czy spotkamy znów Turcję pod Wiedniem? Nie zapominajmy, że to obecnie kraj posiadający jedną z najliczniejszych armii na świecie - nie będzie walczył na halabardy, kusze i dzidy. A człowiek głodny i zdziczały, nakręcony ideologią z czasów rewolucji październikowej (U! bez echa przechodzi setna rocznica) w pewnym momencie będzie miał gdzieś, czy polegnie pod Wiedniem, czy skona w nędzy w swojej ukochanej ojczyźnie rządzonej przez dyktatora.

Tak na marginesie, dobrze że ów dyktator ma jeszcze poczucie humoru, skoro zaleca obywatelom wymianę dolarów na lirę. Sam jestem ciekaw jak dużo lokalnej waluty trzyma on w swoich, skąpanych w złocie, rozsianych po kraju pałacach.

Ten wrzód się rozleje. Oby u nas tylko nie cuchnęło. Na razie PLN osłabło o 3%. Policzyłem szybko - gdyby turecka zaraza do nas dotarła, dolar kosztowałby 4,5, a nie 3,7.  

W blogu Spostrzeżenia 2018/08/11 - 09:40 Źródło

Pewno jak pytamy o wieczność, nasze myśli od razu uciekają do NIEBA ALBO PIEKŁA, a tymczasem i to zupełnie praktycznie możemy spotkać pewne rozwiązania, które już na ziemi pozwalają myśleć o wieczności. 
Jedną z takich "rzeczy" są wartości niematerialne i prawne. Oto w jednej z badanych przeze mnie spółek spotkałem się z dozwolonym przez międzynarodowe standardy rachunkowości rozwiązaniem, zgodnie z którym spółka oferująca różne usługi niematerialne założyła, że jej bazowy program będzie nieśmiertelny i będzie oferował nieskończony w czasie potencjał sprzedażowy. Skoro tak, to wartość tego aktywa niematerialnego nie podlega (bo może nie podlegać) amortyzacji.
Wartość Niematerialną i Prawną w takim przypadku można przyrównać tylko do Pana Boga. Bo w praktyce dzieci tego programu okazały się śmiertelne i jednak podlegają już amortyzacji. Podobnie próby ulepszenia Pana Boga również okazały się śmiertelne i też podlegają amortyzacji.
Żeby na ziemi być lub mieć coś nieśmiertelnego, trzeba więc naśladować ideały lub samemu być ideałem! Skoro więc teoria pozwala na nieśmiertelność, a praktyka ją uzupełnia, jak w ujęciu księgowym można zdefiniować nieśmiertelność? Przede wszystkim to coś, czego nie możemy dotknąć, ale będzie "to" w stanie przynosić stabilny strumień dochodów do końca świata.
Jak już pisałem - w analizowanej przeze mnie spółce nie zaobserwowałem prób powiększenia wartości tego, co nieśmiertelne. Czy stanowi to jakąś podpowiedź, że skarby lepiej gromadzić w NIEBIE, a nie na ziemi? Być może tak. Jest i druga strona medalu. Skoro stworzyłem coś prawie idealnego, co będzie mnie pożywiać do nieskończoności, jakąż mogę mieć motywację, żeby powiększać taką wartość nie materialną jeszcze na ziemi? Niewielką. To stanowi pewną podpowiedź: stwórzmy wartość, która będzie tylko nas  pożywiać na ziemi, a resztę (inne wartości) twórzmy po to, żeby pożywić innych.
Niestety nie ma paraboli z WNiP do świata materialnego. Po prostu nie ma materialnego perpetum mobile. Nawet w ujęciu księgowym, no chyba że kiedyś samochody będą jeździć same, nawet bez paliwa na wodór, ale wtedy cały świat musiałby być "z górki". Nie wykluczajmy jednak i tej hipotezy, bo niektórzy rzeczy niemożliwe załatwiają od ręki...  
A co dla mnie praktycznie znaczy nieskończoność? Co prawda wszystko jest względne, ale dla mnie to 40 lat. Po takim właśnie okresie pielucha za złotówkę, w którą przewijała mnie mama miałaby realną wartość 1 grosza (przy średnioważonym koszcie kapitału 12,5%). 
 

W blogu Spostrzeżenia 2018/08/03 - 12:02 Źródło

Szanowni i mili.
Mnie zmiana czasu przeszkadza – jeśli letni  lepszy, to zostańmy przy nim na stałe, a zimą dzień tak krótki, że to żadna różnica, o której wstaniemy.
Oczywiście, każdy może mieć swoje zdanie w tej sprawie.
Co więcej, może je jeszcze przez kilka dni znacząco wyrazić, bo UE prowadzi właśnie konsultacje w tej kwestii.
Poniższy link prowadzi do strony, na której znajdziecie polski kwestionariusz, i możecie się wypowiedzieć. To zajmie kilka minut. Zachęcam.
https://ec.europa.eu/info/consultations/2018-summertime-arrangements_pl
 
Pozdrawiam gorąco

W blogu Spostrzeżenia 2018/08/02 - 20:40 Źródło

„Jeżeli kiedykolwiek zrobisz coś dobrego, to to coś wróci do Ciebie i kopnie Cię w d….ę” – tak moja serdeczna przyjaciółka niedawno skomentowała swoją rodzinną „przygodę”. Przyznam, że mi się włos na głowie zjeżył. Bo jak to – przecież trzeba i warto robić różne dobre rzeczy. Prawda? Bo „dobre wraca”, bo „wypada”, bo „jesteśmy ludźmi”, bo… powodów jest całe mnóstwo.
„Zachowuj się ładnie”, „bądź miły / miła”, „nie rób tak”, „to nie jest fajne” – takie i podobne komunikaty słyszymy od wczesnego dzieciństwa. I dobrze wiemy, że należy być miłym. Niektórzy mają to tak mocno wdrukowane, że nawet prosty sprzeciw nie przechodzi im przez gardło. Wszyscy znamy takie osoby. Czasem jest to koleżanka, która zawsze pomoże a czasem np. dziadkowie, którzy zawsze zaopiekują się wnukami. Pewnie macie więcej przykładów.
 W kulturze organizacji
Trafiam czasem w swojej pracy na organizacje, w których jest „kultura bycia miłym”. Ludzie się nie konfrontują, nie protestują, nie przekazują tej rozwojowej / korygującej części informacji zwrotnej. Spotkałam osoby, które w takich organizacjach pracują po kilkanaście lat.
 Warto?
Ale czy bycie miłym na pewno się sprawdza? Czy to jest faktycznie „klucz do szczęścia międzyludzkiego”? Skąd opinia, którą zacytowałam w pierwszym zdaniu? I dlaczego osoby pracujące w „miłych” organizacjach nie są super szczęśliwymi profesjonalistami?
Z badań wynika, że to, co sprawia, że jesteśmy postrzegani jako kompetentni, i że czujemy się dobrze jest wynikiem… powtarzania w różny sposób informacji, które wszyscy już znają! Oraz dyskutowania o dawno potwierdzonych faktach. Więcej – informacje, dostarczające dowodów na poparcie tego, co mówimy, uważamy za ważniejsze niż przeczące naszym opiniom. Potakiwanie i aprobata sprawiają, że „wyłączamy” krytyczne myślenie. Jest miło…
 Konsekwencje…
Pewnie już widzicie, że bycie miłym nie prowadzi do poszukiwania kreatywnych rozwiązań i przyglądania się nowym możliwościom. Ale zaraz – przecież bycie miłym oznacza poważanie i szacunek dla innych… Hmmm…czy aby na pewno?
Czym jest szacunek – słuchaniem i potakiwaniem? Czy słuchaniem i podejmowaniem dyskusji, pokazywaniem swojego – innego od rozmówcy – punktu widzenia oraz przedstawianiem nowych argumentów? Przecież pomysły wykluwają się zwykle poza strefą komfortu, często w niewygodzie i na pograniczu konfliktu.
 A co, jeśli faktycznie
„wróci i kopnie w d…ę”?
Z każdej takiej sytuacji wynosimy jakąś wiedzę. A potem korzystamy z niej…różnie. Czasem bywamy zbyt mili nawet wtedy, kiedy spodziewamy się niefajnego zakończenia. Ale łatwiej przetrwać konsekwencje kiedy robimy to „z pełną świadomością czynu”;-)
Jeśli bycie miłym zbyt często się nie sprawdza możesz popracować z coachem. I zastanowić kiedy chcesz być miły / miła a kiedy jednak nie.
 
Życzę, by bycie miłym wracało do Was tylko w postaci dobra. Oraz zapraszam do zajrzenia w inne teksty mojego bloga: www.PrzyjaznyCoaching.pl

W blogu Spostrzeżenia 2018/07/27 - 13:19 Źródło

„Jeżeli kiedykolwiek zrobisz coś dobrego, to to coś wróci do Ciebie i kopnie Cię w d….ę” – tak moja serdeczna przyjaciółka niedawno skomentowała swoją rodzinną „przygodę”. Przyznam, że mi się włos na głowie zjeżył. Bo jak to – przecież trzeba i warto robić różne dobre rzeczy. Prawda? Bo „dobre wraca”, bo „wypada”, bo „jesteśmy ludźmi”, bo… powodów jest całe mnóstwo.
„Zachowuj się ładnie”, „bądź miły / miła”, „nie rób tak”, „to nie jest fajne” – takie i podobne komunikaty słyszymy od wczesnego dzieciństwa. I dobrze wiemy, że należy być miłym. Niektórzy mają to tak mocno wdrukowane, że nawet prosty sprzeciw nie przechodzi im przez gardło. Wszyscy znamy takie osoby. Czasem jest to koleżanka, która zawsze pomoże a czasem np. dziadkowie, którzy zawsze zaopiekują się wnukami. Pewnie macie więcej przykładów.
 W kulturze organizacji
Trafiam czasem w swojej pracy na organizacje, w których jest „kultura bycia miłym”. Ludzie się nie konfrontują, nie protestują, nie przekazują tej rozwojowej / korygującej części informacji zwrotnej. Spotkałam osoby, które w takich organizacjach pracują po kilkanaście lat.
 Warto?
Ale czy bycie miłym na pewno się sprawdza? Czy to jest faktycznie „klucz do szczęścia międzyludzkiego”? Skąd opinia, którą zacytowałam w pierwszym zdaniu? I dlaczego osoby pracujące w „miłych” organizacjach nie są super szczęśliwymi profesjonalistami?
Z badań wynika, że to, co sprawia, że jesteśmy postrzegani jako kompetentni, i że czujemy się dobrze jest wynikiem… powtarzania w różny sposób informacji, które wszyscy już znają! Oraz dyskutowania o dawno potwierdzonych faktach. Więcej – informacje, dostarczające dowodów na poparcie tego, co mówimy, uważamy za ważniejsze niż przeczące naszym opiniom. Potakiwanie i aprobata sprawiają, że „wyłączamy” krytyczne myślenie. Jest miło…
 Konsekwencje…
Pewnie już widzicie, że bycie miłym nie prowadzi do poszukiwania kreatywnych rozwiązań i przyglądania się nowym możliwościom. Ale zaraz – przecież bycie miłym oznacza poważanie i szacunek dla innych… Hmmm…czy aby na pewno?
Czym jest szacunek – słuchaniem i potakiwaniem? Czy słuchaniem i podejmowaniem dyskusji, pokazywaniem swojego – innego od rozmówcy – punktu widzenia oraz przedstawianiem nowych argumentów? Przecież pomysły wykluwają się zwykle poza strefą komfortu, często w niewygodzie i na pograniczu konfliktu.
 A co, jeśli faktycznie
„wróci i kopnie w d…ę”?
Z każdej takiej sytuacji wynosimy jakąś wiedzę. A potem korzystamy z niej…różnie. Czasem bywamy zbyt mili nawet wtedy, kiedy spodziewamy się niefajnego zakończenia. Ale łatwiej przetrwać konsekwencje kiedy robimy to „z pełną świadomością czynu”;-)
Jeśli bycie miłym zbyt często się nie sprawdza możesz popracować z coachem. I zastanowić kiedy chcesz być miły / miła a kiedy jednak nie.
 
Życzę, by bycie miłym wracało do Was tylko w postaci dobra. Oraz zapraszam do zajrzenia w inne teksty mojego bloga: www.PrzyjaznyCoaching.pl

W blogu Spostrzeżenia 2018/07/27 - 13:19 Źródło

Szanowni uczestnicy Business Dialog, jako w większości dyrektorzy finansowi lub szefowie firm, pewnie wiecie, że bankier to taki człowiek, który pożycza ci parasol kiedy jest piękna pogoda, a kiedy zacznie padać natychmiast żąda jego zwrotu (Mark Twain). Dzisiaj zostało to przesunięte do granic absurdu poprzez systemy informatyczne. Poniżej znajduje się kilka moich rad, doświadczonego informatyka, niegdyś bankowca, na temat gospodarowania swoimi finansami, ze szczególnym uwzględnieniem jak odbierana jest przez banki nasza aktywność w sieci. Dzisiejsze systemy bankowe, tzw. systemy skoringowe, oceniają ciebie, potencjalny kredytobiorco, w każdej chwili i na podstawie zachowania w każdym momencie. Na przykład, biorą pod uwagę nie tylko twój wiek, wykształcenie i dochody, ale także historię twojego konta, twoje wydatki, twoje wypowiedzi w mediach społecznościowych i - zwłaszcza - twoje zachowania w globalnej sieci.
Dodatkowo, pamiętaj, wszystkie twoje decyzje kredytowe są odnotowane w Biurze Informacji Kredytowej - jest tam historia każdego kredytu, ale także każda zaległość, każda niedopłata, itd. Cena zobowiązań, które zaciągniesz w przyszłości (stopa procentowa i prowizja) zależy od każdego z tych elementów. System skonstruowany jest tak, że najwięcej za pożyczki płacą ci, którzy ich najbardziej potrzebują i są najbardziej zdesperowani. Dlatego tak istotne jest świadome kształtowanie swojego "wizerunku finansowego" w Internecie. A więc: 1. Nigdy, przenigdy nie wyszukujemy w internecie fraz takich jak "szybka poż yczka" albo "kredyt bez B1K" (zwróćcie uwagę na błędy, które robię wpisując te frazy publicznie pod swoim imieniem i nazwiskiem, to na razie wystarcza, aby ogłupić takie systemy). Jeśli już musimy wyszukać - włączamy tryb prywatny przeglądarki. 2. Kartę zawsze spłacamy do dna na koniec przewidzianego grace period. Jeśli ktoś nie ma na to kasy - polecam ogarnąć się; bezcenne są rady, których udziela Michał Szafrański na blogu "Jak oszczędzać pieniądze". 3. Nigdy, przenigdy nie dopuszczamy do niedopłaty raty kredytu lub spóźnienia się, zwłaszcza dłuższego niż 90 dni. 4. Nie piszemy nigdy pod nazwiskiem o swoich problemach finansowych w mediach społecznościowych. Jeżeli zasięgamy porad, to zawsze anonimowo, z dedykowanego konta, na które logujemy się w trybie prywatnym przeglądarki. 5. Nie dopuszczamy do nieposiadania żadnej pożyczki. Tak, tak - zawsze jakąś pożyczkę trzeba mieć - najlepiej (używaną) kartę kredytową albo (nieużywany) debet na koncie. Człowiek bez pożyczki nie ma historii kredytowej, człowiek bez historii kredytowej jest nikim. 6. Regularnie kontrolujemy się w BIK (tzw. informacja ustawowa). Czasami okazuje się, że jest tam odnotowywany jakiś rachunek, o którym dawno zapomnieliśmy, a gdzie bank właśnie wprowadził opłaty i "zapomniał" nas o tym poinformować. Ja np. tak uniknąłem poważnych problemów, w które chciał mnie wpędzić jeden z banków, który "zapomniał" zamknąć konto karty kredytowej przy likwidacji samej karty i naliczał opłaty. 7. Raz na jakiś czas wpisujemy w Google swoje nazwisko (najlepiej z przeglądarki otwartej w trybie prywatnym) i patrzymy, co o nas wie internet. Jeśli są jakieś fakty, których nie chcielibyśmy widzieć, wnioskujemy do Google o ich usunięcie. 8. Nie fotografujemy się i nie dopuszczamy do bycia fotografowanymi w sytuacjach wystawiających naszą reputację finansową na szwank. Co pod tym się kryje - każdy niech oceni sam; ja np. uważam, że jest to uprawianie niektórych sportów ekstremalnych. Pamiętajcie: 0,2% różnicy w stopie procentowej na kredycie hipotecznym w wysokości 150 tys. zł na 20 lat daje - bagatela - 3 tys. zł więcej odsetek do zapłacenia. Te 0,2% to mogą być jedne szalone wakacje, po których nie spłaciliśmy karty albo ciasteczko w naszej przeglądarce, które mówi, że kiedyś szukaliśmy niekłopotliwej pożyczki udzielanej bez sprawdzenia w wiadomym biurze.

Nie ma za co.

W blogu Spostrzeżenia 2018/07/23 - 21:43 Źródło

Bardzo ciekawy artykuł pojawił się w ostatnim anglojęzycznym  wydaniu HBR, który poświęcony jest zweryfikowaniu tezy, że startupy to domena łudzi młodych. Wykorzystując podejście data-based czyli oparte nie o przypuszczenia, domysły, hipotezy czy szacunki, ale o twarde dane okazało się, że ta teza nie wytrzymuje  testu empirycznego. Co więcej, okazało się iż największe sukcesy odnoszą startup’erzy w wieku około 45 lat.
Oczywiście mówiąc o startupach które skończyły się gigantycznymi sukcesami, mamy na myśli Microsoft Gatesa i Allena, Apple Jobs’a i Wozniaka, Google Brin’a i Page’a czy Amazon Bezos’a, z ich młodymi twarzami   Jest to typowy błąd poznawczy, błąd ekspozycji polegający na tym, iż przeszacowujemy znaczenie i reprezentatywność tego co łatwo nam się kojarzy, tego z czym często się spotykamy. Ale nawet i w tym przypadku warto zauważyć, że pasmo sukcesów Jobsa zaczęło się w drugim jego wejściu do Apple, kiedy to w wieku 52 lat jego pomysłodawcy, iPhone okazał się rynkowym strzałem w 10. A Amazon, zaczął świecić triumfy odchodząc od roli jedynie największej księgarni świata, kiedy to Bezos osiągnął owe 45 lat.
Dane wykorzystane w tym artykule pochodziły z Amerykańskiego Biura Statystycznego, i pokazały że w branży IT, kojarzonej z młodzieżą, twórcy udanych startupów mają przeciętnie ponad 40 lat, zaś w branży energetyki, surowców naturalnych ponad 47. Również 0.1% najszybciej rozwijających się startupów ma założycieli średnio w wieku 45 lat. Podobnie jest ze startupami, które mają największą sprzedaż, a także z tymi które zostały z sukcesem sprzedane lub zanotowały IPO. Dane są jednoznaczne i nie pozostawiają wątpliwości.
 
Można i należy zadać pytanie dlaczego tak się dzieje?
Moje hipotezy są następujące. Startupy upadają z dwóch zasadniczych grup powodów.

  • Po pierwsze bo ich pomysł/produkt/usługa/model biznesowy są chybione bo nie rozwiązują istotnych problemów klienta i/lub pokazują się za wcześnie lub za późno czy też mają niewłaściwą cenę.
  • Druga grupa gwoździ do trumny startupów, co kwestie zarządzania startupem jako firmą. Brak  należytego dbania o finansowanie, cash-flow, o szukaniu, kontaktowaniu i wsłuchiwaniu się w potrzeby klienta, troszczeniu się o sprzedaż i marketing. Umiejętne zarządzanie produkcją czy zasobami i kompetencjami firmy, docieraniu i zjednywaniu sobie partnerów.

Jak się wydaje, ale to wymaga zweryfikowania, startupy kończą swój żywot chyba częściej z powodu (2) niż (1).
Natomiast źródłem sukcesy startup’owców po 40, a dokładniej około 45 roku życia jest z dużym prawdopodobieństwem to, że ludzie ci przepracowawszy kilkanaście lub wręcz kilkadziesiąt lat, lepiej identyfikują problemy, bo często są to problemy ich firm lub ich branż, nad którymi inni nie umieli lub nie chcieli się pochylić. I nie tylko lepiej identyfikują problemy, ale też startupy kierowane przez nich dużo rzadziej schodzą z rynku z powodu (2). Jako że ich ojcowie założyciele mają już za sobą praktyczne doświadczenia biznesowe.
I gdybym miał z tych rozważań wyciągnąć jakiś stosowalny wniosek, to byłby on taki. Że warto łączyć w startupach pomysłową, twórczą młodość z doświadczeniem i wiedzą ludzi z biznesu. Czyli tworzenie mieszanki młodych ludzi +- 30 oraz + 40 a nawet +50. Takie startupy są wystarczająco innowacyjne, rozumieją biznes na tyle aby się rozwijać i nie popełniają błędów eliminujących je  z rynku.
 

W blogu Spostrzeżenia 2018/07/15 - 07:22 Źródło

Business Dialog Bulletin - widok książki

Premium Drupal Themes by Adaptivethemes