Przejdź do treści
Zapraszamy

Czytelników, rozmówców na forum, Autorów, Blogerów, Redaktorów,...

Przeczytaj o możliwościach korzystania z witryny i współpracy

Salon Business Dialog Klub Inspirations Klub Dialog CIO Business Meeting Point Kwintesencja Projekty Business Dialog

W blogu Spostrzeżenia

Blog Iwony D. Bartczak

Aby wyrównać szanse młodych trzeba ponoć opodatkować dochody i majątki rodziców niektórych z nich. Oczywiście tych, którzy talentem, pracą, akuratnością czy zwykłym szczęściem się czegoś dorobili. Jak w takim razie opodatkować rodziców tych dzieci, którzy zdobyli władzę? Owszem dzieci państwa Gatesów mają na starcie lepszą pozycję niż dzieci statystycznych państwa Smith, albo Johnson (najpopularniejsze nazwiska w USA). Ale dzieci państwa Clinton i Obamów, którzy walczyli o wyższe opodatkowanie państwa Gatesów, też będą miały na starcie lepszą pozycję. I co?
I to jest właśnie ten rodzaj nierówności, które naturalne nie są. To nie jest nierówność między mieszkańcami Xanadu 2.0 (tak Bill Gates nazwał swoją posiadłość nad Jeziorem Waszyngton) i mieszkańcami waszyngtońskich slumsów, lecz nierówność między nimi a mieszkańcem Białego Domu w tymże Waszyngtonie. Jest to prawie taka sama nierówność jaka była między mieszkańcem Wersalu, a jakiejś innej podparyskiej wsi.
To wraz z pojawianiem się pierwszych struktur państwowych 5000 lat temu zaniknął egalitaryzm. Wodzowie mogli awansować kogo chcieli. Dziś, niestety, jest dość podobnie. I to jest większy powód do zmartwienia niż różnice wynikające z innych przyczyn.
Jak podkreśla Janusz Grzelak, w sytuacji współzależności ważne jest nie tylko to, jakie zyski i straty kto poniesie (czyli alokacja zasobów), ale także kto o tym decyduje i w jakim stopniu (czyli alokacja kontroli). Istota konfliktu nie zawsze przebiega na linii „ja – my”. W rzeczywistości społecznej występuje jeszcze jeden poziom, którym jest jakaś władza w danej grupie, organizacji czy państwie, mogąca wywierać wpływ na wybory dokonywane przez poszczególne jednostki i grupy. Istota konfliktu przebiega więc na linii „ja – my – oni”.
Największa nierówność polega na tym, że jedni posiadają władzę, a inni jej podlegają! Szczególna pozycja niektórych nie wynika bynajmniej z tego, że mają jakieś papiery wartościowe czy domy, ale z tego, że mają władzę! Niektórzy chcą tę nierówność zwiększyć i dać im jeszcze więcej władzy, by mogli niwelować nierówności.
Ci, którzy mają władzę, mogą powoływać i odwoływać prezesów urzędów państwowych, a czasami nawet największych przedsiębiorstw, bo w niektórych państwach – jak w Polsce – pozostają one we władaniu państwa, mogą decydować kto otrzyma jakie państwowe zamówienie. A niektórzy mają nawet kluczyk do skrzynek z kodami do rakiet atomowych. Są to ludzie żądni władzy, którzy niewiele potrafią poza uprawianiem walki o władzę.
Dlatego anarchiści i libertarianie uważają, że państwo trzeba zlikwidować. Marksiści co prawda też twierdzili, że kiedyś państwo zniknie, ale „przejściowo” za konieczne uznawali jego wzmocnienie i wprowadzenie „dyktatury proletariatu”. Oczywiście to nie proletariat sprawować miał dyktaturę, tylko jego „awangarda”. Pod tym względem nic się do dziś nie zmieniło. Najbardziej na walce z nierównościami korzystają ci, którzy są w awangardzie tej walki.
Z kolei liberałowie uważają, że choć państwo, co do zasady, jest ludziom przydatne, to jednak musi być ograniczone – żeby nie przerodzić się w dyktaturę jakiejkolwiek awangardy, bez względu czy miałaby to być awangarda proletariatu, bankierów, przemysłowców, ekonomistów, czy prawników.
Postulaty, by jeszcze bardziej zwiększyć zakres władzy są niebezpieczne dlatego, że to zwiększa najgorszą z istniejących nierówności, choć odbywa się pod hasłem zwalczania innych nierówności.
A skoro już dziś ci, którzy mają władzę, sypiają na prześcieradłach za 3000 euro – jak niechcący wyszło na jaw przy okazji awantury we Włoszech o rozliczenie organizacji szczytu G8, który miał odbyć się w 2009 roku na wyspie Maddalena koło Sardynii – to jakie prześcieradła będą sobie kupować, gdy ustanowią dyktaturę? Bardzo jestem ciekaw czy państwo Gates kupują sobie takie prześcieradła.

W blogu Spostrzeżenia 2020/01/14 - 22:48 Źródło

Kłaniam się wyszystkim uprzejmie..daawno temu, bo w maju 2015, puściłem tu artykulik o marnotrawieniu potencjału przedsiębiorczego osób dojrzałych:http://www.businessdialog.pl/profiles/blogs/m-ody-przedsi-biorczyA zaledwie parę dni temu pokazał się w "Wyborczej" artykuł "bezrobotni menedżerowie", gdzie bohater, b. dyrektor finansowy (!) poszukuje (nie zawsze skutercznie) pracy...Wątek, który mnie zainteresował, to fragment, który aż wieje dyskryminacją wiekową.Dodajmy, dyskryminacją a-merytoryczną, a nawet "anty".Co więcej.. Jeden z moich dobrych znajomy z BD, pracujący dla jednej z (ongiś?) najlepszych firm komputerowych został zwolniony (razem z wieloma innymi), bo firma "stawia na młodych".Nawet kosztem utraty biznesu. Mój sympatyczny kolega usiłuje znaleźć jakieś sensowne wytłumaczenie..Zobaczymy..>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>Jakie są wasze obserwacje?Czy dyskryminacja osób doświadczonych rzeczywiście jest powszechna? A może tylko częsta?Ciekaw jestem "mięsistych" historyjek..(ew. prywatnie, na telefon, jeśli ktoś woli..)

W blogu Spostrzeżenia 2020/01/09 - 22:27 Źródło

Awangarda klasy robotniczej miała uświadomić klasie robotniczej (“w sobie”) coś, czego ona sama sobie nie uświadamiała – żeby w końcu stała się klasą robotniczą “dla siebie”. Tak pisał Marks 1.0 – czyli Karol. Thomas – nazywany Marksem 2.0 – czyli Piketty i jego wyznawcy też chcą dziś uświadomić ludziom coś, czego oni sami sobie nie uświadamiają – że nierówności są nieakceptowane.
Na złość zwolennikom równości badania pokazują, że jest inaczej – pod jednym wszelako warunkiem: muszą wynikać z wkładu własnego.
Robert Nozick, proponuje byśmy wyobrazili sobie grupę studentów, którzy, przed ogłoszeniem ocen z egzaminu, zostali poproszeni o przydzielenie sobie samym ocen tak, aby ich suma miała wartość równą sumie ocen rzeczywiście wystawionych przez nauczyciela. Z pewnością w drodze negocjacji nie udałoby się im uzgodnić dokładnie takich samych ocen, jakie w rzeczywistości wystawił im nauczyciel. Gdyby mieli uzgodnić ogólne zasady rządzące taką dystrybucją, duże szanse miałaby zasada równości, dająca każdemu taką samą ocenę. Ale gdyby okazało się, że suma ocen zmienia się zależnie od tego, w jaki sposób zostanie rozdzielona, wówczas przekonująca mogłaby wydać się taka zasada dystrybucji ocen, która maksymalizowałaby oceny najniższe.
„Istota problemu decyzji, przed którą stoją ludzie wybierający zasady za zasłoną niewiedzy w sytuacji pierwotnej, skazuje ich na wybór teleologicznych zasad dystrybucji – pisze Nozick. Człowiek motywowany własnym interesem ocenia dowolną zasadę niebędącą zasadą teleologiczną na podstawie tego, co ta zasada daje jemu (…). W przypadku dowolnej zasady człowiek znajdujący się w sytuacji pierwotnej skupi uwagę na tej dystrybucji dóbr D, do której ona prowadzi, albo na dystrybucji prawdopodobieństwa na dystrybucjach D1,…Dn, do których może prowadzić, oraz na prawdopodobieństwach zajmowania każdej z pozycji w każdym z profilów Di, zakładając, że ta właśnie zasada ma obowiązywać”.
Dlatego tak intrygująca jest konfrontacja tego, co piszą o nierównościach ci, którzy je zwalczają, z tym co sądzą o nich ludzie, w imieniu których wypowiadają się ci pierwsi. Człowiek bowiem reaguje nie na taki świat jakim on jest, ale na taki, jakim go postrzega. A postrzega go różnie. „Bodziec staje się informacją sensowną poprzez jego porównanie i dopasowanie do dotychczasowego zapisu doświadczeń jednostki. Każda sytuacja, także sytuacja współzależności, może być więc spostrzegana i rozumiana różnie, w zależności od systemu pojęć jednostki, jej własnych schematów i skryptów”.
Jak wynika z badań Henryka Domańskiego, nierówności są akceptowalne przez większość społeczeństwa jako coś naturalnego. Najpierw pytał on ludzi, jakie zarobki uzyskuje się w określonych zawodach. A potem o to, jakie powinny być te zarobki. W większości przypadków pierwsza i druga hierarchia dokładnie się pokrywały. Polacy akceptują więc zróżnicowanie zarobków.
Choć psychologowie wiodą spór o interpretację wyników prowadzonych przez siebie badań, to wyraźnie zarysowuje się podejście do poczucia sprawiedliwości/niesprawiedliwości podziału jako analizy proporcji wkładów i zysków w wymianie społecznej.
Jak pisze Grzegorz Lissowski, „badania psychologiczne, które mają na ogół cel opisowo-weryfikacyjny, związane są przede wszystkim z teorią wymiany i dotyczą głównie związków między wkładami ludzi biorących udział w wymianie, a uzyskiwanymi przez nich efektami”. W wielokrotnie analizowanej na gruncie psychologii społecznej teorii Georga Homansa traktuje się zachowania społeczne jako wymianę nagród i kar. Różnice między nagrodami i karami stanowią zysk (profit) jednostki. Poczucie niesprawiedliwości pojawia się wówczas, gdy jednostka nie otrzymuje takich zysków, jakich oczekuje w porównaniu do zysków innych uczestników wymiany społecznej. Teoria niesłuszności Johna Adamsa podkreśla natomiast, że równość pomiędzy partnerami polega na proporcjonalności wkładów i wyników. Równość tę Adams ujmuje za pomocą formuły:
OP : IP = OA : IA
gdzie:
O (outcams) oznacza wynik,
I (input) oznacza wkład,
P (person) oznacza osobę,
A (another) oznacza innego uczestnika wymiany.
Brak akceptacji dla nierówności występuje wówczas, gdy osoba P postrzega, że proporcja jej wkładów (I) do wyników (O) jest różna od proporcji wkładów i wyników osoby A. Ocena danej decyzji alokacyjnej jest więc wynikiem procesu porównania społecznego. Teoria Adamsa oparta jest w dużym stopniu nie tylko na teorii wymiany społecznej Homansa, ale także na teorii dysonansu poznawczego Leona Festingera. Niesłuszność w badaniach Adamsa może być postrzegana właśnie jako szczególna forma tego dysonansu. Poczucie niesłuszności rodzi napięcia proporcjonalne do rozmiaru odczuwanej niesłuszności.
Do zmniejszania niesłuszności mają zastosowanie te same ogólne reguły co do dysonansu poznawczego. „Jeżeli dysonans istnieje pomiędzy dwoma elementami – pisał Festinger – może być wyeliminowany przez zmianę jednego z tych elementów”. Elementami odnoszącymi się do poczucia nierówności są wyniki i wkłady danej osoby i innego uczestnika wymiany oraz relacje między nimi.
Krystyna Skarżyńska uważa, że „dla oceny określonej reguły zastosowanej w decyzji alokacyjnej istotne są takie elementy sytuacji alokacyjnej jak: cele grupy, orientacja grupy, w której dzielone są dobra, rodzaj dzielonych dóbr i ich ilość, przyczyny zróżnicowania wyników i potrzeb członków grupy oraz rodzaj relacji interpersonalnych w grupie”. W grupach nastawionych na produktywność ekonomiczną najlepiej oceniane są decyzje alokacyjne uwzględniające w pierwszej kolejności wyniki poszczególnych jednostek. Jak pisze Skarżyńska „istnieje wiele dowodów empirycznych wskazujących na to, że podział dostosowany do poziomu wykonania pracy czy „wkładów” rzeczywiście zwiększa produktywność grupy”.
Można wyodrębnić kilka powodów, dla których wynagradzanie członków grupy proporcjonalnie do ich własnego wkładu do wyników grupy zwiększa produktywność grupy jako całości. Przede wszystkim jednostki, których praca jest bardziej efektywna i użyteczna, otrzymują środki niezbędne do kontynuowania pracy na dotychczasowym poziomie.
Po drugie, faworyzowane w ten sposób jednostki są skłonne pracować równie wydajnie, albo jeszcze bardziej wydajnie niż dotąd.
Po trzecie, jednostki poszkodowane takim podziałem mają motywację do zwiększenia swojego zaangażowania w pracę.
Po czwarte, dystrybucja według wkładów motywuje najlepszych do pozostania w grupie. Psychologowie zauważają, że decyzje alokacyjne koncentrują się w takich sytuacjach na ocenie wkładów zarówno w przypadku osób, które same podejmują decyzje, jak i osób, które są obserwatorami i oceniają jedynie decyzje alokacyjne podejmowane przez innych. Co ciekawe, alokatorzy, którzy sami uzyskują niższe wyniki niż inni, proponują podział uwzględniający zróżnicowanie wyników pracy, a alokatorzy, którzy uzyskują wyniki wyższe, częściej proponują podział równościowy! Psychologowie nazywają to „regułą uprzejmości”.
Dlaczego reguła ta, sprawdzająca się w badaniach laboratoryjnych małych grup, tak często nie znajduje zastosowania do preferencji wyborczych w dużych zbiorowościach społecznych? Być może przyczyną tego jest anonimowość dużej grupy. Może właśnie ona powoduje, że wśród osób gorzej sytuowanych, które w wyniku pierwotnego podziału dochodu narodowego uzyskują gorsze wyniki, przeważa pogląd o potrzebie wyższego opodatkowania osób o wyższych dochodach w celu dokonania w jakiejś formie wtórnej redystrybucji tegoż dochodu bez względu na własne wkłady?
W niektórych badaniach zaobserwowano, że w grupach nastawionych na utrzymanie dobrych relacji interpersonalnych najlepiej oceniane były decyzje alokacyjne oparte o zasadę równości. Wpływ stosunków interpersonalnych na ocenę wzajemnych zachowań i ewentualnych kryteriów dystrybucji, który przyciągał uwagę filozofów od czasów Arystotelesa, zweryfikowali współcześnie psychologowie społeczni. Gerold Mikula i Thomas Schwinger wyodrębnili diady o pozytywnych, negatywnych i obojętnych relacjach, porównując indywidualne decyzje alokacyjne członków tych diad. Alokatorzy, którzy lubili swoich partnerów, byli usatysfakcjonowani mniejszym udziałem w dzielonej nagrodzie, niż ci, którzy ich nie lubili.
Istotne znaczenie w decyzjach alokacyjnych ma także stosunek alokatorów do potrzeb jednostek uczestniczących w podziale. Jednak ważnym czynnikiem przy braniu pod uwagę czyichś potrzeb w decyzjach alokacyjnych jest ocena przyczyn, które zrodziły te szczególne potrzeby. Jedne oceniane są jako uprawniające do otrzymania czegoś ponad wkład, inne – nie.
Jak pisze Skarżyńska, „akceptacja bądź brak akceptacji cudzych potrzeb wiąże się z interpretacją ich przyczyn na wymiarach: kontrolowane przez podmiot – niekontrolowane oraz stabilne – niestabilne”. Jeżeli postrzega się, że dany człowiek sam jest sprawcą swojego położenia uwzględnienie jego potrzeb jest mniej prawdopodobne niż w przypadku, gdy uznaje się, że przyczyna jego położenia leży poza nim samym. Podobne zróżnicowanie widać w przypadku oceny stabilności przyczyny powodującej trudną sytuację. Jeżeli przyczyna ta uznawana jest za trwałą i trudną do usunięcia, wówczas chęć pomocy jest mniejsza, niż w przypadku oceny, że przyczyna trudnej sytuacji jest możliwa do usunięcia.
Siła i jakość reakcji ludzkich na różne decyzje alokacyjne zależy też od rodzaju dzielonych dóbr. Psychologowie wyodrębniają pod tym względem sześć kategorii: miłość, status, usługi, pieniądze, dobra i informacje. W większości badań stwierdzano, że miłość, informacje i usługi powinny być rozdzielane zgodnie z zasadą wzajemności i według potrzeb. Jednak status był już dzielony przez badanych „według wkładów”.
Badania dowiodły także, że ocena danej decyzji alokacyjnej uzależniona bywa od oczekiwania nagrody przez badanych. „Osoby, które wypadły gorzej – pisze Skarżyńska – a oczekiwały nagrody za udział w badaniu, częściej proponowały regułę podziału według zasady równości niż „według wkładu”. W przypadku, gdy osoby te nie oczekiwały nagrody, proponowały podział uwzględniający wyniki”.
Można dowodzić, że rozbudzanie oczekiwań równościowych przez polityków nie sprzyja postawom roszczeniowym wśród osób osiągających gorsze wyniki, których „wkłady” w rozwój gospodarczy i społeczny są niskie, a które, spodziewając się mimo to obiecywanej „nagrody”, opowiadają się za progresją podatkową i zwiększeniem w drodze redystrybucji wyników własnych.
Istotne wydaje się także i to, że wpływ na rodzaj preferencji alokacyjnych ma status społeczny. Już badania wśród najmłodszych dzieci dowiodły, że te, które pochodzą z biedniejszych rodzin częściej podejmują decyzje alokacyjne według reguły równościowej, niż ich rówieśnicy pochodzący z rodzin zamożniejszych. „Środowisko, z jakiego wywodzą się dzieci, różnicuje sposób wyjaśniania przez nie przyczyn i efektów aktywności człowieka. Dzieci z rodzin o wyższym statusie społeczno-ekonomicznym i wyższym wykształceniu rodziców, niezależnie od wieku, częściej spostrzegają działających ludzi jako odpowiedzialnych za swoje zachowania (widzą przyczyny działań jako wewnętrzne i kontrolowane przez podmiot) niż dzieci z rodzin o niższym statusie społecznym i niższym wykształceniu rodziców. Jeżeli zaś spostrzega się wynik własnej lub cudzej działalności jako pozostający poza kontrolą podmiotu, to wynik ten przestaje sterować zachowaniem alokacyjnym”.
Nie dotyczy to tylko dzieci. Badania prowadzone wśród dorosłych pokazały, że robotnicy dużo częściej preferowali równościowe zasady podziału dóbr niż technicy i inżynierowie, a absolwenci szkoły zasadniczej częściej niż osoby po maturze, podczas gdy postawy takie prawie nie zdarzały się wśród osób z wyższym wykształceniem. Jeżeli weźmiemy pod uwagę fakt, że robotnicy i osoby z niższym wykształceniem stanowią o wiele wyższy odsetek potencjalnych wyborców niż osoby z wyższym wykształceniem, łatwo zrozumieć zachowania polityków redagujących swoje programy wyborcze i kierujących je do tej właśnie grupy społecznej. Z drugiej jednak strony nie sposób nie zauważyć, że postęp gospodarczy w danym państwie nie jest tworzony przez pierwszą grupę, tylko przez drugą. Stanowi ona jednak mniejszość wyborczą i łatwo ją przegłosować.
Ale nawet zgoda na zróżnicowanie wyników i przyjęcie jako kryterium tego zróżnicowania różnych wkładów nie wystarcza do rozwiązania problemu alokacji. Powstaje bowiem natychmiast pytanie o ocenę „wkładów”. Ludzie różnią się poglądami na to, jakiego rodzaju wkłady są szczególnie cenne i powinny być wyżej wynagrodzone. Badania wykazują, że ocena jakości „wkładów” także zależy od położenia jednostki oceniającej w strukturze społecznej i zawodowej. Im wyższa pozycja społeczna badanego, tym częściej podejmuje on decyzje alokacyjne w oparciu o kryterium fachowości osób ocenianych i uzyskiwane przez nich wyniki. Im natomiast pozycja społeczna badanego jest niższa, tym częściej podejmuje on decyzje alokacyjne uwzględniające nie tylko fachowość osób ocenianych, ale także warunki ich pracy, przyznając wyższe nagrody nie tym, którzy uzyskiwali najlepsze wyniki, ale tym, których warunki pracy były najcięższe.
W swoich ocenach badani skłonni są także odwoływać się do takich samych kryteriów, które sami mogą spełnić. Osoby mniej zdolne i mniej kreatywne, jeżeli już zgadzają się zaakceptować kryterium „wkładów” jako podstawy alokacji, wyżej oceniają wkład „staranności”, której mogą dochować, niż „efektywności”, której nie mogą osiągnąć.
Klasyczne zasady oceny podziału dóbr wyznaczają ich uporządkowanie na podstawie użyteczności danego podziału dla jego uczestników. Na ogół są to tak zwane użyteczności osobiste, czyli zależne jedynie od konsekwencji danego podziału dla danego uczestnika, bez względu na konsekwencje dla pozostałych uczestników.
Ale jak pisze Grzegorz Lissowski, „oceny indywidualne nie ograniczają się do ocen alternatyw jedynie ze względu na konsekwencje dla osoby oceniającej, ale obejmują także oceny konsekwencji tych alternatyw dla innych osób”. 
Ocena podziału dóbr stanowi szczególny rodzaj społecznej decyzji. Badaniem metod podejmowania takich decyzji zajmuje się teoria wyboru społecznego. Jest ona teorią normatywną. Zasady dystrybucji także mają charakter normatywny.
Z punktu widzenia teorii wyboru społecznego zasady te można podzielić na trzy grupy – według najważniejszego kryterium jakie muszą spełniać. Są to kryteria:
(i) bezstronności,
(ii) jednomyślności i
(iii) braku zawiści.

O tym szerzej napiszę w kolejnym poście.

W blogu Spostrzeżenia 2020/01/09 - 00:27 Źródło

31.12.2019 roku zmarł Darek Sawicki - jeden z najwybitniejszych na świecie ekspertów od infrastruktury lotniczej. Jemu poświęcam poniższy tekst.
================================================================
Port lotniczy. Bramki. Wypatrywanie ewentualnego terrorysty. Limity na wódkę, pastę do zębów, Jakieś tam podwyższone ciśnienie, bo kolejka do kas, na odprawę. Miejsce na swój sposób rzadko odwiedzane. Chyba najbardziej z nich wszystkich fascynowało mnie lotnisko księżnej Julianny na Karaibach. Plaża, tłumy pięknych kobiet w bikini i przelatujące 20 metrów nad głowami samoloty.
Ja na swoje lotnisko przychodzę codziennie. Wczoraj wylądował na nim mój pomysł na lepsze jutro. Jutro ląduje raport dla klienta. A dziś jak zwykle wschód słońca, poranna kawa, ścinka z kolegą/ koleżanką o to i owo. Jest w nim też miejsce na pilota. Dobrze jak wyłapie jakiś dobry western lub kolejną wersję Despacito. 
Czy Moja Droga/ Mój Drogi pomyślałaś/eś kiedykolwiek, że każda firma, to też lotnisko? Weźmy na warsztat coś bardzo, ale to bardzo odległego od przystani dla samolotów. Farma kur. Lądują na niej tysiące jajek, lądują tony pasz, nowe pisklęta. Jest ciągły ruch w interesie. Każda kura ma swój check-in do klatki z ziarnem, jest tam też "luk bagażowy", którym jajka płyną do miejsca przeznaczenia. A smród - cóż jest na swój sposób przyjemny dla tych, którzy się w nim pławią 24 godziny na dobę. Tak samo jak przyjemne są perfumerie w strefach wolnocłowych i przylotniskowe sklepy z garniturami, w których nie więcej jak trzech klientów dziennie wkłada coś na siebie między lądowaniami.  
Z całą pewnością nie ma na świecie firmy bardziej sformalizowanej jak lotnisko. Na wszystko jest paragraf, ścisła procedura, optymalna "ścieżka podejścia" do lądowania. Za jakiś czas pomyślimy o autonomicznych lotniskach, gdzie bilet wyda nam robot, "obmacają" nas sztuczne ręce, nie mówiąc już, że na samym pokładzie samolotu przywita nas i pożegna wirtualny pilot.
Jeżeli więc każdą firmę przyrównamy do lotniska, nie ważne czy to będzie miejski zakład oczyszczania, kino-teatr, dyskoteka, Orlen, browar, itp., zawsze w nich znajdziemy takie przymioty, jak:
= pilot;
= odprawa;
= strefa wolnocłowa;
= "potencjalny" terrorysta.
Zmierzam do tezy, że w dzisiejszych czasach wygra ta firma, która będzie świetna w każdym z tych 4 obszarów. 
 
PILOT
Ktoś zapyta, czemu pilota mieszam z lotniskiem? Głównie dlatego, że  jest to pewien symbol. Przystojny pilot z piękną stewardessą zawsze pozostanie dobrą reklamówką każdego lotniska. 
W każdej firmie dobry pilot, to po prostu dobry plan. Plan, który:

  1. a) mówi kiedy można wylądować, czyli dający odpowiedź na różne ograniczenia;
  2. b) jest przede wszystkim  dobrą mapą drogową do wyznaczonego celu;
  3. c) wskazuje narzędzia, którymi cel będzie można zrealizować.

 
ODPRAWA
Odprawa, to po prostu szara codzienność. To jednak misterna sztuka, o tym, co robić, żeby 2+2 równało się 5 oraz żeby cały czas przeskakiwała iskra pomiędzy tysiącami dobrych pomysłów, a ich mądrą realizacją.
No i co banalne, ale bardzo ważne. Kontrola kosztów.
 
STREFA WOLNOCŁOWA
Dlaczego strefa wolnocłowa jest tak przez nas lubiana na płycie lotniska. Otóż dlatego, że mamy przeświadczenie, że kupujemy tam taniej, mimo że co do zasady jest cholernie drogo.
Strefa wolnocłowa w każdej firmie to dla mnie po prostu patent o tym, jak zarządzać pracownikami. Dziś o każdego z nas toczy się walka na śmierć i życie. Pracownika jest utrzymać bardzo trudno, bo konkurencja nie śpi. Mamy prawdziwą III wojnę światową o talenty.
Moim pomysłem na utrzymanie pracownika w każdej firmie jest "strefa wolnocłowa". Chodzi po prostu o to, żeby pracownik był nie tylko podniecony tym, że przychodzi do pracy, ale żeby miał przekonanie, że robi na tym najzwyczajniej świetny interes. 
I tylko firmom, którym uda się wymyślić coś więcej niż przelew na konto, uda się w przyszłości przetrwać. Kto stworzy swój pomysł na "strefę wolnocłową", ten wygra. Po prostu będzie miał ludzi, żeby robić biznes.
 
"POTENCJALNY" TERRORYSTA
To nic innego, jak sztuka identyfikacji i zwalczania zagrożeń. I jest to zdecydowanie coś więcej, niż któraś już wersja War of Warcraft, w której trzeba unieszkodliwić nową mutację potwora. Dziś jak znajomość tabliczki mnożenia niezbędny jest misterny plan, który 24 godziny na dobę analizuje ryzyka, podpowiada działania, wszczyna alarmy i rysuje alternatywne ścieżki wyjścia z opresji.
To przede wszystkim internet narzędzi analitycznych i czujników, poza którymi na końcu potrzebny jest Robert Lewandowski, żeby wykończyć akcję i strzelić gola. 

W blogu Spostrzeżenia 2020/01/06 - 13:48 Źródło

W mediach społecznościowych wzmogła się ofensywa wyznawców sprawiedliwości społecznej przeciwko kapitalizmowi. Kapitalizm jest zły, bo potrzebuje kapitału. Tego finansowego oczywiście – czyli pieniędzy. A posiadanie pieniędzy jest złe. Aczkolwiek większość chce mieć ich więcej. Skąd się one biorą? Pieniądze „emitują” banki centralne i „kreują” banki komercyjne – czyli de facto „drukują”. Ale kapitalizm nie polega na drukowaniu pieniędzy. Kapitalizm to kapitał. Ale ludzki. To nie The capital ani Das Kapital. To capita. Niestety, ci którzy wypisują brednie, że „capita” się wzięła od bydła i dlatego kapitalizm to system bydlęcy (służę screanami komentarzy na Twitterze jakby ktoś nie wierzył) tym kapitałem ludzkim nie dysponują. Dlatego koncentrują się na tym jak odebrać innym kapitał finansowy. Nie tylko ten „wydrukowany” przez banki centralne i komercyjne, ale także ten, który został zdobyty dzięki wykorzystaniu kapitału ludzkiego.
Wszystko zaczęło się w jaskiniach. Ludzi od zarania ich dziejów motywowały do działania: głód, pragnienie i popęd seksualny. To właśnie one sprawiały, że wychodzili z tych jaskiń i „szli do pracy” – polować, łowić, zbierać. Po co to robili? „Jedynym powodem produkcji jest konsumpcja” – zauważył  Adam  Smith. Produkcji – czyli polowania, łowienia, zbierania. Żadna siła nie zmusiłaby ludzi by uganiali się po lesie i polowali, łowili i zbierali oprócz głodu. A jak już musieli „zapolować” żeby się najeść, to zaczęli kombinować jak się przy tym nie narobić za specjalnie bo człowiek z natury jest leniwy. A jak już zaczęli z lenistwa kombinować, to „z rozpędu” zaczęli wytwarzać więcej niż zjadali. I stąd się wzięły oszczędności, które były początkiem drogi do powstawania pieniądza i kapitału finansowego.
Pierwotnie istniały dwa źródła bogacenia się ludzi: zasoby naturalne i praca. Nie było żadnego „kapitału”, który miałby ułatwiać pracę, „inwestycje” i „rozwój”. „Kapitał” bierze się z wcześniejszych oszczędności. A oszczędności są możliwe dopiero wówczas, gdy pojawiają się nadwyżki. Kapitał powstał na skutek zwiększenia innowacyjności pracy, dzięki czemu możliwe było wytworzenie nadwyżek, których ludzie nie skonsumowali na bieżąco. W pewnym momencie naszej historii najwięksi i najodważniejsi w grupie zostali wyposażeni w drzewce, na których ktoś inny, posiadający mniejszy zasób siły w mięśniach, a większy zasób intelektu w głowie osadził ociosany kamień i poszli polować na mamuty. Nikt nie finansował produkcji ich nowej broni, dzięki której zwiększył się „dochód jaskiniowy” – pierwowzór dochodu „narodowego”.
Pieniądze (czyli „kapitał” – zdaniem socjalistów krytykujących kapitalizm) same w sobie nie są nam do niczego potrzebne. Potrzebujemy ich tylko jako środek do szybszej wymiany wartości naszej pracy przybierającej postać wytwarzanych towarów lub usług na wartość pracy innych ludzi, wytwarzających inne towary i usługi.
Frederic Bastiat zobrazował to na przykładzie pługu farmera. Gdy farmer pożycza 50 franków (Bastiat był Francuzem – stąd franki) aby kupić pług, to w istocie nie pożycza 50 franków, tylko ów pług. Przy pomocy pieniędzy produkty po prostu łatwiej mogą przechodzić z rąk do rąk. Gdyby wartość produktów farmera w danym momencie była równa wartości pługa mógłby on dokonać natychmiastowej wymiany. Jeśli tak nie jest, może on pług od kogoś pożyczyć. Właścicielem pługa może się stać gdy na dotychczasowego jego właściciela będzie mógł przenieść własność wytwarzanych przez siebie produktów odpowiadających wartości pługa. Ale właściciel pługa może nie potrzebować akurat produktów farmera. Jest natomiast zainteresowany meblami produkowanymi przez stolarza, który z kolei chciałby kupić frak i buty. Wartość pieniądza jako miernika wartości produktów lub usług polega na tym, że ułatwiają przeprowadzenie takiej wymiany między właścicielem pługa, farmerem, stolarzem, krawcem i szewcem. Nikt nie pożycza pieniędzy dla samych pieniędzy. Farmer pożycza od bankiera pieniądze na pług, za które właściciel pługa kupi meble, a stolarz frak i buty. Ale w istocie wartość towarów, które w przyszłości wyprodukuje farmer przy pomocy pługa, stanowi podstawę ich wymiany na pług, a pługu na meble, mebli na frak i buty, a fraka i butów na… być może produkty farmera.
„Gospodarka jest fenomenem społecznym, nie fizycznym” – twierdził Krzysztof Dzierżawski. Niestety, w dominującym nurcie teorii ekonomii zjawiska gospodarcze wyjaśnia się według modelu mechanicznego, w którym gospodarka jawi się jak „zbiór kół zębatych, wprawianych w ruch za pomocą koła zamachowego”. Kołem zamachowym najczęściej jest jakaś gałąź przemysłu – dajmy na to budownictwo albo przemysł stoczniowy, albo samochodowy, w zależności od okoliczności miejsca i czasu oraz siły poszczególnych lobby. A co wprawia te koła zębate w ruch? Paliwo, którym są pieniądze. Ten „kapitał”, którym zachwycają się, i który krytykują antykapitaliści. Obraz ten, konstatował Dzierżawski, jest bardzo prosty, aczkolwiek fałszywy.
W istocie bowiem gospodarka ma strukturę mrowiska  z czego antykapitaliści nie zdają sobie sprawy. Gdyby jednak politycy i ekonomiści przyjęli tę prawdę do wiadomości, musieliby porzucić marzenia o możliwości pozytywnego wpływu na zjawiska gospodarcze. Wobec ludzkiego mrowiska są bowiem tak samo bezradni jak ktoś, kto natknąwszy się przypadkiem na prawdziwe mrowisko w lesie, obserwuje ze zdziwieniem tę niezwykłą i całkowicie niezrozumiałą krzątaninę owadów i ich determinację w dążeniu do nieznanego celu.
Istotę zjawiska doskonale ujął George Gilder. Potok pieniędzy z ropy nie staje się sam z siebie trwałym źródłem przychodów narodu. Czterysta lat temu Hiszpania, zalewana powodzią kruszców z kopalń w swoich koloniach, była tak zamożna, jak dzisiaj jest Arabia Saudyjska. Nie udało jej się jednak osiągnąć prawdziwego bogactwa i wkrótce popadła w stagnację, podczas gdy w pozornie biedniejszych częściach Europy przemysł święcił triumfy. Prawdziwym bogactwem nie jest bowiem skutek, z którym zetknęły się kraje zasobne w ropę czy w kruszce lecz przyczyna ujawniająca się od stuleci – jak na dość jałowych wyspach w rodzaju Wielkiej Brytanii, czy Japonii.  Bogactwo ucieleśnia się w rzeczach, ale jest wytwarzane przez umysł. To twórcze umysły są najważniejszymi zasobami kapitałowymi w gospodarce. Bogactwo jest w większym stopniu produktem umysłu niż pieniędzy. „Majątek może topnieć, lecz umysł i wola potrafią momentalnie błysnąć przed niezdecydowanym tłumem, rozpalić niebo swoimi wizjami i spowodować ich wcielenie w krzem i cement zanim zgromadzą się konkurenci. Najlepsze, najbardziej władcze, najbardziej oryginalne i najbardziej giętkie umysły stanowią najtrwalsze złoto” – pisze Gilder.
Zważywszy, że gospodarka rządzona jest przez myśl, odzwierciedla ona stan umysłu, a nie stan rzeczy. Jednym z zasadniczych praw umysłu jest to, że wyobraźnia i wiara poprzedzają wiedzę. Ponieważ umysł ludzki zdolny jest do nieustannego wytwarzania nowych idei, myśliciel musi dokonywać nieustannego wyboru koncepcji, w które ma wierzyć.
Wybierzcie zatem w co chcecie wierzyć.

W blogu Spostrzeżenia 2020/01/02 - 11:00 Źródło

Przez minione 30 lat krytykowałem Leszka Balcerowicza za wiele rzeczy. I to nie ex post ale na bieżąco. Za ustawę o szczególnym uregulowaniu stosunków kredytowych i uprzywilejowanie banków, za zbyt długie utrzymywania sztywnego kursu USD, za sztywne ceny węgla, za podatek eksportowy na węgiel w wysokości 80%, za fatalnie skonstruowaną progresję podatkową, za dziwne zmiany przepisów podatkowych ze słynnym trzydniowym vacatio legis miedzy 27 lutego a 2 marca w przestępnym roku 1992, za podwyższanie składek na ZUS a później za zrobienie OFE, za brak transparentności przy prywatyzacji i późniejsze jej powstrzymanie.
Osobiście wprowadziłbym liniowy podatek dochodowy (teraz już bym go zlikwidował, ale wtedy jeszcze dopuszczałem jego istnienie), ustanowiłbym równą emeryturę dla wszystkich, wszystkie spółki wprowadziłbym na giełdę w rękach państwa zostawiając tylko infrastrukturę, ale wcześniej spółki chemiczne bym skonsolidował, a za to telekomunikację (TPSA – dziś Orange) bym podzielił. Nie zlikwidowałbym PGR – pozwoliłbym im upaść. Budowałbym w pierwszej kolejności drogi szybkiego ruchu, a nie autostrady.
Jak jednak czytam krytykę Balcerowicza w wykonaniu Razem i PiS,  się zastanawiam co zrobiliby oni?
Jakby tak to Jarosław Kaczyński wszystko przejął już w ’89 (a nie tylko SuperExpres), czy wprowadziłby program 5.000.000+ żeby od popytu wewnętrznego polskie sklepy się zapełniły towarami produkowanymi w polskich fabrykach? Może cała Polska by się rozwinęła jak spółka Srebrna!
Adrian Zandberg wtedy właśnie wrócił z Danii, więc to co zobaczył rzeczywiście mogło mu się wydać koszmarem – te łóżka polowe i szczęki rozstawione na ulicach, tłum wygłodzonych przez Balcerowicza ludzi cisnący się do McDonaldsa przy Marszałkowskiej, czy Centrum Handlowego King Cross przy Grochowskiej. Bo przecież wcześniej nie mogło być źle skoro był socjalizm i rządzący gospodarką posługiwali się książkami Marksa?
Adrian miał wówczas raptem  10  lat, więc pomysłów  na to, jak nie dać niszczyć polskiej gospodarki kapitalistom miał prawo jeszcze nie mieć. Za to jego koalicyjny kolega z Lewicy Razem – Włodek Czarzasty – miał już plan dalszego rozwoju socjalizmu. Niestety, generał Jaruzelski nie pozwolił mu go zrealizować i w Magdalence zrobił spisek przeciwko bratniemu Związkowi Radzieckiemu, z którym sojusz mieliśmy zapisany w konstytucji i zrezygnował z – także zapisanej w konstytucji – przewodniej roli Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej w budowaniu pomyślności gospodarczej przyszłych pokoleń.
Naprawdę chętnie poznałbym ten plan i poczytał jakąś historię alternatywną polskiej gospodarki po ’89 roku w wizji Razem z PiS. Aczkolwiek jest nadzieja, że pokłóciliby się tak o krzyż w Sejmie i religię w szkołach, że z gospodarką nic by wspólnie nie zrobili.

W blogu Spostrzeżenia 2019/12/18 - 12:31 Źródło

Biorąc pod uwagę rozwój technologii robotycznych oraz przyspieszające tempo budowania i wdrażania systemów sztucznej inteligencji, trzeba jednocześnie spojrzeć na to, że coraz większego znaczenia nabierają kompetencje tzw. miękkie, których pracodawcy poszukują u kandydatów na pracowników. Z jednej strony mamy więc możliwości wprowadzania automatów i robotów, które z powodzeniem zastępują człowieka w wielu zadaniach, z drugiej zaś potrzebę budowania zespołów, opartych na takich fundamentach jak empatia, komunikacja, kreatywność, a przede wszystkim humanizm, którego znaczenie w tworzeniu przyszłości biznesu jest nie do przecenienia.
Używamy pojęcia sztuczna inteligencja (ang. AI, artificial intelligence), powszechnie zastępując nim technologie zaawansowanych algorytmów. Proste i stosunkowo proste zadania, które dotychczas zajmowały wiele czasu wykwalifikowanym pracownikom, dzięki AI mogą być realizowane znacznie szybciej. Problemem jest jednak standaryzowanie danych wejściowych, chociażby ze względu na konieczność ich przetwarzania przez programy, których składnia jest z góry ustalona, nawet jeżeli algorytmy mają wiele możliwości automodyfikacji także w zależności od zmieniających się zasad tego przetwarzania oraz w zależności od wyników tego przetwarzania. Ale dopiero stworzenie uniwersalnej sztucznej inteligencji (ang. AGI, artificial general intelligence), będzie w jakikolwiek sposób odzwierciedlało możliwości percepcji i przetwarzania danych przez mózg człowieka, jednocześnie umożliwiając systemom cyfrowym kierowanie się nie tylko wynikami kolejnych iteracji przetwarzania danych, ale pozwalającymi czasem iść na przekór uzyskiwanym wynikom, czyli podejmować działania jakie wydawałyby się nielogiczne z punktu widzenia wcześniejszych doświadczeń.
Technologiczna przyszłość i wykorzystanie w niej AI oraz robotów wielu osobom wydaje się dużym zagrożeniem nie tylko w kontekście utrzymania stanowisk pracy przez ludzi, ale także wpływu na relacje społeczne. Wydaje się jednak, że w najbliższych latach nie tylko firmy technologiczne, ale i osoby odpowiedzialne za zarządzanie, w tym działy HR, powinny skupić się na kilku kluczowych kwestiach:
- budowanie wartości wzajemnej relacji pracownik-firma tak, aby pracownik czuł się szanowny i doceniany, dzięki czemu będzie bardziej związany z firmą, a swoje kompetencje będzie rozwijał pod kątem zwiększania aktywności i efektywności pracy;
- praca nad reputacją firmy, jaka wynika z jej kultury organizacyjnej oraz strategii działania, a dla której zagrożeniem jest niekontrolowany wypływ informacji o problemach wewnętrznych do internetu oraz aktualnych i przyszłych pracowników;
- podniesienie efektywności operacyjnej tak, aby rozwiązywanie problemów odbywało się w wielokrotnie krótszym czasie niż dotychczas, szczególnie tych dotyczących zmian organizacji pod kątem jej dostosowania do turbulentnego rynku, potrzeb klientów oraz współpracy z wszelkimi interesariuszami.
Oddanie w „ręce” AI poszczególnych obszarów działań niewątpliwie będzie dużym wyzwaniem, a już na pewno będzie prowadzić do odhumanizowania procesów poznawczych, możliwości budowania relacji, a także może ograniczyć kreatywność w szukaniu niestandardowych rozwiązań różnego rodzaju problemów. Algorytmy, nawet te najbardziej otwarte na automodyfikacje, mają bowiem to do siebie, że w oparciu o ten sam zestaw danych wejściowych, przetworzą go w określony sposób, dając na końcu powtarzalne wyniki. W naturze dzieje się nieco inaczej – ewolucja gatunków oraz błędy genetyczne sprawiają, że często dochodzi do anomalii, które w pewnych przypadkach powodują lepsze dostosowanie do otoczenia, a w innych nawet degradację całych populacji.
Niewątpliwą zaletą technologii jest to, że w pewnym sensie jest odporna na otoczenie – nie podlega emocjom, nie ma złego lub gorszego dnia, tylko działa tak, jak została skonstruowana i zaprogramowana. Więc chociaż osobiście jestem sceptycznym zwolennikiem wprowadzania rozwiązań opartych o AI, to jak najbardziej widzę w niej wiele korzyści. Z jednej strony nieosiągalne dla człowieka tempo przetwarzania złożonych danych, na dodatek pochodzących z różnych źródeł niemożliwych do ogarnięcia przez człowieka, pozwoli znacząco przyspieszyć nasze procesy decyzyjne. Z drugiej jednak strony dostrzegam szereg zagrożeń w tym, że błędy, jakie mogą powstać z najbardziej błahych powodów (nawet na poziomie błędów technologicznych w budowie procesorów, samej strukturze algorytmów, zużycia urządzeń, wprowadzanych do takich systemów zestawów danych), z punktu widzenia decyzji podejmowanych na bazie wyników z tego rodzaju systemów mogą kierować nas w stronę nieprzewidywalną, a nawet niechcianą. (OMEGA)

W blogu Spostrzeżenia 2019/12/17 - 00:59 Źródło

Każde pokolenie uważa, że żyje w wyjątkowych czasach i dlatego tak trudno mu przewidzieć , co nastapi. Uważa także, że wcześniej było to dużo łatwiejsze. I częściowo to wszyscy mają rację, w każdym razie, jeżeli  chodzi o niepowtarzalność otaczających warunków, które w identycznym układzie nigdy nie wystąpiły i nigdy identycznie nie wystąpią. Nawet jeżeli bardzo wiele elementów się powtórzy i to tych , wydaje się, o zasadniczym znaczeniu, to jednak nie wszystkie. Będzie na pewno inna sytuacja demograficzna, inny poziom technologii, a to oznacza inna m.in zależność od źródeł energii, surowców, inne  kwalifikacje siły roboczej  będą pożądane, inny też wystąpi stopień dopasowania zasobów i kwalifikacji  do potrzeb gospodarki itd. itd.
Teraz w Polsce  mamy bardzo wysoka koniunkturę i to w coraz większym stopniu zależną od popytu wewnętrznego, co uniezależnia nas - ale częściowo i to warto podkreślić - od zmian koniunktury światowej, a szczególnie zmian koniunktury u naszych najważniejszych partnerów gospodarczych. Powstaje pytanie, ile jeszcze czasu uda się utrzymać ten stan wysokiej koniunktury  i z której strony przyjdą najważniejsze bodźce łamiące ten błogi stan.
Zauważmy przy tym - to na pewno jest czynnik wyjątkowy dla polskiej gospodarki i społeczeństwa - że współczesne pokolenie Polaków poniżej 45 lat całe swoje w miarę świadome życie spędziło tylko w stanie bardzo szybko rosnącej konsumpcji, a i tak narzekań jest moc. Dzieje się to przy równocześnie szybko rosnącym rozwarstwieniu społecznym z wieloma już patologicznymi tego zjawiska oznakami. Są zamknięte osiedla dla bardziej zamożnych, osobne systemy zdrowia i kształcenia młodego pokolenia w zależności od zasobności portfeli.
Zajmujemy drugie miejsce w Europie, jeśli chodzi o różnice w długości życia mężczyzn w ramach jednego miasta (ponad 23 lata pomiędzy Pragą Pólnoc i Ursynowem w Warszawie). Pamiętajmy przy tym, że według badań społeczeństw, które przeżywały wzrosty, ale i stagnację i spadki konsumpcji, to dopiero wzrost konsumpcji o 3 % rocznie odbierany jest jako stan zmiany za lepsze. Każdy niższy wzrost odbierany jest jako pogorszenie.   Z dużym prawdopobienstwem można przyjać, że w obecnym polskim spoleczeństwie dopiero wzrost o 5% odbierany jest jako brak spadku. Utrzymanie więc stanu spokoju spokoju społecznego, nawet bez wyrażnych załamań, nie musi byc łatwo wykonalne, a przecież znaczna część wprowadzanych regulacji w funkcjonowaniu gospodarki może dać, i pewnie da, bodźce recesyjne. W każdym razie dalsze rozkręcanie koniunktury w oparciu o transfery społeczne wydaje sie być niewykonalne.
Rozbudzona roszczeniowość społeczentwa - co nie jest skutkiem polityki tylko obecnego rządu, ale w nie mniejszym stopniu również wczesniejszych - utrudniać będzie wydatki na zaplanowane cele obronne i programy infrastrukturalne. A dałyby one bodźce pobudzające koniunkturę. Obecnie mogą one osłabiać spadek koniunktury, ale nie ją pobudzać. Jeśli w ogóle rząd nie bedzie zmuszony wycofać sie z nich, choćby częściowo.
Wydaje się też, że nie da się utrzymac inflacji na obecnym poziomie, albo będzie to bardzo trudne, ale i silnie recesyjne.
O ile ten poziom analizy jest dość prosty, to "czym dalej w las, tym więcej drzew". I wcale nie myśle tu o dziwnych pomysłach urzędników i polityków, które są mało przemyślanymi sposobami zatykania dziur budżetowych, które sami wczesniej wyprodukowali, ani o problemach z przewidywalnością  przyszlego stanu gospodarly wynikły z coraz szybszych zmian w technice i technologii, które utrudniaja planowanie inwestycji i bieżące działanie firm. Myślę o źródłach informacji, na podstawie których mamy wyrabiać sobie ogląd stanu obecnego i zachodzących procesów.
Niestety, w Polsce mamy  niezwykle wysoki poziom spolityzowania i spolaryzowania  dysputy publicznej. Nie ma prawie niezależnych i w miare obiektywnych mediów. Prorządowe założyly bardzo "różowe okulary",  za to przeciwne nie sa skłonne w nawet najsłuszniejszych posunięciach dostrzec  cokolwiek innego  niż zło, bład, głupotę  etc. Nawet najsluszniejsze postulaty zakrzykiwane są, wyśmiewane i zagłuszane zastępczymi tematami, zamiast merytoryczną, oparta na faktach, polemiką. W tych warunkach bardzo trudno czytelnikowi wyrobic sobie pogląd w miarę zbliżony do rzeczywistosci.
Sprawę dodatkowo komplikuje cyniczne nagłaśnianie wypowiedzi osób znanych: sportowców, aktorów, celebrytów, którzy z przekonaniem wypowiadaja sie na tematy, w których  ich umysł nie został zabrudzony śladami wiedzy.  Owo nagłaśnianie tych wypowiedzi jest następnym ograniczeniem dla zrozumienia rzeczywistych procesów.
Przejdzmy wreszcie do chyba najmniej uświadamianego mechanizmu, który również zakłóca  upowszechniania w mediach obraz, oddalając go od rzeczywistości. O ile odwoływanie sie do opinii autorytetów w rodzaju celebrytów znanych jedynie z tego, że sa znani, jest oczywistym nonsensem, to już zrozumienie, że opinie człowieka sukcesu mogą też być obciążone podobnym poziomem braku podstaw do wiarygodności, nie jest tak łatwo oczywiste.
Jak zwócił uwagę Kahnemann w sych pracach, sukces nie musi być jedynie konsekwencja wiedzy, umiejetności, pracowitości i racjonalnego postępowania, ale i przypadku, a nawet negatywnych, obciążajacych racjonalność dzialania cech. Zjawisko to przedstawił wroclawski psycholog prof. Piotrowski wykazując, że w dzikim kapitalizmie lat 90tych cechy psychopatyczne ułatwiały sukcesy  gospodarcze.
Jeżeli efekty działania są pozytywne,  to ludzki umysł łączy je z cechami, które powinny tlumaczyć sukces, a nie zauważa elementu przypadku.  Nie zauważa, że to byl wyjatkowo pozytywny zbieg okoliczności, czy przypadkowe wykorzystanie wyjątkowej okazji. Inaczej mówiac - racjonalizuje przypadek. Oczywiście, najsilniej w ten sposób myśli ,, autor" sukcesu, który skłonny jest przypisać je swoim wyjątkowym  pozytywnym cechom. Takiego  ,,autora" sukcesu okrzykuje się latwo guru, a on zaczyna delektowac sie swoją pozycją, wypowiadając się na różne niekoniecznie znane mu zagadnienia.
Ogląd sytuacji komplikuje tez zjawisko występujace w burzliwie zmieniającej sie  rzeczywiśtości, polegające na gwałtownie występujących odstępstwach od zasadniczych zależności. Są to krótkotrwałe  zaburzenia dlugotrwalych trendów.
Tak było z powstalym w latach 90-tych przekonaniem, że lokowanie w bony skarbowe zawsze musi przynosic dochód wyższy od inflacji. Stan ten wystepuje tylko wtedy, gdy panstwo zwalcza intensywnie inflację w drodze windowania stóp procentowych. Poza tymi wyjatkowymi sytuacjami, choc mogącymi trwac lata, obligacje , szczegolnie panstwowe oprocentowane sa w okolicach inflacji, a często niżej.
Sukces uruchomienia nowego pomysłu organizacycjnego, technologii związany nie musi być tylko z czyjąś wielką przenikliwością umyslu, ale z faktem znalezienia się w danym miejscu i czasie i dość przypadkowym wyborze danego postępowania. Wielu znacznie bardziej przenikliwych i lepiej terytorycznie przygotowanych nie odnosi sukcesu i nikt ich za guru nie uważa.
Owi przypadkowi guru, nie mają żadnych, badz niewielkie kwalifikacje, by prawidłowo przewidywać przyszłe procesy gospodarcze, choc wypowiedzi ich uważane są za wielce fachowe.
Wszystkie te mechanizmy bardzo utrudniają przeprowadzenie prawidłowej  oceny, a potem zbudowanie rozsądnej strategii dopasowanej do zmieniajacej sie sytuacji, a zatem i osiagniecia sukcesu w przyszłości.
Za dwa tygodnie zastanowić się, na co warto spoglądać, aby zauważać nadchodzące zmiany.
 

W blogu Spostrzeżenia 2019/12/16 - 20:49 Źródło

Czytam, że to banki zapłacą za oszukanie „frankowiczów”. Zapłacą tak samo, jak zapłaciły „podatek bankowy”. Czyli ich klienci zapłacą......
W systemie pieniądza fiducjarnego, którego większość nie jest bynajmniej emitowana przez bank centralny kraju emitenta, tylko jest „kreowana” przez banki komercyjne, który to pieniądz służy zaspakajaniu rosnących potrzeb pożyczkowych tych państw, żadna krzywda się nie stanie bankom i systemowi bankowemu.
Ustawa o podatku od niektórych instytucji finansowych (UFIN), potocznie nazywanym podatkiem bankowym, weszła w życie 1 lutego 2016 roku. Nowym podatkiem objęte zostały banki, spółdzielcze kasy oszczędnościowo-pożyczkowych z aktywami powyżej 4 mld zł, zakłady ubezpieczeń i reasekuracji z aktywami powyżej 2 mld zł oraz firmy pożyczkowe z aktywami powyżej 0,2 mld zł. Podatek ma charakter majątkowy. Przedmiotem opodatkowania są aktywa tych instytucji czyli nadwyżka sumy ich aktywów, wynikająca z zestawienia obrotów i sald, ustalonego na ostatni dzień miesiąca, ponad kwotę wolną od podatku. W przypadku banków jest to głównie aktualny stan kredytów hipotecznych i innych kredytów udzielonych gospodarstwom domowym, aktualny stan kredytów inwestycyjnych i obrotowych udzielonych przedsiębiorstwom oraz aktualny stan papierów wartościowych – innych niż obligacje skarbowe, które zostały wyjęte spod opodatkowania. Podatek pobierany jest za okresy miesięczne w wysokości 0,0366% podstawy opodatkowania. Rocznie – 0,44%.
Rząd planował, że nowa danina przyniesie budżetowi państwa 5,5 mld zł, zaś urzędnicy Ministerstwa Finansów zapewniali, że potrafią zapobiec przerzuceniu podatku na klientów banków. Znajdujący się pod kontrola państwa PKO BP miał utrzymać dotychczasowe warunki depozytów i kredytów, wywierając presję na inne banki, aby też powstrzymały się przed podnoszeniem marż. Argument wpływu konkurencji od początku wydawał się chybiony. W warunkach ogólnej równowagi rynkowej działa bowiem automatyczny mechanizm podtrzymujący „uzasadniony” poziom rentowności kapitału, taki sam jak przed zmianą okoliczności zaburzającej równowagę, którą w tym wypadku jest wprowadzenie nowego podatku. Można się było spodziewać, że ostatecznymi płatnikami podatku „bankowego” będą przede wszystkim klienci instytucji finansowych.
Po roku rezultaty wprowadzenia daniny były niższe, niż planowane przez rząd, a koszty – jak się należało spodziewać – ponosili klienci. Do końca listopada 2016 wpływy z podatku bankowego wyniosły 3,15 mld złotych, co sugeruje, że w skali całego roku wyniosą 3,5 mld zł. Czyli zaledwie 64% planu. W pierwszym miesiącu obowiązywania nowego podatku przyniósł on budżetowi 304,8 mln zł, później jednak banki płaciły z tego tytułu coraz mniejsze kwoty. To efekt unikania opodatkowania przez wykorzystanie różnych rozwiązań prawnych. Jedną z metod było stosowanie tak zwanych programów naprawczych. Bank, który jest nim objęty, zwalniany jest z podatku. Z rozwiązania tego skorzystały od samego początku Bank Ochrony Środowiska oraz Bank BPH. Po pierwszym kwartale dołączył do nich Getin Noble Bank, co spowodowało znaczące obniżenie wpływów z podatku bankowego między marcem a kwietniem.
Drugą metodą był skup obligacji skarbowych, które banki mogą odliczyć od podstawy opodatkowania. Do końca 2015 roku zainteresowanie banków tą kategorią aktywów było stosunkowo stabilne. Od stycznia 2016 roku zauważalny jest dynamiczny wzrost udziału w bilansach banków tego składnika aktywów wyjętych z podstawy opodatkowania. Od stycznia do końca maja 2016 roku zaangażowanie banków w obligacje skarbowe wzrosło o 54 mld zł, czyli o 33%. Był to główny element, który wpłynął na obniżenie w tym okresie podstawy ich opodatkowania o 57 mld zł. Gdyby banki zapłaciły podatek w grudniu 2015 roku, to wpływy budżetowe wyniosłyby 20 mln zł więcej, niż z podatku za maj 2016 roku. Dzięki tym posunięciom w pierwszym kwartale obowiązywania nowej taksy efektywna stawka opodatkowanie bankowych aktywów wyniosła ok. 0,27%.
Ale za to, mimo wprowadzenia nowego podatku, zysk netto banków rósł. W 2016 roku wyniósł 13,91 mld zł – o 24,3% więcej niż rok wcześniej i podobnie jak w rekordowych latach 2011-14. Kto więc stracił, skoro jakieś wpływy budżet zanotował? Oczywiście klienci.
Podatek bankowy dotyczy nie konkretnych produktów, czy usług, ale sumy aktywów, czyli tego, na czym bank zarabia bądź traci (kredyty, obligacje). Zidentyfikowanie jego wpływu na podwyżki cen różnych produktów i usług jest więc trudne, ale z uwagi na ograniczoną konkurencję na rynku usług bankowych, spowodowaną wysoką barierą wejścia, można się było spodziewać, że podwyżki takie nastąpią. Co też się stało.
Przez cały rok 2016 wskaźnik WIBOR odzwierciedlający cenę pieniądza w handlu między bankami, oscylował w okolicach 1,7%. Tymczasem oprocentowanie depozytów systematycznie malało. Pod koniec 2015 roku średnie oprocentowanie najlepszych depozytów rocznych wynosiło 2%, a pod koniec 2016 roku już tylko 1,7%. Osoby prywatne miały wówczas ulokowane w bankach około 660 mld zł. Część z nich – ulokowana na ROR-ach – nie była oprocentowana. Ale prawie 300 mld zł to depozyty terminowe, których oprocentowanie w ciągu roku spadło, co pozwoliło bankom zwiększyć marżę odsetkową. Skoro zatem oprocentowanie depozytów o wartości 300 mld zł spadło o 0,3 pkt proc., to oszczędności banków osiągnęły miliard złotych. Kolejne 100 mld zł ulokowanych było na oprocentowanych kontach oszczędnościowych, których oprocentowanie zmalało jeszcze bardziej niż depozytów – bo około 0,4 pkt proc. Daje to 400 mln zł oszczędności dla banków kosztem ich klientów. Deponenci „zapłacili” więc 1,4 mld zł podatku bankowego niższym oprocentowaniem depozytów.
Drugim źródłem pokrycia przez banki nowego podatku było podwyższanie marż kredytów hipotecznych. Ich rentowność – po opodatkowaniu aktywów banków – jest najniższa, więc właśnie tym kredytom podwyższono cenę. Średnia marża nowo udzielanego kredytu hipotecznego wynosiła na początku 20116 rok 1,7-2% (w zależności od wkładu własnego). Na początku 2017 roku wyniosła 2,1-2,3%. Wzrost o 0,3 pkt proc. oznacza, że banki udzielające rocznie 40 mld zł na średni okres 25 lat, osiągnęły z tytułu wyższych rat 200 mln zł rocznie (i 2 mld zł w całym okresie kredytowania). Dla statystycznego klienta zaciągającego kredyt na mieszkanie o wartości 300 tys. zł, zmiany te oznaczają wzrost kosztów o prawie 20 tys. zł.
To są dane zagregowane. Z punktu widzenia rozważań o przerzucaniu podatku potrzebne jest porównanie bardziej szczegółowe. Analiza cen produktów i usług na rynku finansowym nie jest jednak prosta, gdyż produkty te i usługi są inaczej w różnych bankach skonfigurowane.
Dla ułatwienia klientom porównania ofert stworzono pojęcie rzeczywistej rocznej stopy oprocentowania (RRSO, ang. Annual percentage rate). W lutym 2016 roku dla kredytu hipotecznego na zakup mieszkania na 30 lat w wysokości 200.000 zł, wkładzie własnym 50.000 zł i wartości zabezpieczenia 250.000 zł, najniższe RRSO wynosiło 3,58%, najwyższe 4,79%. Różnica aż 33,5%! Ale warunki przyznawania kredytów były różne. Tam, gdzie łatwiej było go uzyskać, RRSO było wyższe. Co więcej, najwyższa rata miesięczna wcale nie była najwyższa tam, gdzie najwyższe było RRSO. Najniższa wynosiła 880 zł, najwyższa 1.000 zł. Różnica w wysokości raty wnosiła więc 13,5% – była ponad dwa razy niższa niż w przypadku RRSO.
Rosły też ceny innych produktów i usług finansowych. W nowym cenniku jeden z banków podniósł opłatę za podwyższenie kwoty limitu odnawialnego. W 2015 roku pobierał za taką operację 2,1-2,5%. W roku 2016 prowizja ta sięgnęła 5%. Wprowadził też do cennika opłatę za monity mailowe o przeterminowanym zadłużeniu. Taka operacja kosztowała w 2016 roku 8 zł. Jako nowa pozycja w tabeli opłat pojawiła się opłata za wycenę wartości nieruchomości, która ma stanowić zabezpieczenie kredytu. Została ona uzależniona od rodzaju nieruchomości a jej wysokość określono od 300 do 800 zł. Podniesiono też opłaty za korzystanie z karty kredytowej z 10 do 15 zł, a dodatkowo wycofano możliwość uniknięcia tej prowizji przy wykonaniu określonych obrotów. Ponadto wzrosła z 2 do 2,5% prowizja za odnowienie kredytu w rachunku bieżącym i pojawiła się opłata za wykonanie przelewu walutowego wewnętrznego, realizowanego miedzy rachunkami firmowymi z konta walutowego. Opłata wyniosła 0,35% kwoty przelewu, jednak nie mniej niż 20,00 zł. Maksymalna prowizja w tym przypadku to 200 zł.
Inny bank wprowadzi opłatę za korzystanie z obcych bankomatów. Wcześniej jego klienci mogli korzystać ze wszystkich bankomatów w kraju, nie płacąc prowizji za wypłatę. Od stycznia 2016 roku darmowe pozostały operacje wykonywane w bankomatach własnych banku oraz jednej z sieci. W pozostałych urządzeniach darmowa pozostała tylko pierwsza wypłata w miesiącu, a każda kolejna operacja kosztuje 2,50 zł. Ten sam bank podniósł też opłatę za korzystanie z zagranicznych bankomatów. W 2015 operacja taka kosztowała 3%, od lutego 2016 wzrosła do 6%. Dodatkowo pojawiła się prowizja za przewalutowanie transakcji zagranicznej w wysokości 3%.
Kolejny bank od 1 marca 2016 roku wprowadził opłatę za prowadzenie konta w wysokości 3 zł. Jeśli jednak klient nie zasila rachunku wpływami na poziomie 3,5 tys. zł, bank dolicza mu jeszcze 5 zł (przy wpływach powyżej 2 tys. zł) lub 12 zł (jeśli wpływy są niższe niż 2 tys. zł). Dodatkowo wprowadzono opłatę w wysokości 3 zł za prowadzenie subkonta walutowego i 10 zł za konto oszczędnościowe, jeśli klient nie posiada ROR-u. Wzrosły też opłaty za niektóre przelewy i pojawiła się opłata 1,5 zł za przelewy internetowe w rachunkach firmowych.
Pojawiły się też nowe opłaty za karty debetowe. Nastąpiła zmiana warunków zwalniających z opłaty w niektórych pakietach usług – żeby nie płacić za kartę, klienci niektórych banków muszą wykonać określoną ilość transakcji bezgotówkowych co miesiąc. Niektóre banki wprowadziły też opłaty za konta firmowe. Zwalniani są z nich tylko klienci, na których konto wpływa co miesiąc określona kwota i to pod warunkiem, że wpływy nie pochodzą z innego rachunku prowadzonego w tym samym banku.
Podatek „bankowy” został w znaczącym stopniu przerzucony na klientów banków – zgodnie z tym co można było przewidywać na podstawie literatury naukowej na ten temat.
To samo zrobią banki ze stratami z kredytów frankowych.

W blogu Spostrzeżenia 2019/12/06 - 22:58 Źródło

Business Dialog Bulletin - widok książki

Premium Drupal Themes by Adaptivethemes