Przejdź do treści
Zapraszamy

Czytelników, rozmówców na forum, Autorów, Blogerów, Redaktorów,...

Przeczytaj o możliwościach korzystania z witryny i współpracy

Salon Business Dialog Klub Inspirations Klub Dialog CIO Business Meeting Point Kwintesencja Projekty Business Dialog

W blogu Spostrzeżenia

Blog Iwony D. Bartczak

W Chinach rozpoczyna się rok psa. Co to może znaczyć dla złota?

Złoto jest bliskie przebicia poziomu 1370 USD. Towarzyszy temu odbicie na bitcoinie, ktory wzniósł się ponad 10,000 USD (moja prognoza zaklada przebicie 20,000 USD do końca roku). Co, ciekawe - następuje równolegle dość poważna redukcja dlugich pozycji na EURO. Jen umacnia się. Indeks dolarowy jest bliski krytycznych wieloletnich minimów,

Interpretacje tego stanu mogą być dwie:
a) wariant 1 (najbardziej prawdopodobny - 70% szans): przebicie indeksu dolarowego w dół i osłabienie dolara o min 5%, docelowo o 10% w tym roku;
b) wariant 2 (mniej prawdopodobny  - 30% szans): formacja podwójnego szczytu na EUR/USD sprowadzająca euro do poziomu 1,195, chłodząca zloto do 1300 USD i osłabiająca jena w kierunku 110 USD/JPY.

Moim zdaniem mimo zniesienia przez indeksy amerykańskie aż 61,8% ostatniego załamania, mamy tylko ciszę przed burzą. Ten rok jest - jak na razie zbyt spokojny - z dużym prawdopodobieństwem wydarzy się coś, co wstrząśnie całym światem. Co to może być?
a) omyłkowe odpalenie ładunku nuklearnego przez któreś z państw atomowych lub rozpoczęcie lokalnego konfliktu między mocarstwami (najczęściej wskazuje się na Morze Południowochińskie);
b) coś złego stanie się z Trumpem - może to być impeachment, może być zamach lub coś podobnego;
c) katastrofa naturalna o nieprzewidywalnych rozmiarach, jak trzęsienie ziemi w Los Angeles, wybuch wulkanu na Islandii lub Wezuwiusza;
d) wykrycie ogromnego oszustwa, które zatrzęsie giełdami (najpewniej w USA);
e) rozprzestrzenienie się zaraźliwej choroby (np. w wyniku ataku biologicznego);
f) taką "katastrofą" będzie cykl 4 podwyżek stóp procentowych w USA oraz przyznanie w końcu przez ECB, że też będzie podwyższać stopy procentowe.

W blogu Spostrzeżenia 2018/02/17 - 10:21 Źródło

Maciek Młynarski pisząc posta w Grupie Renesans Organizacji, umieszczonej w domenie fi3 niejako wywołał mnie do tablicy. Dla tych, którzy nie mają dostępu do tej domeny (Fi3 to spółdzielnia, która powstała tutaj, w środowisku Business Dialog, więcej http://www.fi3.pl , a wymieniany Maciek jest jednym ze spółdzielców, jak i autor tego tekst - przyp. redakcji), cytuję Maćka: Historia SAP dziejąca się na naszych oczach pokazuje, że głęboka transformacja w marszu tak dużej firmy:

  • jest możliwa
  • jest możliwa bez kryzysu
  • udaje się

A transformacja ta polega na odejściu od starego paradygmatu COMMAND AND CONTROL w stronę nowych, lżejszych i bardziej zwinnych metod zarządzania czy współpracy z klientami.
I ten proof of concept niech służy Fabryce i ich klientom.
Potem pojawiła się dyskusja i … padło na mnie. Czuję się w obowiązku odpowiedzieć. Trzeba tu jasno wyłożyć sedno sprawy, o której napisał Maciek, bez wielkiej pompy i prezentacji – najlepiej z osobistej perspektywy. Dlatego nie stawiam dużych kwantyfikatorów „że zawsze, że wszędzie”. Mogę  tylko stwierdzić, „że ja…” – od dwudziestu lat doświadczam ciągłych zmian i nieustannie mam wrażenie, że najciekawsze jeszcze przede mną.
 
Pytanie, które przyszło do mnie przy pierwszej próbie napisania tego tekstu: czy firma, w której pracuję, jest korporacją? Sięgnąłem do https://en.wikipedia.org/wiki/SAP_SE i dowiedziałem się,  że według Wikipedii, jednak jest. Musiałem to sprawdzić, bo sam tak tego do tej pory tego nie czułem.
Czytam często różne opinie naszych forumowiczów na temat korporacji i związanej z nimi ciężkiej doli pracownika. A jednak, pomimo zaleceń doradców personalnych – mówiących o tym, że co najmniej co sześć lat warto zamienić swojego pracodawcę na innego - mnie zatrzymało tutaj coś na dłużej. Sam staram się zrozumieć, co to jest…  Może stało się tak dlatego, że średnio co pół roku mogę stawać do nowego wewnętrznego procesu rekrutacyjnego, po to by podjąć jakieś nowe wyzwanie? Wyzwanie to nie jest ograniczone krajem, kontynentem – i za każdym razem jest trochę inne. Można się po nim spodziewać zmiany roli oraz konieczności zdobycia nowych kompetencji. Dlatego nie wciąga mnie klasyczne wspinanie po „szczeblach korporacyjnej kariery”. Czuję za to przypływ adrenaliny, konieczność poradzenia sobie za każdym razem w nowym środowisku, potrzebę szybkiego zrozumienia tego, co się dzieje wokół, bez względu na to dokąd się udało w danym dniu dolecieć i gdzie wylądować. Można się dzięki temu częściej cieszyć z sukcesów, ale trzeba być również przygotowanym na osobiste porażki. Nic nie jest dane „na pewniaka”. Jednym słowem: trzeba być „twardym, jak w korporacji”.
 
Jak do tego doszło? Kiedy w latach dziewięćdziesiątych zacząłem pracę z systemami klasy Enterprise Resources Planning (ERP), moi przyjaciele mnie przestrzegali: „uważaj, lepiej zmień pracę. ERP to nie jest dobry sposób na dobre życie. To się szybko skończy” I mieli rację: czasy klasycznego, siermiężnego ERP już dawno minęły. Niech Was nie zmyli to, że ta nazwa nadal jest używana. Pomimo tego, że wizualnie niektóre elementy rozwiązań są podobne do tych z przed lat, to pod spodem działają już zupełnie inne silniki. Podobieństwo jest potrzebne, by zachować ciągłość, ale  na tych silnikach może jeszcze „jechać” tysiąc innych rozwiązań.
Oznacza to, że od tamtego czasu nastąpił organiczny wzrost oferty produktowej: z jednego pnia powstało wiele różnych produktów, ale w drugim aspekcie, poprzez wykorzystanie strategicznych akwizycji, dołączyły nowe, do tej pory samodzielnie istniejące linie produktowe. Aby to wszystko ogarnąć, trzeba się nie lada natrudzić, a i tak nie można być specjalistą od wszystkiego. Dlatego tak, jak w wielu sprawach w życiu, tak i we wnętrzu takiej firmy, nieustannie powraca pytanie: kim chcę być – i co chcę robić dalej? Możliwości jest wiele, dlatego zawsze warto o to pytać. Ja doszedłem do przekonania, że w takim świecie najlepiej jest być generalistą ze specjalizacją. A takim kimś jest architekt (nie wnikam na tym poziomie ogólności  w to, czy mówimy o rolach typu: Enterprise Architect, czy Solution Architect, czy o jakiejś innej…)   
 
Dla architekta kluczem do sukcesu jest integracja, wszak architektura jest sztuką łączenia wielu komponentów w jedną całość. Aby lepiej to zrozumieć, warto zauważyć, że w nowej architekturze rozwiązań informatycznych, procesy biznesowe „wyrywają się” swoim ERP-owym aplikacjom spod pełnej kontroli i wpływają na dobór nowych, innowacyjnych rozwiązań. Dzięki temu wzrosła rola analizy procesów biznesowych we wdrożeniach systemów standardowych (lub jak kto woli: powielarnych). Wzrosła też rola architektury rozwiązań, jako dyscypliny. Nie spełniły się obawy  początkowych krytyków systemów standardowych. Wskazywali oni wtedy na pewne teoretyczne ryzyko. Chodziło o to, że powszechne zastosowanie tego samego systemu standardowego może upodobnić do siebie wiele firm i i sugerować jeden sposób prowadzenia biznesu. Zanikłby wtedy czynnik konkurencyjności. Dlatego krytycy postulowali:  niech firmy używają różnych systemów, najlepiej uszytych na miarę. Jednak przepowiednia sprowadzenia wszystkich do wspólnego systemowego mianownika  nigdy się nie sprawdziła, a dzisiaj jest to praktycznie niemożliwe.
Nowoczesne systemy o standardowym rdzeniu są również otwarte na swój indywidualny rozwój osobno w każdej firmie. Dzięki dobrze przemyślanym rozwiązaniom rozwój ten nie zakłóca ogólnego standardu. W tym tkwi siła. Każde pojedyncze zastosowanie nowoczesnej technologii IT nie stoi w sprzeczności z zastosowaniem unikatowego modelu biznesowego, opartego na innowacyjnych procesach biznesowych. Dlatego też na wdrożeniach coraz częściej  staje się widoczne stosowanie sprawdzonych metod warsztatu architekta, jakie proponuje przykładowo zbiór standardów TOGAF https://www.opengroup.org/togaf/. W takich okolicznościach architektura rozwiązania dawno przestała być już tylko rysunkiem systemu na kartce papieru lub na slajdzie. Jest ona teraz dynamicznie zmieniającym się zasobem przedsiębiorstwa, obejmującym swym zakresem specyficznie przygotowane procesy biznesowe, gromadzone dane i  wszystkie niezbędne do ich przetwarzania, właściwe danej organizacji, środki techniczne.
 
Czy można zatem dalej brnąć w metody typu COMMAND AND CONTROL (jak je określa Maciek)? W wielu przypadkach od dawna stosowane są tzw. procedury wdrożeniowe, czy twarde przepisy mówiące o tym co i jak należy robić, by wdrożyć jakiś konkretny system. Często takie sposoby działania porównuje się do wodospadu: pokonywanie kolejnych progów jest ścieżką w ustalonym tempie, w jednym kierunku. Jednak w obecnym świecie nasyconym technologią może okazać się, ze na końcu tej ścieżki może czekać nas …rozczarowanie. Porównując to do ruchu ulicznego, nie da się zamknąć oczu i bezpiecznie pokonać zatłoczonego skrzyżowania. Trzeba mieć oczy szeroko otwarte i patrzeć w lusterka. Odpowiednikiem tego podejścia są metody zwinne (ang. agile). Powstały one dla potrzeb tworzenia oprogramowania, ale coraz częściej zaczynają być stosowane w przedsięwzięciach wdrożeniowych wstępnie przygotowanych pakietów. Paradoksalnie, metody zwinne mogą znacznie uprościć wdrożenie rozwiązań poprzez szersze zastosowanie pakietów prekonfigurowanych i rozwiązań w chmurze (typu SaaS).
Na końcu warto wspomnieć o sile prototypowania – czyli o Design Thinking. To podejście umożliwia jeszcze szerszą zmianę sposobu myślenia wdrożeniowców. Zamiast twardo się trzymać swoich schematów i procedur, może lepiej jest na początku zrozumieć dogłębnie odbiorcę własnej pracy? Może warto wejść w jego buty, poczuć, jak to jest, gdy się jest nim, zbudować prototyp dla niego, porozmawiać o odczuciach i  emocjach? Prototyp nie musi być działającym produktem. Wystarczy, że jest to makieta, która te odczucia i emocje wyzwoli.          Podsumowując można stwierdzić, że czasie mojej pracy w korporacji zaszły znaczące i zauważalne zmiany:

  • Z jednego produktu powstała konstelacja rozwiązań branżowych, dziedzinowych i technologicznych
  • Z jednego zawodu konsultanta – powstały role i funkcje o charakterze generalistycznym i specjalistycznym
  • Dyskusja o modułach oprogramowania przeistoczyła się w dyskusję o komponentach architektury rozwiązań
  • Proceduralne, liniowe podejście do zastosowania (wdrożenia) technologii zmieniło się w podejście zwinne o dużym nasyceniu interakcji pomiędzy zespołami i poszczególnymi uczestnikami przedsięwzięcia.
  • Tworzenie rozwiązania opartego o projekt zdeterminowany myśleniem technicznym (np. układ pól w bazie danych, techniczna struktura obiektów informacyjnych w systemie) jest coraz częściej poprzedzone myśleniem empatycznym (badanie i doświadczenie emocji użytkowników na etapie prototypu).

 
Taka transformacja, jak napisał Maciek, jest możliwa i chcę ją poddać pod rozwagę tym, którzy myślą z troską o zastosowaniu nowoczesnych technologii informatycznych w gospodarce – na przykład w kontekście rozwoju koncepcji Przemysłu 4.0.

W blogu Spostrzeżenia 2018/02/13 - 11:04 Źródło

Kto powinien odpowiadać za wdrożony system klasy ERP i jego otoczenie? Dział IT czy ktoś inny? Bo to, że powinien być ktoś ogarniający wszystkie aspekty systemu, nie ulega wątpliwości. Dla wewnętrznej integracji systemu jest to niezbędne.
 
Trudno jest mi mentalnie zgodzić się, że system ERP to całkiem zwykłe informatyczne narzędzie, którego administracja i wsparcie powinno być powierzone specjalistom informatykom. Chyba, że w szerokim rozumieniu słowa Informatyk obejmiemy wszystkie specjalności od twardej technologii do miękkich umiejętności analitycznych. Ale i wtedy nie uważam za prawidłowe pozostawienie systemu wyłącznie zespołowi w IT. Chociażby ze względów komunikacyjnych i decyzyjnych.
 
Uważam się za informatyka – począwszy od składania PC i programowania przez analizę, projektowanie do wdrażania i utrzymania. Mimo tego, według mnie, waga systemu zarządzania (specjaliści od QM wiedzą o czym mowa) dla firmy, niezależnie od jej wielkości, jest tak znaczna, że do dobrego utrzymania systemu ERP konieczny jest interdyscyplinarny, stały zespół specjalistów z szefem odpowiedzialnym bezpośrednio przed Top Managementem. Zespół obejmujący wewnętrznych konsultantów modułowych i integracyjnych, ale i także administratorów technicznych. Dopiero wtedy inwestycja w zakup i wdrożenie systemu klasy ERP (a często także i innych systemów z pakietu Enterprise Information System) przyniesie oczekiwane korzyści biznesowe.
Oczywiście wielkość zespołu zależeć powinna od wielkości wdrożenia, a odległość IT od systemu ERP powinna zależeć od rozległości firmy.
 
Jednak ze względów prestiżowych (bo IT to krwioobieg firmy) albo niepełnej wiedzy zarządzających (przecież dane są w komputerze) nie tylko administracja na poziomie technicznym, ale cała odpowiedzialność za system składana jest na IT.
 
I … zaczynają się problemy? Czy może (choć trudno mi w to uwierzyć) wszystko wreszcie działa?

W blogu Spostrzeżenia 2018/02/10 - 15:28 Źródło

No właśnie, co byś Zrobił? Podobno wiele zależy od okoliczności.

Pierwsza amerykańska złota moneta to 10 złotych dolarów potocznie zwana “Eagle“, czyli Orzeł. Wyemitowano ją w 1795 roku. Moneta mierzyła 27mm średnicy, ważyła 16,718 g próby 900, a więc zawierała 0,4838 oz szczerego złota. Na awersie widniał kobiecy profil LIBERTY symbolizujący zwycięstwo, wolność i niezależność. Na rewersie monety znajdował się orzeł bielik z rozpostartymi skrzydłami, tarczą na piersi, trzymający gałąź oliwną oraz strzały.

Lubię tę monetę, bo symbolizuje ona wszystko, czego tak na prawdę chcemy i do czego dążymy. Dla mnie osobiście symbolizuje ona też przejście od "zwykłych" 10 dolarów do tych "niezwykłych", czyli wyjątkowo cennych.

Ale najpierw trzeba mieć owe papierkowe 10 dolarów, czyli trochę ponad 30 polskich złotych. Przemierzając co jakiś czas na Pradze drogę między biurem, a znajdującą się nieopodal jadłodajnią z praskimi obiadami domowymi zwykle miałem w kieszeni podobną sumkę. 2 razy zatrzymały mnie lokalne pijaczki z pobliskiej bramy i "musiałem" im dać na piwo. Ale zdarzył się raz, kiedy nie musiałem, a chciałem, a byłem - pamiętam - bardzo głodny...

Pani o kuli. Starsza. Na pewno po 80-tce wyciągnęła rękę i wypowiedziała te magiczne słowa "jestem głodna". Dla mnie to była i jest nadal prawdziwa bezimienna bohaterka, bo łatwo jest nam wyciągnąć czasami rękę, ale na prawdę trudno powiedzieć, że jest się głodnym. Ja ten swój głód z tego dnia do dziś czuję i pamiętam.  I pamiętam również, że tego dnia na obiad jak nigdy dotąd wyjątkowo smakowały mi moje słone łzy.

10 dolarów to także dla mnie symbol bezdomnego, który zapukał kiedyś do mnie w kamienicy w Krośnie, powiedział, że mu zimno i prosi tylko o jedną noc. Co zrobiłem? Poszczułem go kamiennicznikiem i wyrzuciłem na bruk. Bo cuchnął, bo bałem się, że mnie okradnie, bo wyświetlił mi się gazetowy "pierdolony" obraz wszystkiego, co niewygodne, co pokazuje, że nie warto sobie brudzić rąk, a na kogoś "innego" najlepiej się wyrzygać... Dlatego na dziś dla mnie takim bohaterem jest Kuba Bierzyński, który - choć mówi - że zrobił TO dla siebie, to tak na prawdę zrobił TO dla nas wszystkich i w imieniu nas wszystkich. Dziękuję Ci Kubo (zwracam się po imieniu tylko dlatego, że poznaliśmy się kiedyś w OMD i że mam zaszczyt gościć Go wśród 46 wyjątkowych znajomych na FB!!!).

Święty Jan Maria Vianney pisał w swoich słynnych "kazaniach" (według mnie Nobel), że my wszyscy potrzebujemy tych wszystkich nędzarzy, żeby móc jeszcze tu na ziemi zadośćuczynić. Wszyscy wiemy, że "nędze" mogą być i te małe i te wielkie - bo jak pisała Iwona Bartczak w słowie na piątek, każdy z nas ma w sobie jakąś cząstkę nędzy z powodu swojej grzeszności.

Wracając do tej mojej sytuacji z kamiennicznikiem. Do dziś tego żałuję. I wtedy w Krośnie o mały włos znów popelniłbym ten sam błąd...Było około 7 rano, podali w radio, że pali się pensjonat Krakowiak w Iwoniczu Zdroju. Był 13 grudnia. Uwielbiałem jeździć oglądać akcje naszej straży. Nie raz jechałem za wozem strażackim "do pożaru". Nie raz nie dojechałem, bo okazywało się, że straż np. jedzie do zabitego na drodze konia...Ale tym razem byłem zdeterminowany być na miejscu. "Piździło" jak w Kieleckiem. Temperatura minus 30. Pół metra śniegu. Gdy pędząc na miejsce przeznaczenia minąłem klasztor Michalitów w Miejscu Piastowym, zauważyłem, jak prawą stroną drogi rzucana na prawo i lewo idzie stara babinka. Pojechałem dalej. Ujechałem ok 500 metrów i nagle "coś" nakazało mi nacisnąć pedał hamulca...

...zawróciłem. Jak starsza Pani wsiadła do mojego auta, widać że była bardzo smutna. "Jadę do brata, jest chory, ale cóż nie mam pieniędzy na autobus, muszę iść 10 kilometrów". Dojechaliśmy na miejsce. Postanowiłem, że na Nią zaczekam i ją odwiozę. Tylko proszę szybko, 15 minut góra - odparłem. Chwilę potem przyjechała karetka. Mijały długie chwile. W końcu babcia przyszła i przyniosła mi następujące słowa: "muszę Panu powiedzieć, że jestem bardzo szczęśliwa. ZDĄŻYŁAM. Mój brat właśnie zmarł...". Te słowa były i są dla mnie warte 1,000 dolarów!!!

Podsumowując - 10 dolarów, które dla Ciebie jest warte tyle co nominał, może znaczyć więcej dla kogoś. Jednego tylko nie wiemy. Ile będzie warte w Niebie...A tu na Ziemi czasami nie wystarczy powiedzieć "Oh my God"...

 

W blogu Spostrzeżenia 2018/02/10 - 11:23 Źródło

Gdy pracujemy u kogoś na posadzie, to marzy nam się wolność i niezależność.  Czytamy o tych, którzy poszli na swoje, czytamy o startupach, mamy wrażenie, że tak to dzieje się a dzieje, dużo i pozytywnie. Tam jest prawdziwe życie!
Pracując w  korpo, myślimy o startupie czy po prostu własnej firmie jako o nowych możliwościach, które dzięki temu uzyskamy. Startupy przyciągają naszą uwagę jak silny magnes, od którego nie da się odczepić. Jeśli nadarzy się okazja, a w nas będzie wystarczająco dużo odwagi i chęci spróbowania czegoś nowego, to zastanawiamy się, czy nie zacząć od nowa. Zwłaszcza jeśli nie przyduszają nas jakieś pilne zobowiązania.
Czasem wtedy wracamy do młodości, kiedy wszystko wydawało się możliwe, a żadne trudności zbyt wielkie. Nie pamiętamy już  tamtych wyrzeczeń, napięcia, ryzyka i niespodzianek, nie zawsze dobrych. W ustach nie ma już smaku tamtych porażek, nieudanych prób.
Wydaje nam się, że zaczynając zawodowo od nowa – własną firmę tym razem – odzyskamy sprawczość młodości, a od kłopotów uchroni nas doświadczenie późniejszych lat. W efekcie dostanie drugie, lepsze życie zawodowe.
Więc wchodzimy w to: we własną firmę, w startup
Euforia trwa tylko chwilę. Potem następuje seria mniejszych i większych porażek, bo po prostu jesteśmy nowicjuszami w roli właściciela i przedsiębiorcy, uczymy się, więc nie może być samych sukcesów. Zaczynamy się zastanawiać co jest nie tak, czy to tylko ból początku czy coś więcej. Słyszymy, że innym się udaje, więc próbujemy dalej. Dalej jest coraz ciężej i trudniej, coraz więcej spada nam na barki. Do firmy dołączają kolejne osoby, aby zasmakować startupu. No i robiliśmy dobrą minę, więc tak do końca nie wiedzą, jak ciężko jest. Choć rzeczywistość zaczyna nas przerastać, to wobec świata nie spuszczamy z tonu. Na Brylujemy na portalach społecznościowych, wistując wszystko co świadczy o tym, jacy jesteśmy dobrzy i jak nam dobrze idzie.
Niektórzy z zespołu nie wytrzymują tempa, liczby tematów i ciągłej walki o każdą złotówkę. Brak stabilności i niepewne jutro zaczyna wpływać na nasze relacje, w domu potęgują się problemy. Wspólnik pyta „i jak”? Odpowiadamy, że „Mamy leady”. Żona pyta „jak idzie?”, my na to „w przyszły miesiącu powinienem już zarobić”. Niektórzy grzecznie dziękują i odchodzą, inni po cichu szukają powrotu do korpo.
Zaczynamy się zastanawiać, czy dać już za wygraną. Czy czas już ocenić nasze przedsięwzięcie?
Czy jeśli miałoby się udać, to już udałoby się?
Przecież daliśmy z siebie wszystko i mamy ciekawy produkt. Przecież mamy kontakty, wiedzę i umiejętności. Wiemy, że to ma sens. Ale kiedy będą efekty? Zastanawiamy się, co będzie za dzień, tydzień, miesiąc, gdzie będziemy za rok?
Przekonujemy sami siebie i otoczenie, że trzeba iść dalej, choć efektów (tych finansowych) jeszcze nie widać. Angażujemy się w to i tamto, wiążemy koniec z końcem, wybieramy co robić a czego nie, co zlecić co zrobić samemu, szukamy wsparcia i pomocy. W pewnym momencie albo zbyt duże ryzyko naszego startupu materializuje się i ponosimy ostatecznie porażkę, albo mamy szczęście, wystarczy nam czasu i pieniędzy i wychodzimy na prostą. Uff jesteśmy na fali, udało się!
Inni nam zazdroszczą. Gryzą się dlaczego im nie idzie, choć przecież powinno!
Nie wiedzą, jak wieloma wyrzeczeniami, rozczarowaniami, zwątpieniami,  okupiliśmy nasz sukces. Jak blisko byliśmy rezygnacji! Własna firma, startup to pasmo porażek i pomyłek, ciągłe przeciąganie liny i przełamywanie barier własnych i naszego zespołu. Tylko tym się udaje, którzy po kolejnym upadku, potrafią powstać i starać się jeszcze mocniej i mądrzej. Czasem musimy radzić sobie sami, a czasem pomoc nadchodzi od nieoczekiwanych osób. Wytrwałość, emocjonalna akceptacja ryzyka i otwartość na ciągłe zmiany – tylko taka postawa daje szansę młodej (stażem) firmie.
Jesteśmy na fali, ale……
No, właśnie…. przecież nie na zawsze.  Do kolejnego kryzysu, spowodowanego własnym błędem, zmianą regulacji, wejściem konkurencji, oszustwem wspólnika, a może po prostu do kolejnego „sprawdzam” rynku…..
Decydując się na własny biznes, zwłaszcza startup czyli zakładając że będziemy ten biznes rozwijać, tak naprawdę nigdy nie wiemy, w którym miejscu jesteśmy. Czy ciągle próbujemy, czy ciągle jeszcze sprawdzamy, czy już czas na efekty, czy może głupio byłoby się już efektów spodziewać, czy jeszcze inwestować – emocje, energię, czas, pieniądze – czy najwyższy czas odpuścić?
Z tymi trzeba umieć żyć. Nie każdy umie.

W blogu Spostrzeżenia 2018/02/07 - 22:45 Źródło

https://www.youtube.com/watch?v=wpCKs33n3Lk

Jan Paweł II był pod wielkim wrażeniem wiary Dolores O'Riordan. Zapraszali ją kolejni papieże. Śmierć irlandzkiej wokalistki The Cranberries wstrząsnęła wszystkimi, w tym mną. Jej głos i wrażliwość ceniło wiele osób, wśród nich św. Jan Paweł II.
 
Dolores O’Riordan zmarła nagle w wieku 46 lat. Przebywała w tym czasie w Londynie, gdzie nagrywała ze swoim zespołem. 
 
Dolores zasłynęła w latach 90., gdy po przesłuchaniu dołączyła do zespołu The Cranberries. Młoda wokalistka od razu zachwyciła wszystkich nietypową barwą głosu, a pierwsze napisane przez nią piosenki okazały się hitem, m.in. "Linger", która do dziś jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych jej kawałków, obok kultowego "Zombie".
 
Dolores pochodziła z tradycyjnej irlandzkiej rodziny. Była katoliczką. Matka nadała jej imię na cześć Matki Bożej Bolesnej (María de los Dolores). Dziewczyna wielokrotnie wspominała, jak ważna była dla niej wiara w życiu. W jej domu Jan Paweł II był prawdziwym bohaterem. Już jako dziecko była obecna podczas jego pielgrzymki do Irlandii. Bardzo chciała go spotkać osobiście. Udało się to dwa razy w 2001 i 2002 roku. Jan Paweł II był pod wielkim wrażeniem artystki. Stwierdził, że wiara ma wielki wpływ na twórczość Dolores i to mu imponuje.
 
Dolores po spotkaniu z Janem Pawłem II powiedziała: "On był naprawdę cudowny, bardzo święty. Oszalałam na jego punkcie. Sądzę, że on naprawdę troszczy się o biednych i kocha spotkania z ludźmi". W późniejszych latach widziała się również z papieżem Benedyktem XVI, była też wielokrotnie zapraszana, aby wystąpić w Watykanie. Ostatni raz w 2013 roku na prośbę papieża Franciszka. Zaśpiewała wtedy podczas świątecznego koncertu.
 
W 1995 roku wystąpiła razem z Luciano Pavarottim podczas charytatywnego koncertu w Modenie. Śpiewak był tak oczarowany Dolores, że zaprosił ją do wspólnego występu. Wykonali razem "Ave Maria". Wśród zebranej publiczności była obecna m.in. księżna Diana, którą tak poruszyło to wykonanie, że zdecydowała się spotkać z artystami. Dolores szła do łazienki, kiedy Luciano poprosił ją pilnie do siebie. Wsiedli do samochodu i ku zaskoczeniu piosenkarki pojechali na spotkanie z księżną.
 
Diana powiedziała O’Riordan, że popłakała się na jej występie. Wrażliwość artystki przypomniała księżnej o zmarłej matce Frances, która była zakochana w "Ave Maria". Kobiety chwilę ze sobą rozmawiały. Wzajemnie były pod swoim wielkim wrażeniem. 
 
Niestety życie artystki było też naznaczone wielką tragedią. W wieku 8 lat była wykorzystywana seksualnie. Trwało to ponad 4 lata. Przyznała się do tego dopiero w późniejszych wywiadach. Jeden z przyjaciół rodziny, któremu ufała, molestował ją. Rodzice o tym nie wiedzieli; matka pracowała, a ojciec był nieświadomy tego, co się działo.
 
To wpłynęło na nią, gdy dorastała. Cierpiała na depresję oraz anoreksję. Widać to szczególnie w pierwszych teledyskach zespołu. Była bardzo szczupła i to rodziło domysły. Długo musiała się leczyć, a wiara pomagała jej uporać się z tragedią. "Myślałam, że to moja wina, ale pokonałam to. Ukrywałam się ze wstydu. Myślałam: o mój Boże, jaka obrzydliwa i okropna jestem. Gdy stałam się sławna, było jeszcze trudniej".
 
Wszystko się zmieniło, gdy poznała swojego męża Dona Burtona. W 1994 roku wzięli ślub i założyli rodzinę. Dolores została matką i wielokrotnie podkreślała, że dzieci uratowały jej życie od beznadziei. Poświęciła się ich wychowaniu, ale nie zrezygnowała z muzyki. "Dzieci były kluczowe w moim procesie uzdrowienia" - mówiła O’Riordan. Macierzyństwo stało się jej priorytetem.
 
W 2011 roku bardzo przeżyła śmierć ojca. W 2014 roku jej małżeństwo z Burtonem rozpadło się. Był to wielki cios dla Dolores, która w rodzinie pokładała całą nadzieję. Po 20 latach małżeństwa mąż od niej odszedł. Podczas jednego z lotów transatlantyckich na pokładzie samolotu dostała ataku. Wpadła w szał i stała się agresywna, dlatego po wylądowaniu aresztowano ją. Trafiła też pod opiekę psychiatryczną. Zdiagnozowano u niej zaburzenia dwubiegunowe. Przez pierwszy okres walki z chorobą dzieci mieszkały z ojcem i tęskniły za matką.
 
Ten czas Dolores wspominała tak: "Najwyraźniej moja mama weszła do celi. Nie pamiętam wiele. Stworzyłam efekt żółwia. Schowałam się pod kocem. Śpiewałam w celi, modliłam się i medytowałam, bardzo zmarzłam".
 
"Od dłuższego czasu byłam w manii, ale to trwało zaledwie 3 miesiące, później upadłam na dno i znowu wróciła depresja" - opisywała swoje objawy Dolores. Mówiła również, że miała myśli samobójcze, ale zawsze rodzina i wiara dawały jej niezwykłą siłę, dlatego odrzucała podobne pokusy.

W ostatnim czasie Dolores O’Riordan odwoływała lub przekładała kolejne koncerty ze względu na stan zdrowia i chęć odpoczynku. Wraz z zespołem przybyła do Londynu, aby pracować nad nowym materiałem. Była w bardzo dobrym stanie psychicznym. Zmarła nagle, szczegółów nie podano, ale rodzina stanowczo ucina spekulacje o rzekomym samobójstwie, prosząc jednocześnie o uszanowanie ich prywatności. Dolores osierociła trójkę dzieci: syna Taylora Baxtera oraz córki Molly Leigh i Dakotę Rain.
 

W blogu Spostrzeżenia 2018/02/06 - 06:39 Źródło

Kazdy polski biegly rewident reprezentuje armię kilku tysięcy osób, które mogłyby (bo nie zawsze chcą) badać sprawozdania finansowe.
Krajowa Komisja Nadzoru, dzialajaca przy Polskiej Izbie Bieglych Rewidentow (obecnie wspierana przez KNA) prowadzi systematyczne kontrole jakosci prac bieglych rewidentow. Opierajac sie na ostatnim raporcie KKN z roku 2016 mozna odniesc wrazenie, ze nie jest tu zbyt rozowo.
Dodatkowo pojawilo sie ustawowe widmo ukarania bieglego kwota 250 tys PLN. Moim zdaniem dla wlasnego bezpieczenstwa kazdy biegly rewident powinien czym predzej przepisac na zone lub dzieci dom, samochod, a nawet klapki basenowe...bo sa przypadki, ze jak przychodzi komornik (lub egzekutor) i nie potrafi na prawde nic zajac, wpisuje do protokolu ze wsciekolosci np. klapki, zdezelowana lodowke lub kwiat doniczkowy... 
Jakie sa glowne grzechy bieglych rewidentów? Tak, wśród biegłych są też grzesznicy. Być może niektórzy z nich zazdroszczą lekarzom, ze nie mogą uprawiać seksu za parawanem z pielęgniarką, a w to miejsce muszą kolekcjonować inne złe namiętności.

Grzech numer 1, to chciwość. Na tę kwestię coraz częściej zwracają uwagę organy nadzoru, opracowując plan kontroli. Chciwość to w tym przypadku pozyskiwanie klientów za wszelką cenę bez względu na jakość wykonanych prac. Moze juz odchodzą do lamusa przypadki, kiedy biegly-emeryt robil badanie za 2 tys PLN, zeby moc w lato pojechac na wczasy do Leby. Ale wciaz niestety sa wylapywane przypadki bieglych, ktorzy chca zrobic badanie zbyt tanio w relacji do rozmiarów działalności firmy. Nie dziwi wiec, ze renomowane firmy nie wybieraja audytorow z Pcimia (z gory przepraszam, jezeli tam mieszka jakiś biegły rewident, z pewnością jego ten wpis  nie dotyczy).

Grzech numer 2. Ten grzech nie wystepuje w kanonie 7 grzechów głownych. Nie wiem w sumie jak go nazwać. Ale wynika on z tak oto opisanej okolicznosci: "nie my mamy czas, lecz czas ma nas". Swiadomosc tego powoduje wsrod bieglych, ze trzeba prace zakonczyc szybko. Oczywiscie pomaga tu dobra organizacja, doswiadczenie i mocne procedury. Presja czasu moze spowodowac, ze zakres prob przyjetych do badania lub testow systemow kontrolnych zostanie zbyt ograniczona. Dla nie wtajemniczonych wskaze, ze miedzynarodowe standardy badania dopuszczaja odstapienie od niektorych testow szczeglowych, o ile biegly uzna, ze systemy kontroli wewnetrznej funkcjonuja prawidlowo. Ta "zaslona dymna" moze prowokowac ujawnienie sie grzechu znanego jako "lenistwo". Kazdy klient powinien miec tego swiadomosc i dla wlasnego dobra (nie mowiac o bezpieczenstwie) wrecz domagac sie od bieglego zbadania obszarow, ktore sa dla niego krytycznie istotne. Powinien tez klient domagac sie obecnosci bieglego podczas badania, a nie tylko na powitanie i przekazanie opinii.

Grzech numer 3. Pycha. Dobrze wiemy, ze szatan najbardziej boi się pokory, ktora idzie w parze z posluszeństwem. Brak pokory w przypadku bieglego rewidenta oznacza jedno: ja wiem najlepiej - bo jestem "biegly". "Wiem najlepiej" - znaczy wedlug jakiej wiedzy "wiem najlepiej" - tej aktualnej, czy tej sprzed kilku lat? "Wiem najlepiej" - znaczy czy dobrze interpretuje stan faktyczny/ czy alternatywne podejscia/ warianty sa mozliwe? "Wiem najlepiej" - czy ocenilem dobrze ryzyka - zarowno te biznesowe, jak i zwiazane z procesem audytu?

Dla zainteresowanych nie tylko grzechami, ale i pozytywna strona mocy, zalaczam pomocne linki:
a)https://www.pibr.org.pl/static/items/publishing/20170426_Sprawozdanie%20KNA%20za%20rok%202016.pdf;
b) https://www.pibr.org.pl/assets/file/1606,sprawozdanie_KKN_2016.pdf

W blogu Spostrzeżenia 2018/02/03 - 12:38 Źródło

Model Johna Maxwella "5 poziomów przywództwa" jest to praktyczny i sprawdzony na świecie i w Polsce model przywództwa, stosowany w tysiącach firm i organizacji, który daje jasny i klarowny obraz przywództwa. 
Pięć poziomów przywództwa

Prawa przywództwa według Johna Maxwella  inspirują, pokazują nowe perspektywy myślenia i działania, zmuszają do refleksji i mobilizują do zmiany.
21 praw obejmuje m.in. następujące zagadnienia:
Prawo górnej granicy: Co zależy od przywództwa i dlaczego warto rozwijać umiejętności przywódcze?
Prawo wpływu: Co to jest przywództwo i czym różni się od zarządzania? Jakie są cechy skutecznego lidera? Prawo procesu: Jak pracować nad sobą i rozwijać swoje umiejętności przywódcze?
Prawo nawigacji: Jak wyznaczać cele i angażować ludzi do ich realizacji?
Prawo wartości dodanej: Jak zbudować wewnętrzną motywację ludzi do działania? Jak najlepiej służyć ludziom?
Prawo solidnego gruntu: Jak zyskać zaufanie swoich ludzi?
Prawo szacunku: Jak zyskać szacunek swoich ludzi i zbudować osobisty autorytet?
Prawo intuicji: Co to jest intuicja i w jaki sposób wykorzystać ją?
Prawo magnetyzmu i Prawo ścisłej współpracy: Jakich ludzi przyciągamy do siebie? Jak w strategiczny sposób zbudować swój zespół i wewnętrzny krąg?
Prawo więzi: Dlaczego i jak budować więzi z ludźmi i angażować ich do współpracy?
Prawo upełnomocnienia: Jak dzielić się władzą ze swoimi ludźmi?
Prawo wizerunku: Jak dając przykład kształtować postawy i zachowania ludzi? Jak kształtować swój wizerunek?
Prawo akceptacji: Jak zyskać akceptację swoich ludzi?
Prawo zwycięstwa: Jak odnosić zespołowe zwycięstwa?
Prawo dynamiki: Jak nabierać przyspieszenia w działaniu i biznesie?
Prawo priorytetów: Jak ustalać priorytety i podnosić swoją efektywność?
Prawo ofiarności: Z czym związany jest sukces?
Prawo wyczucia czasu: Jak wykorzystać czynnik czasu?
Prawo eksplozywnego rozwoju: Jak zwielokrotniać wartość dla firmy poprzez rozwój liderów?
Prawo dziedzictwa: Jak budować sukcesję?
Stanowisko nie czyni nikogo liderem, nie sprawia, że ludzie podążają za nim. Żeby nie być samotnym spacerowiczem warto pracować nad rozwojem swoich umiejętności przywódczych.
W tym załączniku  jest broszura najnowszej edycji studium przywództwa według Johna Maxwella, którego jesteśmy partnerem. Bardzo polecamy go uczestnikom naszego serwisu Business Dialog i naszego Klubu Dyrektorów Finansowych "Dialog".  Tutaj można potwierdzać chęć uczestniczenia http://www.businessdialog.pl/events/5-poziomow-przywodztwa

W blogu Spostrzeżenia 2018/02/02 - 21:40 Źródło

https://www.youtube.com/watch?v=QIRYX75CP6E

Na pewno Stajesz codziennie do walki o nowe wyzwania.
Tak, Ty, nie nikt inny.
Nie chodzi o to, czy podbijesz poprzeczkę w swojej firmie, wygrasz gonitwę o kolejny medal z kartofla, chodzi o to, co Wygrasz w swojej głowie...
Do wygrania są małe rzeczy, małe chwile i te wielkie. O tych pierwszych kiedyś śpiewała Sylwia Grzeszczak.  Można i trzeba wygrywać te walki, niezależnie od tego, czy prowadzą je "w naszym imieniu" dobre i złe duchy, czy to kwestia tylko woli czy czegoś więcej.
Dlaczego jedni te walki wygrywają, a inni nie? Wydaje się, że kluczem jest jedno słowo: decyzja, moja decyzja o tym, że chcę podjąć walkę. Oczywiście to banalne, ale decyzja MUSI BYĆ DOBRA, a najlepiej idealna. 
Wobec braku decyzji, Twojej decyzji, walki jakby toczyły się same, niezależnie od tego co Zdecydujesz.
Tak, jak by Twoja głowa została wydzierżawiona na wielkie pole bitewne. Dodam - za darmo.
Czy decyzja wystarczy? Niestety nie. To jakieś 51% podstawy sukcesu. Ale to wciąż bardzo dużo.
Wygrałeś już głosowanie w swojej głowie! Czyli tak jakby Określiłeś, która strona wygra, czy nazwiesz to dobrem czy złem, czy prawicą, czy lewicą.  Dalsza część pracy ma na celu już tylko jedno - skrócić czas tej całej potyczki. Chodzi po prostu o to, jaka będzie struktura tych 49% - czy będzie to np. 1% walki i 48% spokoju czy coś po środku.
Co więc ułatwia skrócenie drogi do celu? Chyba przede wszystkim  dyscyplina, trzymanie się codziennie ustalonego planu i zakaz szukania kompromisów z przeciwnikiem - tym po drugiej stronie boiska. Bo mamy wygrać całość. Całe boisko ma być nasze!!!

Jak to podejście przełożyć na obszar biznesowy? W praktyce chodzi o to, czy będę najlepszy, najgorszy lub tylko przeciętny. Najbardziej z tych słów drażni mnie słowo "przeciętny" - znaczy bez smaku jak woda, bez zapachu jak świeże wiejskie powietrze, bez aksamitu dziecięcej skóry niemowlęcia.
Tak tak - uważam, że z punktu widzenia postrzegania naszych dokonań równie bardzo doceniam opowiedzenie się po stronie Nieba, jak i Piekła, Dobra czy Zła. Bo najzwyczajniej wtedy nie mam problemu ze zrozumieniem, o co w tym wszystkim chodzi...Jest to Coś po prostu dostatecznie wyraziste...
Jest rzeczą oczywistą, że wszyscy pragniemy DOBRA, w postaci dobrych decyzji czy też dobrych, a nawet bardzo dobrych wyborów...Czy wystarczy stosowanie się do tzw, dobrych praktyk i standardów, żeby być Mistrzem. Otóż NIE!!! Wtedy niestety będziesz przeciętny - tak samo jak wszyscy, którzy się do tych standardów przykładają.
Jeżeli na prawdę Chcesz być Mistrzem, Musisz podjąć ryzyko, Musisz się zgodzić na to, że nie będziesz wiedział, kiedy finał nastąpi i jaki będzie jego ostateczny, choć pożądany przez Ciebie kształt!. Ale jeżeli podjąłeś decyzję, że będziesz walczył o ten finał, masz zagwarantowane owe 51% sukcesu, o którym pisałem na początku.    
Co praktycznie oznacza ryzyko? Jeżeli na przykład chcesz, ażeby Twoja firma wygrywała przetargi, to:
a) jeżeli podejmiesz złe decyzje, nie będziesz ich wygrywał, a zapewne jeszcze obśmieją Twój projekt;
b) jeżeli podejmiesz dobrą decyzję, ale nie zaryzykujesz, wygrasz przetarg i zrealizujesz go jak każdy dobry rzemieślnik;
c) jeżeli podejmiesz dobrą decyzję i zaryzykujesz, wygrasz przetarg i stworzysz coś takiego, że wszyscy inni będą chcieli robić TO z Tobą bez przetargu - bo tylko Ty dostarczysz coś wyjątkowego!  

W blogu Spostrzeżenia 2018/01/27 - 18:44 Źródło

Jako niepoprawny „oszołom” (teraz „symetrysta”) od lat twierdzę, że między nacjonalizmem-faszyzmem-nazizmem i socjalizmem-komunizmem jest więcej elementów wspólnych niż sprzecznych.  
W związku ze zmasowaną obroną komunistów, przed porównywaniem ich z nazistami, tak na szybko  opisałem kilka punktów odniesienia:
Po pierwsze, kolektywizm. I nazizm i komunizm są kolektywistyczne. Podobnie zresztą jak faszyzm, nacjonalizm, autorytaryzm, konserwatyzm i socjalizm - aczkolwiek w innych obszarach istnieją między nimi zasadnicze różnice. Po drugiej stronie jest indywidualizm - czyli liberalizm i chrześcijaństwo. Oczywiście chrześcijanie, a już zwłaszcza katolicy, wyją z bólu na wieść o tym, że  mają coś wspólnego z liberalizmem - ale podobnie jest z komunistami, którzy  nie przyjmują do wiadomości podobieństwa z nazizmem. „W literaturze politycznej znano tylko te dwa punkty widzenia: indywidualizm i kolektywizm” - pisał Ludwik Gumplowicz. I miał rację. Etyka indywidualistyczna, którą propagowała w swoim obiektywizmie Ayn Rand wyklucza te wszystkie zbrodnie, które jedne grupy ludzi robiły innym grupom ludzi przy pomocy aparatu państwa. Jednostki - owszem - konkurują. Ale ich interes własny - jak jakaś „niewidzialna ręka” - popycha ich do współpracy.
Po drugie: państwo. I nazizm i komunizm, znów podobnie jak faszyzm, nacjonalizm, autorytaryzm, konserwatyzm i socjalizm, absolutyzują państwo jako najwyższą formę organizacji społecznego „kolektywu”. Tylko liberalizm domaga się ograniczenia władzy państwa.
Po trzecie, partia. O ile w autorytaryzmie, i konserwatyzmie państwo działa przez swoje organy (tak było choćby w II RP po autorytarnym zamachu majowym), o tyle w nazizmie i komunizmie organy państwa są instrumentem w rękach partii politycznych (NSDAP, KPZR, PZR).
Po czwarte, wódz. Idea wodza (Fuhrer, I Sekretarz) łączy nazizm i komunizm z nacjonalizmem, faszyzmem i nawet autorytaryzmem, rządy w którym też opierają się na autorytecie jednostki (cezaryzm, bonapartyzm) i różni z innymi systemami, zwłaszcza z indywidualistycznym liberalizmem, dla którego każdy jest „wodzem” sam dla  siebie.    
Po piąte, totalitaryzm. Nazizm i komunizm są totalitarne. Państwo zajmuje się nie tylko polityką, ale także gospodarką, kulturą i całym życiem społecznym. Totalnie właśnie. A  państwo to „wódz”. I to jest to bardzo istotny element który łącząc nazizm z komunizmem, różni je od autorytaryzmu, w którym państwo i wódz mieli zajmować się polityką, ale życie społeczne pozostawiali lekko poza swoją kontrolą - a nawet i gospodarkę (Portugalia Salazara i Chile Pinocheta).
Po szóste, teoria wroga. Nazizm i komunizm poszukują sobie wroga. Bo w ten sposób łatwiej zjednoczyć własną grupę.  Dla nazistów wrogiem byli Żydzi. Dla komunistów - burżuazja, czyli często też Żydzi. Marks traktował „żydostwo” (między innymi w „Zur Judenfrage”) prawie jako synonim „burżuazyjnego wyzyskiwacza”.
Po siódme, teoria wojny. Jak się ma wroga - śmiertelnego - trzeba z nim prowadzić wojną. Na śmierć i życie. Dlatego i naziści i komuniści zajmowali się prowadzeniem nieustanej wojny, która przy okazji cementowała „kolektyw” wokół „wodza” - wszystko w sprzężeniach zwrotnych.
Po ósme, interwencjonizm. Aparat państwa służy nazistom i komunistom nie tylko do zwalczania wroga i prowadzenia wojny, ale także do poprawy „jakości życia kolektywu”. Państwo „interweniuje” wiec w stosunki społeczne i - przede wszystkim - gospodarcze. Mają to wspólne z socjalistami, bo w autorytaryzmie dopuszczano wolny rynek (jak była o tym mowa wyżej)
Po dziewiąte, wspieranie „championów” gospodarczych. Sile państwo potrzebuje silnych firm. Dlatego i naziści i komuniści (podobnie zresztą jak socjaliści) lubią wspierać duże przedsiębiorstwa - pod warunkiem oczywiście, że mają nad nimi własnościową, albo przynajmniej administracyjną kontrolę.
Po dziesiąte, niechęć do małego biznesu. O ile liberalizm podkreśla rolę przedsiębiorczości - zwłaszcza drobnych kupców i przemysłowców - o tyle w systemach nazistowskich i komunistycznych są oni co najwyżej do pewnego stopnia tolerowani. Ta niechęć jest typowa także dla socjalizmu, aczkolwiek stopień „oficjalnej” niechęci bywa w przypadku socjalizmu nieco mniejszy.  
Po jedenaste, etatyzm. Nazizm i komunizm są etatystyczne. Socjalizm też ma etatystyczne ciągoty, ale przynajmniej werbalnie aprobuje wolny rynek i chce go jedynie „korygować”. Systemy totalitarne - a takimi właśnie jest nazizm i komunizm - chcą kontrolować zawsze wszystko.
Po dwunaste, wysokie wydatki publiczne.  O ile socjaliści dostrzegają jeszcze jakieś limity wydatków publicznych, o tyle naziści i komuniści takich nie widzą - poza fizycznym brakiem środków na wydawanie.   
Po trzynaste, antyliberalizm. Nazistów i komunistów łączy antyliberalizm, aczkolwiek i to nie jest dla nich wyjątkowe - podzielają tę niechęć  z nimi także faszyści i socjaliści.
Po czternaste, antykapitalizm. Kolejna cecha wspólna nazizmu i komunizmu to skrajny antykapitalizm. Socjaliści też są antykapitalistyczni, ale nie aż tak jednoznacznie dostrzegając potrzebę istnienia jakich form własności prywatnej, rynku i „burżuazyjnych praw człowieka”.   
Po piętnaste, krytyka praw człowieka. O ile liberalizm koncentruje się na prawach jednostki, konserwatyzm, autorytaryzm i socjalizm te prawa limitują, o tyle w systemach totalitarnych, a takim jest właśnie i nazizm i komunizm, prawa jednostki nie występują w ogóle - totalnie.

Jakie są zatem różnice, które pozwalają utrzymywać tezę o jakiejś nadzwyczajnej różnicy jakościowej między nazizmem i komunizmem? Podobno nacjonalizm i rasizm. Komunizm nie jest nacjonalistyczny. Jest (iner)nacjonalistyczny. Czy to rzeczywiście różnica jakościowa? Inny jest punkt odniesienia - do innego kolektywu. W jednym przypadku jest to „naród” w drugim przypadku jest to międzynarodowa klasa robotnicza - bez względu na różnice narodowe. Wszystkie pozostałe konsekwencje są takie same w obu przypadkach. Jak naród/klasa jest lepszy/a od innych to musi się konsolidować wewnętrznie i walczyć ze swoimi wrogami pod przywództwem „wodza”.

Kolejnym stadium nacjonalizmu jest rasizm. O ile nacjonaliści wywyższają własny naród, o tyle rasiści koncentrują się na poniżaniu innych narodów, choć odwołują się bardziej do teorii ras a nie narodów, choć w praktyce bardziej koncentrują się na poniżaniu innych narodów. Komuniści mają do podobny stosunek do innych klas społecznych niż „przodująca klasa robotnicza”.  
Wszystkie podstawowe mechanizmy ideowe i instytucjonalne dla nazistów i komunistów są więc wspólne. Nic zatem dziwnego, że konsekwencje ich działań też były wspólne: ludobójstwo. Z tym, że prowadzone w imię innych idei i przy pomocy innych metod.

W blogu Spostrzeżenia 2018/01/26 - 14:43 Źródło

Business Dialog Bulletin - widok książki

Premium Drupal Themes by Adaptivethemes