Przejdź do treści
Zapraszamy

Czytelników, rozmówców na forum, Autorów, Blogerów, Redaktorów,...

Przeczytaj o możliwościach korzystania z witryny i współpracy

Salon Business Dialog Klub Inspirations Klub Dialog CIO Business Meeting Point Kwintesencja Projekty Business Dialog

W blogu Spostrzeżenia

Blog Iwony D. Bartczak

Jak głosi powiedzenie znakomitego fizyka i noblisty Nielsa Bohra, „Przewidywanie jest trudne zwłaszcza jeśli dotyczy przyszłości” I właśnie dlatego wiedza o tym co się zdarzy oraz w jakim czasie i z jaką siłą jest tak istotne. Podobnie, jeśli firma będzie znała odpowiedź na pytania czy popyt będzie słabł czy rósł, czy łańcuchy dostaw i związanych z nimi firm partnerskich będą niezawodne, czy finanse a w szczególności Cash Flow będzie na poziomie zapewniającej firmie bezpieczeństwo finansowe. To taka wiedza zmniejsza szansę wpadnięcie w problemy czy kryzysy i pozwala omijać pułapki obarczone istotnymi ryzykami nie mówiąc już o tym że ogranicza możliwość znalezienia się na granicy bankructwa. A z drugiej strony, umożliwia zwiększenie konkurencyjność firmy i pozwala jej lepiej korzystać z okazji biznesowych. Narzędziami umożliwiającym określenie mniej lub bardziej dokładne zjawisk w przyszłości są modele i algorytmy predykcyjne. Najbardziej szeroko stosowane, Klasyczne modele predykcji, czyli określania tego co się zdarzy w przyszłości, na podstawie tego co się działo do tej pory, bazują na danych historycznych. I to w decydującej mierze na danych finansowych. I co równie ważne, ograniczone są to prawie wyłącznie do danych dotyczących samej firmy. Takie dane były łatwiejsze do pozyskania niż dane spoza firm. Co kiedyś było kosztowne a nieraz niemożliwe do przeprowadzenia. Dlatego nie uwzględniają one kontekstu w jakim działa firma. Kontekstu obejmującego to co się dzieje w danej branży czy w danym regionie a także tego co się dzieje w całej gospodarce I także co bardzo istotne, łańcuchów wartości w ramach których operuje firma. Łańcuchów Na które składają się zarówno dostawcy jak i klienci nie mówiąc już o klientach. Czyli partnerzy kooperujący z firmą/ Dla predykcji i dla jej jakości bardzo ważne są, oprócz samych modeli, dane. Dla tych ostatnich szczególnie istotna jest ich odpowiednia jakość. Ponieważ dane są łatwiejsze do identyfikacji i wyobrażania sobie ich wpływu. Zaczniemy od nich. W ogólności kiedy mówimy o danych mamy na myśli trzy główne rodzaje danych. Dane historyczne, pochodzące z dłuższego okresu czasu. Dane które pozwalają dostrzec wzory zachowań firm w dłuższej perspektywie czasu. Są to np. różnego rodzaju cykle którym podlega działalność firmy. Z najbardziej znanymi cyklami sezonowymi, związanymi z porami roku. Przy czym wiele branż ma też swoje charakterystyczne cykle długoterminowe, czyli dokładniej wieloletnie. Przykładami takich branż są, budownictwo czy przemysł stoczniowy, nie mówiąc o najlepiej znanej cykliczności w hodowla zwierząt. W której występuje efekt tak zwanej świńskiej górki. Oczywiście cykle branżowe to tylko jeden z rodzajów wzorów zachowań. Drugą grupą są tzw. ciepłe dane związane z ostatnimi okresami, które dają najbardziej aktualny obraz sytuacji firmy w danym czasie. Właśnie dzięki analizie dotyczącej tego stanu aktualnego oraz co równie ważne sposobu w jaki firma dochodziła do niego, można określić nie tylko kondycję firmy, ale również zbudować prognozy dotyczące przyszłych okresów czasu. Jest jeszcze jedna grupa danych związana z słabymi sygnały. Dane te sygnalizują możliwość zmian trendów powodujących, że dotychczasowe modele należy zmodyfikować po to aby w przyszłości mogły odzwierciedlać te nowe zmiany. Te dane sygnałowe są słabymi sygnałami i łatwo je pomylić z szumem innych danych. Dlatego ich „usłyszenie” jest najtrudniejsze a z drugiej stronny najcenniejsze. Wracając do innego podziału danych czyli danych ilościowych i jakościowych. To co jest zaletą modeli klasycznych czyli oparcie na danych ilościowych o finansowym charakterze jest jednocześnie pewną słabością tych modeli. Ponieważ dane finansowe reagują z opóźnieniem na podjęte przez firmę aktualne decyzje oraz to co się dzieje na rynku. I nie odzwierciedlają szerszego kontekstu biznesowego SZTUKA PROGNOZOWANIA – SPORZĄDZIŁ MACIEK MŁYNARSKI [TYTUŁ DOKUMENTU] w którym funkcjonuje firma. Zwłaszcza słabiej odzwierciedlają zmian na rynku zarówno w ujęciu geograficznym jak i branżowym. Dane dotyczącego tego co się dzieje na rynku czy wśród partnerów, interesujące z punktu widzenia firmy mają często charakter jakościowy. Weźmy na przykład informacje w prasie np. branżowej czy w Social Media, które w klasycznych modelach nie są analizowane. A które pozwalają czasami dostrzec że firma wchodzi na niebezpieczną trajektorię. Np. wtedy gdy firma traci ważny kontrakt lub następują nieoczekiwane zmiany w zarządzie lub gdy istotny partner popada w podobnego rodzaju kłopoty. Również natężenie informacji o firmie w SM zwykle jest znaczące. Trudno zaprzeczyć że tego rodzaju informacje nie będą miały istotnego wpływu na to co się będzie działo z firmą w przyszłości. Jeśli mówimy o szerszym kontekście, ważne dla firmy jest to, co się dzieje w jej łańcuchach dostaw. Niestabilność czy zaburzenia sygnalizują przyszłe potencjalne kłopoty firmy. Oczywiście opóźnienie i zakres ich skutków zależą od miejsca w łańcuchu w którym pojawił się problem Oraz tego czy problem wystąpił w łańcuchach dostaw czyli po stronie dostawców czy kooperantów w łańcuchach wartości za firmą. Tym niemniej tego rodzaju zjawiska rzutują na przyszłość firmy Z powyższych rozważań widać z jednej strony, jak bardzo proces budowania prognoz jest niebanalny i widać też, słabości modeli występujących w szerszym użyciu. Z drugiej strony warto zauważyć że prognozowania aczkolwiek wykorzystuje metody wypracowane w nauce nie ma dokładności metod naukowych. Które bazują na związkach przyczynowo-skutkowych, natomiast przy sporządzaniu prognoz w biznesie wykorzystuje się słabsze związki i zależności, o charakterze korelacyjnym. Dlatego też prognozowanie jest sztuką. Sztuką nie wolną od omyłek. Ale też sztuką która jest skuteczniejsza niż zdawanie się li tylko na intuicję lub wykorzystywanie tzw. Naiwnego prognozowania. W którym jutro to dziś tylko jutro. Albo w którym prognozujemy wychodząc od tego co się działo w ostatnim okresie. I jeśli warunki są korzystne to wartości prognozowane idą w górę. Jeśli zaś widzimy że coś się zmienia in minus, to wtedy prognozujemy wychodząc od wartości z ostatniego okresu, pomniejszając te wartości Ponieważ jest wiele modeli prognostycznych oraz wiele danych które te model wykorzystują , warto szukać i eksperymentować z różnymi modelami. A zwłaszcza z takimi które nie mają tych wcześniej wymienionych słabości. Oczywiście jak mawiają Anglicy „the taste of the pudding is in the eating” czyli nie spróbujesz nie wiesz jak smakuje. Co najważniejsze to uzmysłowienie, jak dużą rolę dla przeżycia i powodzenia firmy na coraz bardziej konkurencyjnym i coraz bardziej dynamicznym rynku ma umiejętność skutecznego prognozowania. Nasze prognozy nie muszą być idealne. Ale wtedy gdy są lepsze, dokładniejsze niż prognozy naszych konkurentów są naszą przewagą. Tym cenniejszą, że nie tak łatwą ani tym bardziej tak szybką do skopiowania.

W blogu Spostrzeżenia 2019/08/15 - 14:36 Źródło

Czytam właśnie, że PiS chce wprowadzić „emeryturę obywatelską”. Skoro zatem PiS chce, to opozycja nie chce.
Więc przypomnę uzasadnienie „Projektu Dzierżawskiego” Krzysztofa Dzierżawskiego. Powstał on w Centrum Adama Smitha ponad dwadzieścia lat temu. Mówiliśmy wtedy, że kiedyś zostanie on wprowadzony, bo się nie da inaczej. Przypomnę więc Panu Premierowi Morawieckiemu, który ponoć zaczął popierać emeryturę obywatelską, żeby o Panu Krzysztofie łaskawie pamiętał. Należy się Mu to. W wojnie o zmianę systemu emerytalnego Pan Krzysztof to taki „żołnierz wyklęty”.
Państwowe „ubezpieczenia emerytalne” – bez względu na to jak są zorganizowane – opierają się na założeniu, że współczesne demokratyczne państwo nie może sobie pozwolić na to, aby biedni ludzie w wieku poprodukcyjnym „umierali z głodu na ulicy”. Są oni nieprzezorni, więc sami się nie ubezpieczą. Państwo powinno ich do tego zawczasu zmusić, bo w przyszłości i tak będzie na nim ciążył obowiązek utrzymywania emerytów. Zgoda! Powstają jednak trzy istotne kwestie do wyjaśnienia: jaki jest charakter emerytury, jaka powinna być jej wysokość i źródła finansowania.
Emerytura państwowa to świadczenie społeczne. Koniec kropka! Osoby które są już nieczynne zawodowo od państwa mogą dostać tylko to, co wypracują osoby czynne zawodowo. „Ubezpieczeni” niczego nie „odkładają” na swoją emeryturę. Pieniądze wpływające dziś od „ubezpieczonych” są natychmiast wydawane na emerytury, które obecnie wypłaca Zakład Ubezpieczeń Społecznych (ZUS – nie mylić z FUS!) i do OFE. Teraz będą to OFE Bis – czyli PPK.

Pieniędzy w ZUS na wypłatę emerytur oczywiście nie starcza, więc Skarb Państwa dotuje Fundusz Ubezpieczeń Społecznych (FUS – nie mylić z ZUS). Wysokość tej dotacji też często nie wystarczała na pokrycie wydatków na bieżące emerytury, więc ZUS zaciągał komercyjne kredyty w bankach, aby mieć na ich wypłatę! A potem kredyty te spłacał z nowych dotacji od Skarbu Państwa. Potem, coraz bardziej zadłużony Skarb Państwa, część dotacji zaczął nazywać „pożyczką”. Dzięki temu w budżecie był, mniejszy deficyt – bo „pożyczka” to było „aktywo” – w końcu „pożyczka podlega zwrotowi”. Oczywiście, wszyscy wiedzieli, że ZUS tej „pożyczki” nigdy nie odda i trzeba ją będzie „umorzyć”. I Skarb Państwa te „pożyczki” umarzał. I udzielał kolejnych „pożyczek”. I jakoś się kręciło.
Dziś jest lepiej, bo oficjalnie pracuje więcej Ukraińców, którzy płacą składki. Więc dotacja z budżetu może być nieco mniejsza. Dzięki temu budżet ma „nadwyżki” – którymi się chwali. Nadwyżka polega na tym, że ma stratę mniejszą niż zaplanowano. Taka kreatywna księgowość! Przez jakiś czas to działa – długi się „roluje”. I przy okazji wierzycieli. „Wierzycielami” są „ubezpieczeni” którzy dziś płacą składki, a w przyszłości mają otrzymywać emerytury. Problem polega na tym, że dziś na jednego emeryta składki płaci troje pracujących. A za kilkanaście lat na jednego emeryta będzie płacił jeden pracujący.
Dziś jest tak, że pracujący ludzie o odpowiednich predyspozycjach fizycznych i psychicznych oraz nabytych wcześniej kwalifikacjach podejmują się w niektórych zawodach i na wielu stanowiskach prac bardziej odpowiedzialnych, trudnych, uciążliwych i niebezpiecznych i otrzymują wynagrodzenia wyższe od przeciętnego. Kiedy jednak będą oni przechodzić na emerytury, te wszystkie cechy, które sprawiały, że mogli więcej zarabiać przestaną się liczyć!
Wszyscy oni staną się równi – bo już nic nie będą tworzyć tylko pobierać. Dlaczego zatem emerytury miałyby mieć różną wysokość? W systemie rynkowym zróżnicowanie dochodów w okresie efektywności zawodowej jest czymś oczywistym i naturalnym.  z rynkowego punktu widzenia zróżnicowanie wynagrodzeń jest efektem różnicy wkładu do PKB wycenianego przy pomocy prostego mechanizmu popytu i podaży na pracę danego pracownika. Zasada ta nie przenosi się jednak w wiek emerytalny, kiedy przestajemy wnosić swój wkład do PKB, a stajemy się jedynie beneficjentami tego, co wytworzą młodsze pokolenia. Jeśli ktoś jest naprawdę dużo mądrzejszy i bardziej przydatny społeczeństwu w okresie swojej aktywności zawodowej, to powinien się zabezpieczyć na starość – spłodzić więcej dzieci, wykupić polisę, oszczędzać. A jeśli tego nie zrobił, to znaczy, że wcale nie był taki mądry i może rynek go „przecenił” wtedy, gdy pobierał pensję.
Ponoć pomysł równych emerytur dla wszystkich „pachnie socjalizmem”. Nie pachnie tylko śmierdzi i nie ma w tym nic zaskakującego, bo obowiązkowe „ubezpieczenia społeczne” z gruntu rzeczy są socjalistyczne, a pomysły urynkowienia socjalizmu do niczego dobrego nie prowadzą. Jak się komuś nie podoba socjalizm, to niech zgłosi postulat likwidacji emerytur w ogóle.
Twierdzenie, że skoro płacimy różne składki, to powinniśmy otrzymywać różne emerytury, bo w różnym stopniu na nie „oszczędzamy” jest bałamutne z trzech powodów.
Po pierwsze, niczego nie oszczędzamy – płacimy podatki celowe na dziś wypłacane emerytury.
Po drugie podatki też płacimy w różnej wysokości, a mamy do czynienia z takimi samymi sądami i policją – bez względu na to, kto ile zapłacił.
Po trzecie, składki na ubezpieczenia zdrowotne – które są bardziej podobne do składek na ubezpieczenia emerytalne niż podatki – też płacimy w różnej wysokości, a do lekarzy trafiamy tych samych, a ci, którzy płacą więcej nie mogą dostać się do nich szybciej. Emerytura to okresowe świadczenie w pieniądzu. A świadczenia zdrowotne są „w naturze”. I to cała różnica.
Co więcej, górnicy przy pomocy kilofów i sędziów Trybunału Konstytucyjnego już wykazali, że nie musi istnieć związek przyczynowo-skutkowy między tym, co się zapłaciło, a tym, co się otrzymuje. O emeryturach wypłacanych przez ZUS zawsze będzie decydowała polityka, bo posłowie którzy raz przestraszyli się górników, innym razem mogą się przestraszyć innej grupy zawodowej. I nie chodzi jedynie o polityczny nacisk. Trybunał Konstytucyjny swoje uchylenie się od rozpatrzenia skargi konstytucyjnej na ustawę o wcześniejszych emeryturach dla górników uzasadnił tym, że inni ubezpieczeni nie są stroną sporu z górnikami. Pośrednio przyznał więc rację poglądowi, że w pierwszym filarze nie ma żadnej ekonomii – tylko polityka.
Mamy już zresztą dziś prototyp „emerytury obywatelskiej”. Tylko brzydziej się ona nazywa – bo emeryturą „minimalną”. „Obywatelska” brzmi dumniej! Na wysokość emerytury z FUS mają wpływ trzy czynniki. Po pierwsze wysokość podstawy wymiaru. Po drugie długość okresów składkowych i nieskładkowych. I po trzecie wysokość kwoty bazowej, która obowiązuje w dacie powstania prawa do świadczenia emerytalnego. Gdy w taki sposób obliczona emerytur z FUS oraz emerytura kapitałowa są niższe od kwoty najniższej emerytury gwarantowanej przez państwo, wypłaca jest emerytura minimalna. Dlaczego zatem do pewnego poziomu może być świadczenie takie samo, choć składki były różne, a powyżej tego poziomu już nie?
Równa dla wszystkich emerytura obywatelska ma jeszcze i tę zaletę, że kobiety mogą ją otrzymywać co jakiś czas – na przykład rok, półtora – wcześniej za każde urodzone dziecko, bez zmniejszenia im wysokości emerytury.
Przyszłość powszechnych systemów emerytalnych to jednak emerytura o charakterze socjalnym, czyli gwarantowana przez państwo emerytura minimalna, która byłaby powiększana dobrowolnie, w różnych formach, przede wszystkim z inicjatywy przyszłych emerytów – napisał w opinii dla Biura Analiz Sejmowych Pan Profesor Tadeusz Szumlicz. I miał rację!
PiS i Premier Morawiecki też mają rację sięgając po „Projekt Dzierżawskiego”. Jest jednak jedno „ale”. Źródło finansowania świadczeń emerytalnych. Projekt emerytury obywatelskiej nie był punktem wyjścia, tylko dojścia. Punktem wyjścia było obniżenie opodatkowana pracy – poprzez likwidację składek na ZUS.
Oczywiście, likwidacja składek emerytalnych nie oznacza likwidacji emerytur. Można je wypłacać bezpośrednio z budżetu państwa zamiast z FUS. Środki w budżecie pochodzą z różnych podatków, a nie ze „składek” pobieranych od pracujących, które to składki najbardziej godzą w najmłodszych, którzy między innymi z tego powodu ograniczają dzietność, co się przekłada na pogarszanie się proporcji między aktywnymi zawodowo i niepracującymi już emerytami.
Jeśli emerytura nie będzie uzależniona od wysokości pensji i będzie wypłacana także ze środków pochodzących z podatku VAT, to nie tylko nie ma potrzeby, ale nie ma także możliwości jej różnicowania. Możemy oczywiście pójść od tyłu. I zacząć od równej dla wszystkich emerytury obywatelskiej. Mam nadzieję, że dojdziemy do punktu wyjścia – likwidacji składek.

W blogu Spostrzeżenia 2019/08/14 - 19:55 Źródło

Często mamy nieprzyjemne wrażenie, że inni pobłądzili, że robią absurdalne rzeczy, że są niestosowne czy  nieuczciwe. Że nie przestrzegają reguł gry. Gra może być biznesowa, społeczna, polityczna, rodzinna, naukowa. Powoduje to spory dyskomfort, a czasem wręcz wielką frustrację. Jak oni mogą!!!! Tak się nie robi.
Czy to oburzenie jest słuszne? Tak, jeśli ciągle wszyscy uczestnicy wydarzeń grają w tę samą grę. I faulują, oszukują albo porażają brakiem umiejętności.
Nie, jeśli właśnie niepostrzeżenie weszliśmy do innej gry,  a chcemy zachowywać się jak w tej poprzedniej. A oni zachowują się po swojemu. Ta nowa gra wcale nie musi być naszym wyborem. Czasem życie ją nam narzuciło, czasem to spowodował naturalny bieg wydarzeń, którym przecież w małym stopniu jesteśmy w stanie zarządzać, przewidzieć, zaprojektować. Lubimy myśleć, że nad czymś mamy władzę, więc zadowalamy się takim mikrozarządzaniem. Tam idzie po naszej myśli. Ale nie łudźmy się: wielkie rzeczy rzadko kiedy są zaplanowane, do przewidzenia i wiemy jak się w nimi obchodzić.
To jest fundamentalna rzecz: rozpoznać grę, w którą gramy. I czy inni gracze są z tej samej gry. 
Często nam się wydaje, że ludzie się uczą gry, zanim do niej przystąpią. W życiu wcale tak nie jest. Bywa że wchodzą do gry z wolą zwycięstwa,  a brak znajomości reguł pozbawia ich jakichkolwiek zobowiązań wobec innych graczy. Nie znaczy że są złej woli czy jakoś inaczej podli. Nie, oni nie grają w naszą grę, choć grają z nami. Nie rozumieją frustracji osób znających grę.
W książce, którą właśnie skończyłam czytać - "Różowa mysz" Wiktora Jerofiejewa - jest taki fragment:
"Zaczęliśmy grać. Bardzo chciałam wygrać, ale nie wiedziałam, jak się wygrywa. Pierwszy raz grałam w szachy, figurki bardzo mi się podobały, ale nie rozumiałam sensu gry. Ale miałam wolę zwycięstwa.
- Mat! - skontatował Smyk.
- Jaki znów mat? Co to znaczy?
- A to, że wygrałem.
- Dlaczego?
- Bo nie masz dokąd pójść królem.
- I co z tego?
- Połknę go.
- No to sobie połykaj. Mam jeszcze pełno figur.
- Ale bez króla nie ma gry!
- Jak to nie ma? Jestem za demokracją, bez króla.
- W takim razie to nie będą szachy, a inna gra.
- Niech tak będzie.
- Poddaję się - powiedział Smyk - Sam już nie wiem, co powiedzieć!"
No, właśnie. Profan - gracz w szachy, który nie umie lub nie chce w nie grać - nie czuje frustracji, że nie przestrzega reguł.  Dyskomfort czuje ten, który umie grać w szachy, ale nie ma argumentów, aby profana zmusić do ich przestrzegania, jeśli profan ma inne propozycj. Życie idzie i nie zatrzyma się.
W takiej konfrontacji profan wygrywa. To jest ta gorycz przyzwoitych ludzi przeszłości, to jest ta szansa niecałkiem poprawnych twórców przyszłości. Bo profan - po jakimś czasie formowania się - zbuduje nową grę. I będzie w niej mistrzem. 
To wielka sztuka życia: ile dochować reguł gry, którą znamy i szanujemy, a ile pozwolić powstać nowym grom, nie tracąc szacunku do starych. 

W blogu Spostrzeżenia 2019/08/09 - 00:52 Źródło

Jakie jedno, syntetyczne, kryterium będzie najlepsze do oceny działania w firmie Systemu Sugestii Pracowniczych (SSP)? Od jakich wartości teko wskaźnika można oceniać, że system działa dobrze; dostatecznie, albo w ogóle nie działa - jest tylko na papierze?
W niektórych firmach budowane są programy sugestii; zakłada się skrzynki pomysłów; a ogólnie, to dąży do tego, by pracownicy zgłaszali projekty doskonalące. Celem nie tylko drobne usprawnienia czy doskonalenie procesów, ale też, co raz częściej, budowanie kultury pracy zespołowej. Z jednej firmy dostałem pytanie: „Kiedy możemy uznać, że program sugestii rzeczywiście działa”? Było to zaraz, jak opracowaliśmy z pracownikami regulamin, zasady, a narzędzie zostało udostępnione załodze.
Mam tu kłopot z odpowiedzią – stąd pytanie w pierwszym akapicie, ponieważ wiem, że system działa jeśli będzie to minimum 10-15 wdrożonych projektów kaizen, rocznie, na jednego zatrudnionego. Problem polega na tym, że są to wartości praktycznie nieosiągalne poza nielicznymi firmami, takimi jak na przykład Toyota (30-40), Mazda czy Nissan - powyżej 100. O ile wiem, w wielu innych firmach, nikt nie liczy tych projektów na osobę, tylko na całą firmę. Przykładowo Calsberg w Polsce (trzy browary i ca 1250 zatrudnionych) w 2017 roku miał 402 projekty kaizen, w 10 roku funkcjonowania programu (sic!). Przeliczanie tego za jednego zatrudnionego mija się z celem.
Czy to oznacza, że programy sugestii nie działają? Mówiąc wprost, tak to właśnie jest. Wygląda na to, że żeby zmienić taki stan rzeczy, trzeba się zabrać do pracy nad tą zmianą. Musimy mieć tylko świadomość, że niedostateczne efekty programu są objawem czegoś poważniejszego i nad usunięciem tych poważniejszych przeszkód trzeba pracować, a niekoniecznie nad samym Systemem Sugestii Pracowniczych. Ustąpią powody dla których program nie działa i najpewniej jego wskaźniki efektywności zaczną się poprawiać.

W blogu Spostrzeżenia 2019/08/07 - 21:20 Źródło
Jeśli poważnie traktujemy deklarację, że wartość firmy wynika z jakości pracowników, powinniśmy umieć przedstawić również liczbowe dowody na ten związek. Mamy do tego narzędzia, ale czy je stosujemy?
Pomimo postępu, komputeryzacji, informatyzacji, digitalizacji czy automatyzacji i robotyzacji firmy coraz bardziej uzależnione są w swojej działalności od ludzi. To pracownicy tworzą przewagę konkurencyjną, kapitał intelektualny czy posiadają wiedzę techniczną i umiejętności niezbędne do prowadzenia działowości i realizowania postawionych przed firmami zadań. Zmiany w modelach biznesu powodują zmniejszenie znaczenia pozaludzkich składników majątku. Jednak powstaje pytanie jak wykazać, że firma stawia na ludzi, a jej wartość wynika z tego, jak inwestuje w ludzi i jak nimi zarządza? Z odpowiedzą przychodzi rachunkowości zasobów ludzkich.
Koncepcja rachunkowości zasobów ludzkich (z ang. Human resource accounting – HRA), pojawiła się w latach 60tych XX , a w pełni została opracowana w latach 90tych XX wieku. Zgodnie z przyjętą definicją rachunkowość zasobów ludzkich obejmuje procesy identyfikowania i raportowania danych dotyczących zasobów ludzkich oraz przekazywania informacji interesariuszom. Do podstawowych danych zaliczane są wydatki na rzecz zasobów ludzkich rozumiane jako inwestycje, a  nie koszty.Dlaczego inwestycje, a nie koszty? Poprzez analogię do innych składowych majątku firmy: inwestycją są wydatki ponoszone na zasoby ludzkie, nie przeznaczone do zbycia (zwolnienia) w okresie ich pozyskiwania (rekrutacji), budowy (tworzenia), eksploatacji i utrzymania (wykonywania pracy oraz przerw w pracy), rozwijania (rozwoju poprzez podnoszenie kwalifikacji i umiejętności) do czasu rozwiązania stosunku pracy czy współpracy w zależności od formy.
Procesy te są realizowane przez działy kadr i płac, zasobów ludzkich (od ang. human resources – HR), controlling i finanse. Wartości ewidencjonuje się m.in. jako wydatki ponoszone na wynagrodzenia, nieobecności w pracy, inne świadczenia na rzecz pracowników, rekrutacje, zwolnienia, szkolenia, określa się zwrot z inwestycji (ang. return on investment – ROI), ekonomiczną wartość dodaną (ang. Economic Value Added – EVA) i kapitał intelektualny (rozumiany jako różnica między wartością rynkową a wartością księgową przedsiębiorstwa).
Celem rachunkowości zasobów ludzkich jest weryfikacja zasad i planów dotyczących zasobów ludzkich oraz analiza czy zasoby ludzkie są utrzymywane na odpowiednim poziomie, czy są rozwijane lub czy się nie wyczerpują. Nie bezpośrednim, ale nie mniej ważnym jest umożliwienie przez rachunkowość zasobów ludzkich wycena firmy realizowana przez wycenę zasobów ludzkich i wskazanie jak inwestycje w zasoby ludzkie tj. w ludzi przekładają się na jej wartość rynkową.
Procesy identyfikowania, ewidencji, pomiaru, analizy i raportowania inwestycji dokonywanych w zasoby ludzkie realizowane są poprzez dostarczanie informacji:
–  o wartości poniesionych wydatków na pozyskiwanie, budowę, eksploatację i utrzymanie oraz rozwijanie zasobów ludzkich,
–  o wykorzystaniu bieżącym zasobów ludzkich przez firmę i poszczególne jednostki organizacyjne oraz menedżerów,
–  o stanie i zmianach stanu zasobów ludzkich w firmie i poszczególnych jednostkach organizacyjnych, a także w kluczowych procesach biznesowych,
– o zasadach zarządzania zasobami ludzkimi i wydatkami na nie
– o konsekwencji finansowych podjętych decyzji i wydatków poprzez zbieranie, analizę i klasyfikacje wyników finansowych.
Rachunkowość zasobów ludzkich umożliwia wprowadzenie systemu informacji dla menedżerów, aby mogli podejmować lepsze decyzje zarządcze, m.in. w zakresie rekrutacji, wynagradzania, reorganizacji, promocji, szkoleń, zwolnień czy budżetowaniu. Rachunkowość zasobów ludzkich wspiera planowanie finansowe, gdyż pokazuje wartość niezbędnych środków na inwestycje w zasoby ludzkie.
Wdrożenie rachunkowości zasobów ludzkich wpływa także korzystnie na komunikację do akcjonariuszy, inwestorów, a także menedżerów potwierdzając istotność ludzi w firmie. Pokazuje jaką wartość dla firmy tworzą ludzie, jak działalność wspierana jest przez pracę ludzi, a także pokazuje wartość jaką wnoszą do firmy takie działy, jak kadry i płace oraz HR.
Pomimo iż ewidencja i pomiar zasobów ludzkich są niezbędne do dokumentowania i raportowania, to w większości firm nie jest to jednak robione zgodnie z zasadami rachunkowości zasobów ludzkich.  A zatem nie uwzględnia się i nie ewidencjonuje osobno zasobów ludzkich ani inwestycji i wyników inwestycji dokonywanych w zasoby ludzkie, uniemożliwiając tym samym skuteczne ich raportowanie i analizę, ocenę i wycenę. Brak ewidencji jako składnika majątku w księgach rachunkowych powoduje, iż ​​nie są one elementem sprawozdań i prognoz finansowych, a tym samym i wyceny firm na rynku, na którym zasoby ludzkie są kluczowe.
Deklaracje o wpływie jakości kadry i sensowności wydatków poniesionych na nią mają wtedy charakter opinii i przekonań, za którymi nie stają niezbite dowody. Zatem te wydatki stają się elementem targów i przyczyną konfliktów, które trudno zakończyć bez rozstrzygających liczb.
Z uwagi na rosnącą istotność zasobów ludzkich będzie rosła liczba firm wdrażających rachunkowość zasobów ludzkich tak w sektorze publicznym, jak i prywatnym. Rachunkowość zasobów ludzkich stanie się paradygmatem, a firmy które przyjmą ten model staną się wzorcowymi przykładami na rynku.
Jest też inny aspekt braku prowadzenia rachunkowość zasobów ludzkich. Udokumentowana wartość dodana uzyskana z inwestycji w zasoby ludzkie w najbliższych latach zmieni spojrzenie na wydatki ponoszone na ludzi. Firmy porównując wydatki ponoszone na unowocześnienie np. parku maszynowego czy informatyzowanie procesów, często nie analizują, jakie koszty poniosły na ludzi, aby byli w stanie przeprowadzić zmiany, uporządkować nieefektywne procesy, na ich rekrutacje, czy utrzymanie i konieczny rozwój. Nie biorą pod uwagę, że brak ludzi chętnych do pracy w firmie może być skutkiem złego zarządzania. Porównanie inwestycji w inne składniki majątku z inwestycjami w zasoby ludzkie pokazuje także, na co firma stawia i jak ludzie są dla niej ważni.
Ponadto firmy, które nie liczą i nie analizują inwestycji w zasoby ludzkie nie są w stanie stanąć do wyścigu o wartościowych ludzi. W konsekwencji zamiast rozwijać i optymalizować procesy gaszą pożary podpalane i gaszone przez niewłaściwych ludzi.

Artykuł wcześniej opublikowany w naszym serwisie Digital Finance Excellence https://dfe.org.pl/ludzie-najwazniejszy-a-zwykle-zle-policzony-majatek-firmy/

W blogu Spostrzeżenia 2019/08/02 - 18:44 Źródło

Wszyscy menedżerowie, z którymi o tym rozmawiałam, wiedzieli i pamiętali, że podejmując różnego rodzaju aktywności na rzecz czy w imieniu firmy powinni mieć „plan B”. A czasem – w trudniejszych sytuacjach rynkowych – również „plan C”. I mają te plany oraz potrafią je błyskawicznie wdrożyć w razie potrzeby.
Bardzo niewielu menedżerów, z którymi o tym rozmawiałam, ma „plan B” dla siebie. Na wypadek, gdyby mieli przestać zajmować się zawodowo tym, czym zajmują się aktualnie albo zakończyć pracę w firmie, z którą są obecnie związani. Coraz częściej zdarza się, że tracąc pracę ze względu na decyzje podejmowane przez firmy (restrukturyzacje, likwidacje stanowisk itp.) lądują w pustce i nawet nie bardzo wiedzą jak się zabrać za układanie swojej przyszłości zawodowej. Dawno nie odświeżali cv (i nie bardzo wiedzą jak to współczesne powinno wyglądać), nie mają kontaktów poza dotychczasową firmą, nie zdają sobie sprawy z tego, że na rozmowie kwalifikacyjnej spotkają się z rekruterem w wieku ich dziecka. Coś, co doskonale robią zawodowo zaniedbują, gdy chodzi o nich osobiście. A im dłużej trwa przerwa w pracy tym trudniej im poprosić o pomoc znajomych lub fachowców…
O czym menedżer powinien pamiętać, by nie zostać „na lodzie” w wyniku firmowych (lub osobistych, np. zdrowotnych) zmian? Jak przygotowywać się do zmiany bez angażowania mnóstwa czasu, którego przecież zwykle nie mamy?
Podczas lipcowego śniadania KDF „Dialog” swoimi doświadczeniami dzielili się Robert Ługowski i Przemysław Pohrybieniuk. Ich ścieżki zawodowe są bardzo różne . A jednak mają wiele punktów wspólnych.
Rozmowa zaczęła się od tego, że…plan B trzeba mieć. To nie musi być konkret. Raczej kierunek, w jakim chcemy wędrować zawodowo w długoterminowej perspektywie. Wyobrażenie tego, czym i w jakim zakresie chcemy się zajmować za kilka, kilkanaście lat.
Obaj Goście mówili o  też sieci kontaktów biznesowych. Nie tylko w branży i zdecydowanie nie tylko we własnej firmie, ale o sieci wynikającej z zainteresowań i różnego rodzaju spotkań. Oraz o podtrzymywaniu tych kontaktów.
Mówili również o otwartości na zmiany i odwadze do ich testowania. Małymi krokami, spokojnie, w czasie kiedy mamy bezpieczeństwo i stabilizację zawodową. Dzięki temu dowiadujemy się co nam pasuje a co nie. A w awaryjnych sytuacjach mamy możliwość posłużenia się nietypową wizytówką (np. konsultanta organizacji, z którą współpracujemy czy stowarzyszenia, którego jesteśmy członkiem).
A tymczasem… kiedy rozmawiam z menedżerami wysokich szczebli to wprawdzie niemal wszyscy potrafią opowiedzieć o swoich zainteresowaniach a nawet pomysłach na przyszłość, ale o działaniach już nie bardzo. Nie ma czasu na ładowanie taczek, których zawartość przyda się dopiero za parę lat? Tylko czy na pewno nie ma czasu? Przecież to my wybieramy w co swój czas zainwestujemy, my decydujemy o swoich priorytetach. Czy kiedy za 5 lat będziesz przez wiele miesięcy szukać pracy (nie życzę, ale wiem, że mimo to się zdarza…) to również uznasz, że inwestowałeś swój czas we właściwe aktywności? Jeśli tak to super! Jeżeli jednak nie, to pomyśl co doradziłbyś przyjacielowi, który byłby w takiej sytuacji jak Ty i spytał o budowanie planów na swoją przyszłość zawodową…

W blogu Spostrzeżenia 2019/07/26 - 09:51 Źródło

Wraca temat inflacji. Więc i ja do niego wrócę, bo niektórzy uważają, że to dobrze, że inflacja wraca.
Spójrzmy na inflację oczami obywatela Jana Statystycznego, który ma 100 zł. I może za nie kupić 100 bułeczek kosztujących 1 zł. Gdy ustawodawca wprowadzi jakiś nowy podatek w wysokości 5%, obywatel Statystyczny będzie miał 95 zł i będzie mógł za nie kupić 95 bułeczek. A gdy pojawi się inflacja 5%, bułeczki zdrożeją i będą kosztowały 1 zł i 5 gr. Obywatel Statystyczny będzie mógł kupić 95 bułeczek – tak samo jak po wprowadzeniu podatku 5%. A przecież konstytucja, której łamać nie wolno, przewiduje wyraźnie, że podatek może być wprowadzony tylko i wyłącznie w drodze ustawy! Ale zostawmy konstytucję – jest ona traktowana wybiórczo. Wbijmy sobie jednak do głowy, że stopa inflacji to stopa swoistego podatku, który Jan Statystyczny ma do zapłacenia.
Inflacja jest czynnikiem redystrybucji zasobów na rzecz producenta pieniądza – czyli rządu. Przychód realny, osiągnięty w drodze inflacjogennej emisji „pustego” pieniądza jest równy sile nabywczej tej dodatkowej emisji. Stanowi więc iloczyn realnej wielkości pieniądza w obiegu (zależnej od stosunku ilości pieniądza do poziomu cen) i stopy wzrostu podaży pieniądza. W praktyce, inflacja jest tym samym, czym odebranie ludziom części zarobków.
Teraz ci ludzie mają zacząć „oszczędzać” „dzięki” Pracowniczym Planom Kapitałowy. „Rynki finansowe” przyjęły tę decyzję rządu z równym entuzjazmem jak powrót inflacji. Więc wyobraźmy sobie, że Jan Statystyczny „zaoszczędzi” przez rok 1.000 zł. W świecie bez inflacji, jeżeli stopa podatku dochodowego wynosi 20% zysk z zainwestowania tego 1.000 zł wynoszący 5% zapewnia mu po następnym roku 4% po opodatkowaniu. Inflacja zmienia te proporcje. Jeśli stopa inflacji wynosi 5% to Statystyczny zaoszczędzi na koniec pierwszego roku oszczędzania tylko 950 zł a nie 1.000 zł. Jeśli je zainwestuje, a stopa procentowa rośnie punkt za punkt w stosunku do wzrostu inflacji, to przy inflacji 5% jego nominalny zysk z tej inwestycji po kolejnym roku wzrośnie do 10%, po opodatkowaniu wyniesie 8%, ale po uwzględnieniu inflacji – już tylko 2,6%. Podatkiem inflacyjnym, inaczej niż w przypadku podatku dochodowego, opodatkowane są bowiem nie tylko odsetki, ale także kapitał.
Na tym nie koniec – przy progresywnym podatku dochodowym po kilku latach inflacja spowoduje przesunięcie dochodów nominalnych Statystycznego do wyższego przedziału podatkowego. Zmniejszy się przez to jeszcze bardziej realna wartość posiadanych przez niego zasobów pieniężnych, gdyż waloryzacja progów podatkowych nie rekompensuje całej inflacji. Jeśli kolejny próg podatkowy wynosi 30% i objęte nim zostaną tylko nominalne dochody z odsetek Statystycznego, to jego zysk spadnie do 1,7%.
Pamiętajmy przy tym, że inflacja zależy nie tylko od tego, jak ceny rosną/spadają, ale i od tego co i jak mierzymy. Wskaźnik wzrostu/spadku cen towarów konsumpcyjnych (Consumer Price Index – CPI) jest średnią ważoną cen towarów i usług nabywanych przez statystyczne gospodarstwo domowe. Bierze się przy tym pod uwagę statystyczny koszyk zakupów i udział poszczególnych produktów i usług w łącznych wydatkach gospodarstwa. CPI jest więc nie tyle miarą inflacji, ile wskaźnikiem zmian kosztów utrzymania. Po drugie, takiego konkretnego gospodarstwa domowego, z takim rozkładem wydatków na poszczególne towary i usługi jak gospodarstwo statystyczne to oczywiście nie ma! Ceny niektórych towarów i usług rosną szybciej niż innych więc ludzie, jak to ludzie, kupują więcej tańszych zamienników (efekt substytucji). Pojawiają się też nowe dobra i usługi, które nabywają zanim w ogóle pojawią się one w koszyku statystycznym. Ale przecież w makroekonomii liczy się statystyka a nie jacyś tam ludzie. Niektóre towary, choć są, to ich w tym „koszyku” nie ma – jak, na przykład, paliwa. Są w nim za to towary – takie jak „komputer” – które regularnie tanieją, więc obniżają poziom inflacji.
A kto zarabia na inflacji? Na inflacji zarabia rząd – inflacja zwiększa wpływy z podatków pośrednich (VAT i akcyza) – zwiększa się bowiem podstawa opodatkowania tymi podatkami. Co prawda, kwoty te odpowiadają w przybliżeniu wielkości inflacji, ale rezultat netto jest taki, że rząd otrzymuje w ciągu roku dodatkowe fundusze bez konieczności wprowadzania nowych podatków.
Dlatego zwolennicy aktywnej polityki państwa podkreślają, że dużo gorsza od inflacji jest deflacja. Twierdzą, że jeśli pieniędzy na rynku jest zbyt mało, zbyt niski jest popyt i producenci mają kłopot ze sprzedażą. Rosnące zapasy towarów zmuszają ich do obniżania cen oraz do ograniczania skali bieżącej produkcji. Jeśli jednak sprzedają towary po obniżonych cenach, ponoszą stratę, którą usiłują sobie zrekompensować redukując koszty. Można to zrobić między innymi poprzez obniżenie płac pracowników, albo zmniejszenie zatrudnienia. Tak czy owak, oznacza to ograniczenie popytu ze strony pracowników, którym obniżono wynagrodzenia, lub których zwolniono z pracy i dalszą presję na spadek cen i produkcji. Ale czy widział ktoś obniżanie zarobków pracowników w współczesnym świecie? Co najwyżej może się udać pracodawcom ich nie podwyższyć. Wtedy – jak jest inflacja – pracownicy stracą. Jak jest deflacja – zyskują. To co jest gorsze z punktu widzenia owych pracowników? Inflacja, czy deflacja?
Jest ktoś, dla kogo deflacja jest szkodliwa. To rząd. I „rynki finansowe”. Deflacja jest zła dla rządu bo wpływy podatkowe są mniejsze niż zakładane. 23% VAT od „100” to zawsze więcej niż 23% od „99”. Deflacja powoduje wzrost realnego oprocentowania długu publicznego i uniemożliwia „pobudzanie” gospodarki od strony popytowej dzięki wydawaniu pożyczonych pieniędzy. W systemie pieniądza fiat przy inflacji banki centralne osiągają zyski ze zwykłej jego emisji. Przy deflacji ilość potrzebnego pieniądza nie rośnie. Gdyby banki centralne musiały mieć pełne pokrycie dla papieru zadrukowanego jakimiś tam obrazkami, na przykład w złocie albo choćby w pszenicy, nie byłoby problemu. Ale w systemie pieniądza fiat problem jest.
Przed deflacją drżą więc makroekonomiści ze szkoły popytowej zatrudniani przez rządy i ich banki centralne, współpracujący z instytucjami finansowymi, czy inwestujący w instrumenty finansowe. Skoro „popyt napędza podaż” to jak ludzie czują, że ich pieniądze tracą na wartości (inflacja) to szybciej je wydają. I odwrotnie – jak ludzie oczekują spadku cen, to się powstrzymują z zakupami, no i nie generują „ożywczego” popytu.
Kto się jednak powstrzyma z zakupem chleba, bo może za kilka miesięcy będzie tańszy? Możemy się powstrzymać z zakupem komputera. Ale jak się nam komputer popsuł, to się nie powstrzymamy. A skoro działa to może dobrze, że nie wydamy pieniędzy na nowy? Bo z ekonomicznego punktu widzenia od wydawania stajemy się biedniejsi a nie bogatsi. Może zwiększyć się nam poczucie szczęścia jak kupimy nowy komputer – ale nie bogactwo. Krzywymi użyteczności różnimy się jak odciskami palców, więc bynajmniej nie krytykuję tych, którzy wywalają dobry telewizor, bo chcą mieć większy. Ale oparcie gospodarki na niepotrzebnym popycie prowadzi do takich kuriozów jak produkcja coraz gorszego sprzętu AGD czy RTV i koncentrowanie R&D na planned obsolescence!
Owszem, to prawda, że deflacji towarzyszy recesja i bezrobocie. Ale co jest skutkiem, a co przyczyną? To przecież nie deflacja wywołuje recesję. Jest dokładnie na odwrót. Najczęściej winę za brak równowagi pomiędzy nadmierną podażą a ograniczonym popytem – czyli „typowym” dla „krwiopijczego kapitalizmu” kryzysem „nadprodukcji” – ponosi nadmierna konsumpcja finansowana kredytem i nadmierne inwestycje w zwiększanie podaży znanych towarów i usług, które opierają się na błędnym przeświadczeniu o dalszym wzroście boomu popytowego, który będzie nakręcała… inflacyjna podaż pieniądza.
Gdy pieniądz papierowy, jego podaż i cena stały się najważniejszą rzeczą, prowadzenie właściwej „polityki pieniężnej”, urosło do rangi wiedzy tajemnej, jaką kiedyś dysponowali szamani „wywołujący” życiodajny wylew Nilu albo przynajmniej jakiś deszcz, o który modlili się przy pomocy niezrozumiałych dla reszty plemienia zaklęć. I tak jest do dziś. „Ekonomia to nauka, która omawia rzeczy doskonale nam znane językiem, którego nie jesteśmy w stanie zrozumieć” – twierdzi Richard Armey. No właśnie! Co by to była za wiedza tajemna, jakby wszyscy rozumieli?

W blogu Spostrzeżenia 2019/07/20 - 22:37 Źródło

Gdyby zapytać pracowników, czy chcieliby otrzymywać premie motywacyjne i czy to dobry pomysł takie premie? Przeważnie odpowiedzią, że TAK. Jeżeli zapytać managerów, czy premie motywacyjne dla pracowników, to dobry pomysł? Bardzo wielu odpowie, że TAK. (A Pani/Pan, co powiecie?) Czy możemy zatem wyciągnąć z tych odpowiedzi wniosek że ustanawianie premii motywacyjnych za wyniki, za przestrzeganie ... czy za osiąganie ..., jest dobre dla organizacji?
Odpowiem, że reprezentuję grupę tych, którzy powiedzą, że  NIE! Nie jest dobre! Jest złe i bardzo złe! A ponieważ jest złe dla organizacji, to czy, w perspektywie, może być dobre dla jej pracowników? Wobec tego, czy w ogóle może być dobre? Jak Państwo sądzicie?
Jeżeli wierzyć Demingowi, za efektywność procesów, w 80% lub więcej, odpowiada sposób ich zorganizowania i zarządzania nimi. To jaki jest sens premiowania pracowników za efektywność w procesach? Czy dla tych „marnych” kilku, czy kilkunastu procent, nie wystarczy zarządzanie załogą? Dlaczego managerowie jednak stosują  premiowanie motywacyjne, zamiast po prostu dobrze płacić za powierzoną pracę?
Uważam, że tacy managerowie, sądzą po sobie, po swoich wcześniejszych doświadczeniach albo po zastanej w firmie kulturze organizacyjnej, że ludzie zachowują się głównie zgodnie z teorią X Douglasa McGregora. Przez to, managerowie, wpadają w gigantyczną pułapkę, stają się niewydolni w zakresie doskonalenia procesowego w firmach, w których współzarządzają lub zarządzają. Zamiast dobrze wykonywać swoją pracę i tak organizować i doskonalić procesy by stawały się efektywne - a z zarobionych w ten sposób pieniędzy, podnosić pensje, kupować maszyny czy robić marketing - „mogą nic nie robić”, a swoje obowiązki, w tym zakresie, przenosić na podwładnych,  „każąc” im ciężej pracować, w nie najlepiej zoptymalizowanych procesach.  Ludzie się nadwyrężają, za dodatkową zapłatę.  Wszyscy są zadowoleni. Tylko, pytam, po co komu taki manager??? Premiowanie nie usuwa problemów, za to dowodzi faktu ich istnienia i, prawdopodobnie, faktu „nic nierobienia z tym” – dowodzi procesowej niedoskonałości względem oczekiwań właścicieli. Jak można wysyłać tak czytelny sygnał własnej niemocy, tego nie rozumiem. Czy  motywowanie zewnętrzne (premiowanie) jest zawsze złe? Nie, nie zawsze jest złe. Natomiast wykorzystywanie takiego motywowania, na skutek własnej niekompetencji managera, w zakresie regulacji procesów, jest złe. Osobiście wolę szukać innych sposobów niż premie i akordy, jako stałe, lub względnie stałe elementy wynagradzania. To powinny być wyłącznie, przejściowe środki zaradcze, stosowane w razie konieczności biznesowej, na drodze do osiągania efektów bez ich używania. Albo sygnały wyjątkowego uznania za czyjąś pracę i zaangażowanie, wykraczające znacznie ponad oczekiwany w firmie standard.

W blogu Spostrzeżenia 2019/07/19 - 14:45 Źródło

Znakomity trener naszych siatkarzy Vital Heyden, gdy wybiera kolejna drużynę do trenowania, to jest wedle jego własnych słów, drużyna w kłopotach, drużyna z problemami. A dlaczego? Dlatego, że wtedy zawodnicy chcą go słuchać i są gotowi uwierzyć mu, dając kredyt zaufania. Bo władze sportowe są w stanie zgodzić się na niestandardowe warunki, jako że czują że nie mają innego wyjścia. A i kibice są gotowi nie narzekać i nie krytykować. Nie można odmówić podejściu i mądrości i wiedzy o naturze człowieka. Ale rzecz oczywiście nie dotyczy jedynie sportu. Który jest działaniem zbiorowym tak jak i biznes. Nie mówiąc o tym, że sport i biznes splotły się w naszych czasach, tak że nawet Aleksander Wielki ze swoim mieczem miałby problem aby je rozdzielić.
Chyba jest coś takiego jak emocjonalna gotowość na zmiany, które zależy od sytuacji tu i teraz. Zgodnie z którą jeśli obecnie jest nam nieźle, a nawet całkiem dobrze i czujemy to w kościach i pod palcami klawiatury. To mamy skłonność. Po pierwsze, do popadania w samozadowolenie, a po wtóre, aby dokonywać najprostszej z możliwych prognozy przyszłości. Czyli mówiąc po  mrożkowsku, „Jutro to jest dziś, tylko że jutro”. Wbrew pozorem to najczęściej stosowany, ba naturalny sposób widzenia przyszłości. Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że motywacja przy takim odczuwaniu siada. Po co się wysilać i po co cokolwiek zmieniać, skoro każda zmiana kosztuje. I to kosztuje niemało czasu, wysiłku. Ba a i jest ryzykowna. A doświadczenie nam podpowiada, że zmiany nierzadko kończą się niepowodzeniem, ba porażką. Czy zatem na zasadzie so far so good, jest po co marnować rezerwy energii których nie mamy zbyt dużo i wydawać je na problematyczną zmianę. Zamiast trzymać ją na lepsze, pardon, gorsze czasy.
Na szczęście, oprócz emocji, które zapewniają adaptację do warunków obecnych jest i rozum, który jeśli używany właściwie pozwala sięgnąć nam poza najbliższą perspektywę i dostrzec ostry zakręt za długim odcinkiem prostej drogi. I cóż ten rozum nad podpowiada a propos zmiany? Że najbezpieczniej jest przeprowadzać ją właśnie w czasach gdy jest dobrze, po pierwsze nawet jeśli coś się nie uda to w takim czasie nie grozi to poważniejszymi konsekwencjami. Po wtóre, sensowna zmiana, zapobiega nieuchronnej entropii organizacyjnej wzmacniając żywotność organizacji. I last but not least, zmiana wykonana zawczasu pozwala zyskać przewagę nad tymi, którzy żeglowali pod pełnymi żaglami i nie zauważyli nadciągającej burzy. Lub nie dostrzegli głębszego prądu i nie zmienili azymutu marszruty. Umiejętność zidentyfikowania nadciągającego lub jeszcze nie dostrzeganego lub słabo wykorzystanego przez konkurencję wyzwania. Daje możliwość lepszego przygotowania się nań. A dobre przygotowanie jest podstawą przyszłego powodzenia. W końcu to niemiecki, a nie polski generał, konkretnie von Molte powiedział: „im więcej potu na ćwiczeniach, tym mniej krwi na polu bitwy”. Kogo słuchać intuicji czy rozumu? A dokładniej jak znaleźć między nimi harmonię? Tu gdzie stawką jest nie tylko lepsze lub gorsze prosperowanie, ale w dłuższej perspektywie przetrwanie.Zatem czekamy na kryzys?

W blogu Spostrzeżenia 2019/07/17 - 09:44 Źródło

Jak mówi prof. Witold Modzelewski, jeśli chcemy, aby przedsiębiorcy i menedżerowie szanowali stanowione przez władzę prawo podatkowe, to władza musi zaufać tym podatnikom, którzy nie chcą unikać opodatkowania, a przede wszystkim szanować ich poglądy prawne sformułowane w dobrej wierze. Taki temat poruszyliśmy podczas spotkania Klubu Dyrektorów Finansowych "Dialog" w Szczecinie. Spotkanie odbyło się w ramach programu Cyfrowy Fiskus http://www.cyfrowyfiskus.pl
Przy polskim skomplikowanym i niejednoznacznym prawie, częste mogą być sytuacje, że przedsiębiorca inaczej interpretuje przepis niż urzędnik. Co wtedy?

Zdarza się – jak przy podatku u źródła WHT – że przepisy nakładają na polskie spółki, na zarządy obowiązek bardzo daleko posuniętej oceny swoich kontrahentów, naocznego badania ich siedziby czy innych miejsc prowadzenia działalności, stanu zatrudnienia, a nawet poziomu wynagrodzeń pracowników. Przepisy mówią bowiem o dochowywaniu należytej staranności przy weryfikacji warunków do stosowania zwolnienia, obniżonej stawki lub niepobrania WHT. Weryfikacja warunków nie powinna w praktyce ograniczać się jedynie do przepisów, które wprost odnoszą się do podatku u źródła, tj. przedmiotu opodatkowania, statusu odbiorcy płatności, stawek WHT, ale dotyczyć powinny także okoliczności faktycznych. Jednym z elementów, który należy zbadać jest to czy odbiorca płatności prowadzi rzeczywistą działalność gospodarczą oraz czy posiada dostateczną substancję gospodarczą. Kontrahenci raczej nie są przyjaźnie nastawieni do takiej inwigilacji, zwłaszcza gdy wywiązują się z zobowiązań i w swoich krajach są traktowani jako uczciwi przedsiębiorcy czy menedżerowie. Oczywiście, takie śledztwa w sprawie kontrahentów kosztują niebagatelne kwoty.
W praktyce zbadanie, czy odbiorca posiada dostateczną substancję gospodarczą może nastręczać wiele trudności. Należy zwrócić uwagę, że o ile aspekty, które należy wziąć pod uwagę są jednolicie określone dla wszystkich odbiorców, to jednak ich ocena powinna być różna w zależności od profilu działalności danej spółki. Inną ocenę należy przyjąć odnośnie podmiotów holdingowych, inwestycyjnych, operacyjnych czy centrów usług wspólnych. W związku z tym, że polskie przepisy nie wskazują kryteriów jakościowych czy ilościowych przy ocenie substancji odbiorcy, ocena tego, czy substancja biznesowa jest odpowiednia może być niejednoznaczna oraz być przedmiotem licznych sporów z organami podatkowymi. Niemniej, płatnik, aby móc argumentować, że dochował należytej staranności przy weryfikacji substancji biznesowej powinien dysponować dowodami, na podstawie których dokonał stosownej analizy i oceny.
W Szczecinie zadaliśmy sobie pytanie, jakie ryzyko raczej warto podjąć: czy biznesowe ryzykują np. utratę kontrahentów czy zmniejszenie konkurencyjności naszego biznesu czy raczej ryzyko prawne, pozostając przy swojej interpretacji przepisów, niekoniecznie tożsamej z interpretacją urzędników?
Jednoznacznej odpowiedzi nie udzieliśmy sobie, będziemy jej szukać również podczas najbliższego spotkania w programie Cyfrowy Fiskus 18.07 w Katowicach https://evenea.pl/event/cf-katowice-18072019/

Zapraszam też do zapoznania się z relacjami ze spotkań, filmowymi wypowiedziami ekspertów i z innymi artykułami na ten temat w serwisie http://www.cyfrowyfiskus.pl

W blogu Spostrzeżenia 2019/07/16 - 11:13 Źródło

Business Dialog Bulletin - widok książki

Premium Drupal Themes by Adaptivethemes