Przejdź do treści
Zapraszamy

Czytelników, rozmówców na forum, Autorów, Blogerów, Redaktorów,...

Przeczytaj o możliwościach korzystania z witryny i współpracy

Salon Business Dialog Klub Inspirations Klub Dialog CIO Business Meeting Point Kwintesencja Projekty Business Dialog

W blogu Spostrzeżenia

Blog Iwony D. Bartczak

Dobrze byłoby wiedzieć, jak bardzo gorszych czasów się spodziewać i kiedy. Informacje, plotki i dane są niejednoznaczne. Czy są jakieś wiarygodne źródła? Kolega na spotkaniu Klubu Dyrektorów Finansowych „Dialog” rzucił: siada obrót paletami, to niechybny znak, że gospodarka tąpnie. Wierzyć w ten znak?
Możemy polegać na tych przesłankach oceny gospodarki, na których polegaliśmy w poprzednich latach? Popatrzmy.
Wskaźnik Wyprzedzający Koniunktury (WWK), informujący z wyprzedzeniem o przyszłym wzroście w gospodarce, w marcu 2019 roku spadł o 0,9 punktu w stosunku do miesiąca poprzedniego. Jednocześnie Standard & Poor's utrzymał rating Polski. Mniej więcej w tym samym momencie CEO i Rezerwa Federalna USA, w odpowiedzi na rosnące ryzyko globalne, wstrzymała podwyżki stóp procentowych. Gorzej prezentowały się w Polsce zamówienia w przemyśle, gdzie roczny spadek wyniósł aż ponad 8 proc. choć produkcja spadła nieco mniej. Gorzej wypadły dane o handlu zagranicznym. W skali roku mamy wzrost ponad 2 proc., ale wynika to głównie ze słabego 1 kwartału. Spada eksport o ponad 1 proc. I to już któryś z kolei spadek w ciągu ostatnich miesięcy … Jak pytamy i badamy to coraz więcej przedsiębiorców i menedżerów przyznaje, że dotykają ich mniejsze lub większe opóźnienia w płatnościach od kontrahentów, a ubezpieczyciele podnoszą stawki, gdyż jak wynika z ich raportów coraz większą bolączką są problemy z wypłacalnością. Jednocześnie rośnie rynek usług prepaid i cash back.
Takich informacji  - powalających na dowolną interpretację – jest coraz więcej, opinii, na których można by się oprzeć, bo jednoznacznie na coś wskazują – coraz mniej.
Według mnie informacje o koniunkturze są ważne, ale nie najważniejsze. Ważniejsza jest informacja, na ile polskie firmy są tak zorganizowane, że przyjmą i przetrwają – a nawet wykorzystają jako szansę – osłabienie koniunktury czy wręcz kryzys. Jest to pytanie o jakość zarządzania, poziom automatyzacji, poziom intelektualny i profesjonalny specjalistów i menedżerów. Dopiero w tym kontekście pytanie o przyszłą koniunkturę zyskuje odpowiednią rangę. A odpowiedź jaka będzie ma tylko takie znaczenie, że oznacza wybór odpowiedniego scenariusza postępowania, a nie istnienie lub nieistnienie zagrożenia „być albo nie być”.
A na koniec inspiracja:
Brak umiejętności przewidywania, niechęć do działania wtedy, gdy byłoby ono proste i skuteczne, brak jasności myślenia, chaotyczność proponowanych rozwiązań, dopóki nie pojawi się zagrożenie, dopóki instynkt samozachowawczy nie uderzy na alarm – to cechy, które sprawiają, że historia bez końca się powtarza. Winston Churchill

W blogu Spostrzeżenia 2019/04/19 - 10:50 Źródło

Zarządy wielu firm, co miesiąc; co kwartał; pół roku i rok, przeglądają sprawozdania finansowe obserwując jakie były obroty; zyski; płynność finansowa i inne. Pławią się tym samym w danych historycznych, które w momencie ich przeglądania, są nieaktualne. Już P.Drucker pisał, że podstawowym celem firmy jest trwanie w czasie, a zysk jest jedynie warunkiem realizacji tego celu. Czy myślą wtedy jak Drucker? Czy może wyniki ekonomiczne stają się dla nich celem? Będą czekać na nowe dane spodziewając się, że wyniki te będą lepsze albo że się nie pogorszą. Aby to osiągnąć, będą pracować prowadząc rozmowy, motywując, naciskając, kupując i sprzedając oraz gasząc pożary. Dlaczego tak robią? Możliwe, że nie mają lepszego pomysłu, jak wykorzystać te dane?  Utrzymanie obserwowanych wyników na pożądanym poziomie lub ich poprawa jest celem, z którego są rozliczani przez innych, lub z którego rozliczają się sami przed sobą. Tylko, czy to jest najlepszy pomysł na pracę zarządu?
Jeśli jako zarząd, mamy ambicję realizować koncepcję zarządzania procesowego, to chyba będzie sprawniej, kiedy sprawozdania finansowe, potraktujemy nie jak cel, nad poprawą którego pracujemy (większy zysk; mniejsza strata; większy obrót, lepsza płynność finansowa), bo wtedy nie myślimy bezpośrednio o naszych procesach (wszak każdy z tych obserwowanych parametrów finansowych, możemy poprawić, nie zastanawiając się jak ulepszyć proces, a jedynie jak poprawić obserwowaną zmienną), tylko potraktujemy jak papierki lakmusowe oceny tego co udało nam się dokonać w doskonaleniu procesów. Wtedy zyski, obroty i płynność, przestają być celem. Stają się jego pochodną. Będą najważniejszym weryfikatorem skuteczności zarządu w osiąganiu doskonałości procesowej. Który inwestor nie będzie chciał mieć zoptymalizowanych procesów, gdzie ogranicza się marnotrawstwo, a  wykonywana praca przyczynia się wyłącznie do dodawania wartości produkowanym towarom lub świadczonym usługom? Przy czym dobre wyniki, nie zawsze dowodzą istnienia dobrych procesów, choć dowodzą, że te procesy są, co najmniej, dostateczne, ale już złe wyniki, zawsze będą dowodem na to, że procesy w firmie zawodzą.
Wiem co powiedzą praktycy, w których uderzy to co napisałem wyżej. Ty sobie tu pisz, a ja, jeśli nie zrobię wyniku, to mnie posuną ze stanowiska. Dlatego kombinuję dzień w dzień, żeby tak się nie stało. Mamy więc klasyczny przykład ujawnienia się wady zarządzania przez cele, gdzie ich ciemna strona nie została ograniczona i ujawniła swoją moc.

W blogu Spostrzeżenia 2019/04/18 - 18:46 Źródło

Zapraszam serdecznie wszystkie osoby związane z projektem Business Dialog do wzięcia udziału w niżej przedstawionym badaniu. Ma ono charakter naukowy i nie posiada  żadnych konotacji politycznych. Jego autorom zależy szczególnie na wypowiedziach osób pełnią w społeczeństwie rolę opiniotwórczą, takich m.in. właśnie jak te tworzące środowisko Business Dialog.Zakład Kultury Politycznej i Badań nad Demokracją (ZKPBD) przy Polskim Uniwersytecie na Obczyźnie PUNO w Londynie ( https://puno.edu.pl/zkpbnd/) i Obywatelski Think Thank (http://obywatelskithinktank.org/) zainicjowały wspólnie ogólnopolski program badawczy na temat stanu i perspektyw rozwoju demokracji w Polsce. Program nosi nazwę: Demokracja oddolna w Polsce – utopia czy szansa? ZKPBD powstał z myślą o badaniach nad różnymi formami współczesnych demokracji oraz uczestniczącego społeczeństwa obywatelskiego. Głównym celem Zakładu jest analiza funkcjonalności i dysfunkcjonalności dzisiejszych form rządzenia w demokratycznych państwach. Tym razem celem programu Demokracja oddolna w Polsce – utopia czy szansa? jest analiza możliwości wprowadzenia do polskiego systemu politycznego efektywnych instrumentów demokracji oddolnej, szczególnie referendum. Ważną częścią programu jest przeprowadzenie reprezentatywnej ankiety w różnych środowiskach społecznych i politycznych. W Polsce powszechnie panuje przekonanie, że możliwość wrzucenia do urny kartki do głosowania raz na kilka lat jest podstawą demokracji. Ale czy polscy obywatele, dzięki udziałowi w wyborach i głosowaniu na określone partie i ugrupowania polityczne, mają rzeczywisty wpływ na stanowione w polskim państwie prawo, które winno być odbiciem umowy społecznej?Bardzo proszę o wypełnienie ankiety i jej udostępnianie swoim znajomym wraz z prośbą, aby oni też wzięli udział w badaniu. Oczywiście przy okazji zapraszam do dyskusji pod tym postem dotyczącej kwestii poruszonych w ankiecie. Link do ankiety: https://www.interankiety.pl/i/dzqeJ8Rz

W blogu Spostrzeżenia 2019/04/17 - 12:05 Źródło

W tegorocznej edycji Digital Finance Excellence wzięła udział już ponad setka firm. Niektóre z nich dopiero zaczynają wdrażać procesowe zarządzanie, inne są całkiem zaawansowane, większość rozpoznaje temat i testuje rozwiązania.
Zrobiliśmy mały sondaż wśród tych, którzy zrobili w tym zakresie najwięcej. Wyniki są budujące. Dwa pierwsze miejsca wśród odpowiedzi raczej oczywiste: mniej błędów i więcej pracy analitycznej. Ale trzeci wynik warto zinterpretować szerzej: „Lepsza komunikacja w obszarze finansów między działem finansowym a pozostałymi działami.” Dlaczego lepsza? Co się zmieniło?


 
W tradycyjnie zorganizowanej firmie, czyli funkcjonalnie (pionowo), według działów, a nie procesów, dział finansowy niespecjalnie komunikuje się z innymi działami ze względu na to, że jego praca zaczyna się, gdy do niego docierają dokumenty, np. faktury, a kończy się po ich zaksięgowaniu. Oczywiście, wielokrotnie coś się w tych dokumentach wyjaśnia z działami i osobami, które zawierają transakcje, które tych dokumentów dotyczą, ale jest to komunikacja ex post po fakcie biznesowym. Biznes też nie bardzo miał po co komunikować się z finansami, gdyż utożsamiał je raczej z pracą na rzecz fiskusa i zarządu niż na rzecz biznesu czy klientów.
„W organizacji zarządzanej procesowo, finanse – zespół finansowy – uczestniczą w procesie biznesowym od samego początku, tj. od decyzji biznesowej, bo wtedy do finansów i systemów są wprowadzane dane dotyczące podjętej decyzji np. przyszłej transakcji (bez czekania na dokument). Specjaliści finansowi na tej podstawie mogą dokonać analizy i przygotować prognozy, jakie będą skutki tych decyzji i planowanych działań oraz podjąć odpowiednie dla nich działania, a także rekomendować zmiany innym działom. Ważne jest, że cała ta komunikacja nie dość, że nakierowana jest na efekt całego procesu, to jeszcze odbywa się na podstawie tych samych danych jednakowo widocznych dla wszystkich w tym samym czasie. Nie jest tak, że każdy ma tzw. swoje dane czy u siebie. Są jedne dane do których dostęp mają wszyscy uprawnieni. Różnica jest tylko w poziomie zakresie dostępu. Menedżerowie różnych działów zaczynają mówić o faktach (liczbach, zdarzeniach), a nie o swoich opiniach. To zasadniczo zmienia charakter pracy i jakość komunikacji. Tworzy także zapotrzebowanie na informacje od siebie nawzajem, bo wszyscy w procesie pracują na wynik całego procesu, a nie tylko wykonanie swojego zadania.” – wyjaśnia Bartosz Radziszewski, autor programu DFE, partner zarządzający Business Dialog.
Ciekawy wątek jest w raporcie Forrester, dotyczących wpływu robotów software’owych na pracę ludzi. Roboty automatyzują czynności i procesy, uwalniając pracowników działów np. finansowych od uciążliwych, monotonnych, rutynowych prac, które nie wnoszą wartości, ale są konieczne. Niespodziewanie napotkaliśmy słowo "szczęście" w raporcie Forrester dotyczących wpływu RPA robotów software'owych na pracowników. "Ludzie są najszczęśliwsi w pracy, kiedy są najbardziej produktywni, a kiedy są szczęśliwi są bardziej staranni w stosunku do współpracowników i klientów". RPA pomagają im być produktywnymi, ergo czynią szczęśliwszymi. Zdaniem analityków Forrester, automatyzacja procesów znacznie zwiększa liczbę interakcji między pracownikami.
To ciekawy i radosny, choć chyba niespodziewany, efekt cyfryzacji w firmach.

W blogu Spostrzeżenia 2019/04/15 - 11:32 Źródło

Przy okazji strajku nauczycieli tak trochę po belfersku przypomnę, co pisali na ten temat liberałowie – dawni i współcześni.
 
Zacznijmy od ojca liberalizmu – Adama Smitha. Jego zdaniem „w myśl systemu naturalnej wolności, panujący ma spełniać jedynie trzy obowiązki. (…) Jest to, po pierwsze, obowiązek ochrony społeczeństwa przed gwałtem lub inwazją ze strony innych niezależnych społeczeństw. Po drugie, jest to obowiązek jak najdalej idącej obrony każdego członka społeczeństwa przed niesprawiedliwością i uciskiem ze strony wszystkich innych członków społeczeństwa, czyli obowiązek ustanowienia i ścisłego przestrzegania wymiaru sprawiedliwości. Wreszcie, po trzecie, obowiązek ustanowienia i utrzymania pewnych urządzeń publicznych i publicznych instytucji, których ustanowienie i utrzymanie nie może nigdy leżeć w interesie jednostki lub niewielkiej liczby jednostek, a to dlatego, że dochód z nich nie pokryje nigdy kosztów”. [A. Smith, Badania nad naturą i przyczynami bogactwa narodów, Tom II, PWN, Warszawa 1954, s.395] Najwięcej kłopotów rodzi trzeci z wymienionych przez Smitha obowiązków państwa. Sam autor nadawał mu bardzo wąską interpretację. Państwo miało prowadzić działalność korzystną społecznie a nierentowną – dla „rozwoju handlu i oświaty”. Zadaniem państwa miała być pewna pomoc w krzewieniu oświaty na szczeblu elementarnym. „Bardzo niewielkim kosztem państwo może ułatwić, zachęcić, a nawet nałożyć na cały prawie naród obowiązek opanowania podstawowych dziedzin wykształcenia” (pisania, czytania i liczenia). Jeżeli bowiem lud jest choć trochę wykształcony „mniej jest podatny na omamy zabobonu i uniesień, które wśród ciemnych narodów wywołują często najokropniejsze zaburzenia” i „jest bardziej skłonny traktować krytycznie egoistyczne uroszczenia partyj i lepiej potrafi przejrzeć ich sens”. A. Smith, Badania nad naturą i przyczynami bogactwa narodów, Tom II, PWN, Warszawa 1954, s. 529]. Mając te względy na uwadze państwo może zakładać małe szkółki na terenie każdego okręgu, w których dzieci zdobywałyby elementarne wiadomości i może nawet opłacać w części pensję nauczycieli. Nie powinno jednak pokrywać w całości ich wynagrodzenia, gdyż wówczas szybko zaczęliby oni zaniedbywać swoje obowiązki. Jeżeli bowiem nauczyciele utrzymują się z poborów, płynących ze źródeł, które są całkowicie niezależne od ich osiągnięć i reputacji, a nie z honorariów i wpłat od swoich uczniów, to ich interesy osobiste pozostają w sprzeczności z ich obowiązkami. [A. Smith, Badania nad naturą i przyczynami bogactwa narodów, Tom II, PWN, Warszawa 1954, s. ss. 494-495]
Obecnie zwykło się usprawiedliwiać najbardziej nawet szeroki zakres działań administracji publicznej. Tymczasem, „każdy przyrost władzy rządu dla jakichkolwiek celów – pisze Milton Friedman komentując rozważania Smitha – zwiększa niebezpieczeństwo, że zamiast służyć większości obywateli, stanie się on narzędziem do wykorzystywania jednych przez drugich. (…) Lekcja, jaką można wyciągnąć z niewłaściwego użycia tezy Smitha o trzecim obowiązku państwa, nie polega na tym, że jego interwencja nigdy nie jest usprawiedliwiona, ale na tym, iż ciężar dowodu jej użyteczności spoczywa na wnioskodawcach”. [M. Friedman, R. Friedman, Free to Choose, New York, s. 32] Trzeba więc rozwinąć praktykę badania zarówno korzyści, jak i kosztów proponowanych interwencji rządowych i domagać się wykazania przez wnioskodawców wyraźnej przewagi jednych nad drugimi i to zanim interwencje te zostaną wprowadzone w życie, gdyż, jak uczy doświadczenie, „jeśli rząd raz podejmie jakąś działalność, to rzadko z niej rezygnuje”. [M. Friedman, R. Friedman, Free to Choose, New York, s. 32]
Zdaniem Friedmana system edukacji publicznej pełni obecnie rolę jeszcze jednego składnika państwa opiekuńczego. Friedman zaś nie chce traktować oświaty z jednej strony jako elementu pomocy społecznej, a z drugiej – drogi do redystrybucji dochodu narodowego, a więc de facto swoistego rodzaju opodatkowania.
Oświata zawsze była ważnym składnikiem „amerykańskiego marzenia”, a jak zauważa Wiktor Osiatyński „w połowie bieżącego stulecia stała się dla Ameryki tym, czym przez wieki była przesuwająca się na zachód granica – czyli źródłem niespotykanej gdzie indziej na taką skalę ruchliwości społecznej”. [W. Osiatyński, Zmienia się Ameryka, Warszawa 1982, s. 135] Użyte tu pojęcie „ruchliwość” może być rozumiane nie tylko w sensie poziomym (przesiedlanie się), ale także, a może przede wszystkim – pionowym (awans społeczny). Jednak współcześnie edukacja nie spełnia już tej funkcji w takim stopniu jak kiedyś. Cierpi ona na tę samą chorobę, co wiele innych rządowych programów pomocy społecznej, gdyż na nieszczęście sama stała się jednym z nich. Według diagnozy Waltera Lippmana jest to „choroba społeczeństwa przeregulowanego”. Powoduje ją odejście od starej wiary, „że nieograniczona władza, sprawowana przez ludzi ograniczonych i pełnych uprzedzeń, staje się szybko represyjna i skorumpowana, a pierwszym warunkiem postępu jest ograniczenie władzy odpowiednio do zdolności i cnót rządzących”. Zastąpiła ją nowa wiara, „że nie istnieją granice umiejętności rządzenia innymi, w związku z czym nie należy nakładać na rząd zbyt wielu ograniczeń”. [M. Friedman, R. Friedman, Free to Choose, New York, s. 151] W przypadku nauczania młodzieży choroba ta przybrała postać odmawiania rodzicom prawa jakiejkolwiek ingerencji w proces nauki pobieranej przez ich dzieci i przekazania całej nad nim kontroli w ręce scentralizowanej i zbiurokratyzowanej administracji szkolnej, kierującej się przede wszystkim własnymi interesami i własną filozofią.
Trend ów rozpoczął się w Prusach i napoleońskiej Francji na początku dziewiętnastego wieku. W Stanach Zjednoczonych kampanię w tej sprawie rozpoczął Horace Mann w połowie lat trzydziestych obecnego stulecia. Co ciekawe – nie uczestniczyli w niej niezadowoleni rodzice, lecz sami nauczyciele i administratorzy szkolni oraz grupy lewicowo nastawionych intelektualistów. Stanowi to doskonały przykład podobieństw między systemem autorytarnym i socjalistycznym. Pionierami kontroli państwa nad oświatą były autokratyczne Prusy, a stworzony w nich model edukacji przeszczepiali do innych państw głównie socjaliści. I jedni, i drudzy byli bowiem zainteresowani uzyskaniem dominującego wpływu na świadomość młodzieży w newralgicznym momencie jej kształtowania. Owa próba sięgnięcia po „rząd dusz” okazała się, na nieszczęście, skuteczna, czego rezultaty są opłakane. „Jest tragedią – pisze Friedman – a zarazem ironią losu, że system, który w intencji miał zapoznać wszystkie dzieci ze wspólnym językiem i wartościami, który miał dać wszystkim równe szanse edukacyjne, pogłębił w rzeczywistości podziały społeczne i stworzył bardzo nierówne szanse oświatowe”. [M. Friedman, R. Friedman, Free to Choose, New York, s. 158]
W USA rząd finansuje nauczanie 90% dzieci tylko dlatego, że 10% z nich znajduje się w trudnym położeniu. Co więcej, finansując nauczanie (a przecież czyni to z pieniędzy wyciągniętych z kieszeni podatników) uzurpuje sobie prawo do decydowania o tym, jakie ono powinno być. W tej sytuacji należy wyraźnie odróżnić, nie wiadomo dlaczego używane jako synonimy, dwa określenia: „wykształcenie” (education) i „nauczania” (schooling). Nie każde nauczanie prowadzi do wykształcenia i nie zawsze wykształcenie jest wynikiem nauczania. Jak powiedział kiedyś Mark Twain: „nigdy nie dopuściłem do tego, aby szkoła przeszkadzała mi w kształceniu się”. Niestety, współcześnie system szkolny skutecznie przeszkadza kształceniu się tym, którzy mieliby na to ochotę. Już dwieście lat temu Adam Smith zauważył, że „przymus i rygor są bez wątpienia potrzebne, by nakłonić dzieci /…/ do opanowania tego zakresu wykształcenia, jaki uważa się za konieczny w tym wczesnym okresie życia. Gdy jednak ukończą dwanaście-trzynaście lat, przymus i rygor prawie zawsze stają się zbędne dla kierowania edukacją, byle tylko nauczyciel wywiązywał się ze swoich obowiązków /…/ Nie potrzeba uciekać się do dyscypliny, by zmusić studentów do uczęszczania na wykłady, których istotnie warto posłuchać…”[cyt. za M. Friedman, R. Friedman, Free to Choose, New York, s. 171]. Jeden ze współczesnych studentów powiedział zaś Friedmanom, że „jak się wie, iż każdy wykład kosztuje trzydzieści pięć dolarów i pomyśli o tym wszystkim, co można by zamiast tego z tymi pieniędzmi zrobię, można być pewnym, iż się na niego pójdzie”. [M. Friedman, R. Friedman, Free to Choose, New York , s. 177] .Tymczasem płacenie przez zainteresowanych nie bezpośrednio, lecz pośrednio (w drodze podatków) osłabia, albo nawet całkowicie eliminuje tego typu motywację. Wynikający zaś z centralnego administrowania i zbiurokratyzowanego zarządzania chaos i bałagan panujący w szkolnictwie państwowym, obniża jego jakość. Wyklucza to ewentualne bodźce merytoryczne i intelektualne potencjalnych słuchaczy.
Jako pierwszy krok w kierunku reformy oświatowej Friedman proponuje wprowadzenie systemu talonów (bonów) szkolnych (oświatowych). Państwo zamiast bezpośrednio finansować oświatę, przekazywałoby rodzicom wszystkie środki wydawane przez siebie na ten cel. Otrzymywaliby oni vouchery, opiewające na sumę stanowiącą iloraz globalnych wydatków na szkoły publiczne i ilości korzystających z nich dzieci. Mogliby opłacać nimi naukę swych dzieci w szkołach licencjonowanych przez państwo. Licencje te byłyby wydawane pod warunkiem spełnienia przez szkołę określonych wymogów programowych i nawet organizacyjnych. Friedman dopuszczał nawet możliwość nie wydawania takich licencji szkołom parafialnym obawiając się zarzutów, iż to właśnie one przyciągnęłyby większość uczniów, co groziłoby delaicyzacją szkolnictwa. Rodzice zaś mieliby swobodę wyboru konkretnej szkoły. W tych zaś placówkach, które pobierałyby wyższe opłaty za szczególnie wysoki poziom nauki lub inne oferowane przez nie świadczenia, można by do czesnego dopłacać gotówką.
Przeciwko temu projektowi zgłoszono oczywiście wiele zarzutów. Podniesiono, że wzmocni on pozycję szkół parafialnych, stawiając pod znakiem zapytania tradycyjną laickość nauczania. Podkreślono także, że nowy system odciąży finansowo rodziny najbogatsze, które i tak posyłają dzieci do szkół prywatnych, co przyczyni się do redystrybucji dochodu narodowego na ich korzyść.
Argumentacja ta wyszła oczywiście od nauczycieli i administratorów szkolnych i to tych najgorszych, którzy poczuli się zagrożeni proponowanymi reformami. Pierwszy argument pokazywał, że antagoniści nawet nie wczytali się w propozycje naruszające status quo, przystępując z zasady do kontrofensywy. Friedman wyraźnie bowiem zaznaczył, że dopuszcza możliwość nie wydawania koncesji szkołom parafialnym. Zakładał też, że proponowany przez niego system doprowadzi do powstania wielu nowych szkół prywatnych, które wygrają konkurencję ze szkołami kościelnymi, gdyż ich działalność oświatowa nie będzie krępowana żadnymi względami pozarynkowymi. Drugi argument pokazywał natomiast, na czym polega istota obecnego systemu i jakie są prawdziwe intencje jego propagatorów. Nie chodzi im bynajmniej – twierdzi Friedman – o sam proces nauczania, lecz raczej o redystrybucję dochodu narodowego, na której najwięcej korzystają oni sami. Okazuje się, że ważniejsze od poziomu nauczania jest utrzymanie redystrybucyjnych funkcji systemu, w którym bogaci płacą za naukę swoich dzieci dwa razy: raz poprzez podatki, drugi raz opłacając czesne. Najbardziej uderza to nie w rodziny najbogatsze, gdyż je i tak stać na prywatne szkoły dla dzieci, ale w klasę średnią, przedstawiciele której nie mają tak dużych możliwości finansowych i muszą posyłać swoje dzieci do szkół utrzymywanych przez administrację publiczną z ich własnych pieniędzy, odebranych im wcześniej w postaci przeróżnych podatków.
W Polsce wprowadzenie bonu oświatowego miały w swoich programach wyborczych AWS w 1997 roku i Platforma Obywatelska w 2005! Na obietnicach się skończyło.
I dwie konkluzje: (1) reforma szkolnictwa – jaka miała miejsce za AWS i PiS – bez zmian systemu jego finansowania jest bez sensu; (2) zmiana wynagrodzeń nauczycieli bez zmiany systemu finansowania szkolnictwa – jest bez sensu.

W blogu Spostrzeżenia 2019/04/08 - 20:58 Źródło

Czytam sporo raportów i analiz dotyczących transformacji cyfrowej przedsiębiorstw, dotyczą Polski, świata lub jakiegoś podzbioru gospodarek. Na ogół ich autorzy najpierw zbadali, jak to jest w firmach, odpytali dyrektorów, czy mają strategiczny plan, czy mają na niego pieniądze, czy mają odpowiednich ludzi, kiedy zamierzają się do tego zabrać i co osiągnąć. 
Na ogół są to zupełnie bezwartościowe raporty. Albo gorzej - wprowadzające w błąd decydentów, którzy chcieliby się nimi kierować.
Po pierwsze, transformacja cyfrowa nie powinna być celem samym w sobie, nie powinna być przedstawiana jako jakiś obowiązkowy stan przedsiębiorstwa ze względu na to, że ...... taki stan uznaje się dzisiaj za stosowny. Transformacja cyfrowa - jakiś jej zakres, jakiś jej charakter -  jest metodą, raczej nie jedyną,  osiągania celów biznesowych. Cele biznesowe mogą być mniej ambitne, np. uniknięcie pewnych zagrożeń lub bardziej ambitne, np. osiągnięcie pozycji lidera na jakimś rynku lub jakiejś rentowności kapitału. Zgoda, że dzisiaj są znakomite technologie cyfrowe pomocne w osiąganiu tych celów. 
Czytając te raporty o transformacji cyfrowej mam wrażenie, że one są całkiem tradycyjnym zabiegiem marketingowym dostawców technologicznych, mającym na celu wytworzenie sztucznej potrzeby. To absurd, bo są jak najbardziej prawdziwe potrzeby biznesowe, wymagające tych technologii. Jednak w tych raportach cele biznesowe przemykają jakby bokiem i ujawniają się pokątnie na końcu, gdy autorzy wyliczają co wdrożenie rozwiązań IT dało firmom. Przecież żaden mądry zarząd czy właściciel tak nie postępuje!!!!
I potem zdziwienie i utyskiwanie, że my w Polsce tacy mało chętni do cyfryzacji. Może i mało chętni, a może po prostu jest za mało rzetelnej wiedzy, jak realizować cele biznesowe poprzez zastosowanie zaawansowanych rozwiązań IT, bo dostarczana wiedza dotyczy tylko owych rozwiązań. Twórzmy wiedzę jak realizować ambitne modele i cele biznesowe, a rynek na rozwiązania IT sam się stworzy!

A teraz - po drugie. Autorzy tych raportów niemal powszechnie uważają, że transformacja cyfrowa zaczyna się od jakiegoś strategicznego planu na nią, że powinna się od tego zaczynać. Już wiemy, że powinna zaczynać się od strategicznych ale celów biznesowych, a nie ambicji technologicznych. Ale jest coś jeszcze.
Znam dziesiątki, jak nie setki wdrożeń czy transformacji cyfrowych, dyrektorzy opowiadaja o nich na naszych spotkaniach, np. w Klubie Dyrektorów Finansowych "Dialog", ale też wynikają z postów w naszych serwisach i blogach czy ze zgłoszeń do konkursów, np. Dyrektor Finansowy Roku czy Digital Finance Award (też powiązana z DFR). 
Prawie żadne nie zaczęło się od odgórnej dyrektywy centrali, właściciela czy zarządu, nawet jak później objęła znaczną część procesów w firmie. Na ogół bodźcem do zmiany, na razie w jednym konkretnym miejscu były następujące wydarzenia:
1. Zmiana na stanowisku prezesa, CFO lub dyrektora produkcji, który zadał z głupia frant pytanie "a po co  to robimy" albo "a dlaczego my to tak robimy" albo "czy ten raport ktoś czyta" albo "czy ten produkt jest rentowny"
2. Zmiana na stanowisku prezesa lub CFO, który w poprzedniej firmie korzystał z jakichś narzędzi, których w tej nie ma, więc chce je mieć
3. Poważna strata w wyniku niewłaściwego zrealizowania (lub niezrealizowania) zamówienia klienta
4. Poważna kara wynikająca z ludzkiego błędu w dopełnianiu wymagań prawa, fiskusa, regulatora
5. Odejście ważnego klienta lub dostawcy ze względu na niemożliwość komunikacji z nim w określonym narzędziu IT
6. Pasja ważnego dyrektora (nie będącego menedżerem informatycznym), który osobiście nauczył się jakiejś technologii, i przekonał do niej zarząd/właściciela/centralę.
7. Upór szeregowego menedżera, którego osobistą ambicją jest zmiana jakiegoś uciążliwego procesu/czynności na mniej uciążliwy
8. Odejście kilku kluczowych pracowników, ponieważ byli zbyt mocno przeciążeni pracą, aby to wytrzymać, a która dałoby się zatomatyzować. Brak chętnych do zastąpienia ich.

Impulsem do zmiany jest zazwyczaj jakieś mikro wydarzenie lub zjawisko. Ono powoduje działania na jakimś odcinku, aby zaradzić konsekwencjom wydarzenia. Jeśli całość - przyczyna, działanie, wdrożenie - zostanie dobrze przemyślane i zrobione, to może przerodzić się w chęć większych zmian, a nawet wręcz strategicznej transformacji, np. cyfrowej. 
Na ogół lekceważymy ten pierwszy bodziec, a opisując przemiany w firmach zaczynami od celów, strategii, mapowania procesów, mapowania strumienia wartości itd. No, nie, najpierw było coś innego.
Myślę, że jeśli nauczylibyśmy się w większym stopniu wychwytywać te bodźce zmian, a potem przechodzić z nich do wielkich zmian w firmach, to byłaby najkorzystaniejsza transformacja działania w biznesie.

W blogu Spostrzeżenia 2019/04/07 - 17:24 Źródło

Trzeba przyznać profesorowi Krzysztofowi Diksowi oraz profesorowi Janowi Madey’owi, że udało im się stworzyć ma WMIM znakomity ośrodek kształcenia informatyków. Bo to nie jest kwestią przypadku że w ostatnim dziesięcioleciu programiści z UW zdobywali 4 razy złote medale w chyba najbardziej prestiżowym konkursie programowania zespołowego ACM-ICPC. W tym dwukrotnie zajmując pierwsze miejsca. A od 25 lat regularnie występują w finałach. I to jest beczka miodu. Ale jest i dziegć. Nasi świetni programiści rozjeżdżają się po świecie, pracują w firmach zagranicznych. A polskich produktów software’owych, z wyjątkiem gier, znanych na świecie i globalnie rozpoznawalnych praktycznie nie ma. Programowanie co by to nie mówić bardzo zaawansowane i wymagające dużych umiejętności, ale jednak prace wykonawcze. W ogólności wygląda na to że polską specjalnością stały się zawody i funkcje wykonawcze. Bardzo dynamicznie rozwijającą się branżą są Shared Services, które są branżą całkowicie wykonawczą. Transport który stał się specjalizacją Polski w UE, to też nic innego jak prace wykonawcze. Polski przemysł z małymi wyjątkami dostarcza elementy składowe, podzespoły lub zajmuje się ich składaniem. I w tym momencie chyba należy wrócić do strajku nauczycieli, ale przede wszystkim do edukacji. I zadać pytanie na ile polska szkoła przygotowuje dobrze, korpo ludków i posłusznych obywateli, poprzez ich obciążanie nadmiarem lekcji oraz niekończącymi się zadaniami domowymi, a na ile ludzi ciekawych świata, krytycznych twórczo, przygotowanych do nadciągających wyzwań. Nie ma się co oszukiwać do zawodu nauczycielskiego, z wyjątkiem grupki pasjonatów nie idą najlepsi z najlepszych. Ci którzy tam trafią są sfrustrowani niskimi płacami oraz jeszcze niższym prestiżem zawodu. A przecież żadne programy, żadna infrastruktura nie zastąpi uczenia przykładem, uczenia przez przekazywanie pasji, czy przez wspólne stawianie pytań i szukania odpowiedzi. Nasza szkoła z wyjątkiem chwalebnych wyjątków, nie tyle nie pozwala gasnąć naturalnej dziecięcej ciekawości świata, co ją wręcz tłumi. Nasi uczniowie zamiast się uczyć współpracy, ścigają się między sobą i przygotowują się do wyścigów szczurów zamiast do kooperacji. Programy po 2015 z wielu przedmiotów zamiast nauczać w XXI sposób cofają nauczanie do XIX wieku. Ale kogo interesują kwestie edukacji w roku wyborczym? Widać, że głównym celem rządzących jest przedłużenie swojej władzy. Myślenie strategiczne, w naszym kraju nigdy się nie cieszyło nadmierną estymą. Mamy jak na kraj średniej wielkości, wielu zdolnych ludzi. Ale w odróżnieniu od innych krajów słabo wykorzystujemy ten potencjał. Bo niestety, przypadki informatyków Uniwersytetu Warszawskiego czy Wrocławskiego (6 miejsce na świecie) nie są zbyt częste. A potem nie za bardzo umiemy je spożytkować. W gospodarce nastawionej w duże mierze na kopiowanie i konkurowanie niskimi kosztami.

W blogu Spostrzeżenia 2019/04/07 - 13:16 Źródło

Termin: „zarządzanie procesowe” jest popularny. Mówi się o tym w firmach i próbuje implementować. To dobrze, bo mamy już całkiem zaawansowany w czasie XXI wiek, a współczesnych źródeł tej koncepcji zarządzania można szukać w czwartej dekadzie ubiegłego wieku, w Ameryce.  Jeszcze nie wszyscy moi rozmówcy rozróżniają zarządzanie procesowe od zarządzania procesami, ale przecież nie można mieć wszystkiego. Dlatego nie będę tu nadmiernie nad tym biadolić. 
Gorzej, że nie wszyscy widzą związki przyczynowe pomiędzy zarządzaniem procesowym, a kulturą zarządzania. A takie związki występują i to jest całkiem poważny problem. Poza deklarowaną wolą zarządu wprowadzenia elementów zarządzania procesowego lub wręcz przejścia na taki styl kierowania, konieczne jest jeszcze osadzenie go w odpowiednim środowisku pracy. To nie tyle koncepcja zarządzania procesowego wymusi na nas zmianę stylu (choć stawia tu wysokie wymagania), ale nasz preferowany styl powie nam czy ta koncepcja jest dla nas dostępna już teraz. Dla wielu w ogóle okaże się niedostępna, a to przez ich cechy osobnicze. Autokraci są wyłączeni, nikt ich nie zmieni, jeśli sami tego nie zechcą i nie zrobią.
No dobrze. Ale jak zweryfikować naszą potencjalną zdolność do wdrażania zarządzania procesowego, w sposób  na tyle miarodajny by możliwe było podejmowanie decyzji co my mamy tak właściwie robić? Wdrażać koncepcję, przygotowywać się do tego, czy porzucić ten pomysł?
Nie wiem jak  mają się do tego zabierać inni. Za to mogę powiedzieć jak ja to praktykuję wobec klientów, uzyskując wyniki, które potem wykorzystuję w działaniu. Uprzedzę jednak, że duży w tym pierwiastek konw how wynikającego z przeprowadzania analizy na różnych podmiotach. Pierwsze próby służyły zresztą innym celom. Możliwość wykorzystania narzędzia do wstępnej weryfikacji zdolności zarządu firmy do wprowadzania zarządzania procesowego, została zauważona później. Mogę więc powiedzieć: „nie próbujcie robić tego sami w domu”.
Test Gallupa Q12, jest opisany. Można znaleźć o nim informacje w Internecie. Ja poznałem go dzięki opisowi prof. Bliklego w książce „Doktryna jakości”. A sam opisałem w tekście pod tym linkiem: https://mojafirma.infor.pl/manager/zarzadzanie-zespolem/319426,Test-Q12.html
Przez lata pogłębiałem wiedzę o metodyce i nieco zmodyfikowałem pytanie nr 10, bo nieomal zawsze otrzymywałem na nie odpowiedź przeczącą, co w tym przypadku nie dawało wiedzy, o którą by mi chodziło w tym miejscu. Nowe pytanie, wydaje się, daje większą wartość poznawczą,  a fakt, że „poprawiłem” Gallupa, wcale nie napawa mnie dumą.  Ja tylko „dostrugałem” półkę z pytaniami do potrzeb.
Nie będę tutaj opisywał samego testu. Odsyłam do Internetu; książki pana prof. Bliklego lub do mojego tekstu, który pudlingowałem wyżej. Za to przedstawię skalę jaką wykorzystuję kiedy mowa o zdolności zarządu firmy do transformacji wykorzystywanej aktualnie koncepcji zarządzania, na koncepcję zarządzania procesowego. Powiem tylko, że w teście udziela się odpowiedzi TAK lub NIE, a podane poniżej przedziały odnoszą się do sumy uzyskanych odpowiedzi na TAK, w teście Q12, przeprowadzonym na pracownikach danej firmy.   
Przedział czerwony (50% odpowiedzi na TAK, lub mniej) – na razie możesz zapomnieć o zarządzaniu procesowym. Dostępny model,  to tryb nakazowo-rozdzielczy; https://pl.wikipedia.org/wiki/Gospodarka_nakazowa, żeby to zmienić konieczne są zmiany w sposobie wykorzystywania takiego aktywa firmy jakim są jego pracownicy.
Przedział żółty (powyżej 50% odpowiedzi na TAK, do 75%)- pracuj dalej, zatrudniaj i zbieraj odpowiednich ludzi; zmieniaj swój styl zarządzania, czyń przygotowania, poznawaj narzędzia.
Przedział zielony (powyżej 75% do 85%) – możemy zaczynać. Przygotuj się na ciągły marsz, lekko nie będzie;
Przedział turkusowy (powyżej 85% odpowiedzi na TAK) – dlaczego jeszcze nie zarządzasz procesowo !? Tracimy czas i okazje. To trzeba zrobić, choć lekko nie będzie i nigdy się nie skończy!

W blogu Spostrzeżenia 2019/04/07 - 13:16 Źródło
Pewien dziennikarz z pewnego portalu „rozprawił” się w sążnistym artykule z moim tweetem z 27 marca 2019: „Przeczytałem dziś w jednej z gazet bardzo ciekawy artykuł. Ale szanując prawo własności autora i wydawcy go nie podlinkuję ani nic o nim nie napiszę”. Opatrzyłem go heheszkiem – bo ja na Twitterze zazwyczaj sobie żartuję.

Więc teraz bez żartów, całkowicie na poważnie. Dowiedziałem się z komentarzy pod tym tweetem, że:

  • piszę głupoty,
  • pewnie nie przeczytałem dyrektywy, bo przecież linkować można, gdyż linki nie są chronione prawem autorskim,
  • moja manipulacja sztandarem porządności jest nieporządnością,
  • zbyt jestem ogarnięty, żebym się mylił (więc dlaczego to piszę?).

Dziennikarz, który napisał wspomniany artykuł na temat mojego tweeta skorzystał z prawa cytatu, ale przy okazji został „autorem”, a portal, który go opublikował „wydawcą”. Jak się do tego odniosę korzystając z Internetu, to „autor” i „wydawca” zarobią, bo dostawcy Internetu, którzy pozwalają mi na pisanie, będą musieli z „wydawcą” zawrzeć umowę, na podstawie której otrzymają od dostawcy Internetu wynagrodzenie za „treści”, które „stworzyli”. Nie miałbym z tym żadnego problemu – bo nie mam problemu ani z tym, że ktoś zarabia – nawet dzięki mnie – ani z tym, że pisze o mnie głupoty – jego prawo nie rozumieć o czym piszę. Model biznesowy „dowalania się do innych” w celu promocji siebie jest stosowany często.
#ACTA2, których ponoć nie należy nazywać #ACTA2, bo to wcale nie są #ACTA2, zostały uchwalone w imię poszanowania prawa własności autorów i wydawców! Śpieszę zatem przypomnieć – o czym napisałem na Twitterze – że sam jestem autorem, ale jako autor „jestem przeciwko wykorzystywaniu do ochrony mojego prawa własności instrumentów służących naruszaniu mojej wolności”.
Prawo własności szanuję. Dlaczego zatem nie będę nic linkował? W moim małym buncie! Nie dlatego, że mi nie wolno. Dlatego, że będę monitorowany, czy linkuję! Wiem, że „monitorowany” to ja już jestem. Korzystam z Internetu i za to płacę dostawcom Internetu swoimi danymi. Dostawcy Internetu też ograniczają moją wolność pisania przez swoją politykę „poprawności politycznej”. Kiedyś zablokował mnie Twitter, jak umieściłem obok siebie dwa plakaty z okazji Święta Ludzi Pracy – czyli 1 Maja – jeden z czasów ZSRR opatrzony sierpem i młotem, a drugi z III Rzeszy opatrzony swastyką. Ale moja wolność w korzystaniu z Internetu jest niebotyczna w stosunku do mojej wolności korzystania z mediów tradycyjnych. Więc w wojnie „wydawców” mediów tradycyjnych z dostawcami Internetu stoję po stronie tych drugich. Jak jakiś „autor” napisze głupotę, to nie muszę się prosić u jego „wydawcy” o umieszczenie polemiki, tylko pisze polemikę i ją sam umieszczam w Internecie.
Doskonale pamiętam oszczerstwa pisane o różnych ludziach przez różnych „autorów” i publikowane przez ich „wydawców”, gdy Internet dopiero raczkował, nie było jeszcze Twittera ani Facebooka, prostowane po latach procesów, gdy statystyczny czytelnik dawno zdążył zapomnieć, o co w ogóle chodziło, a pomówieni i ich rodziny musieli przez lata znosić „domniemanie rzetelności” „autora” i „wydawcy”.
Pierwszy raz pisałem o tym kilkanaście miesięcy temu, gdy jeszcze nie przyszło mi do głowy zajęcie się polityką. Teraz próbując polityki mam jeszcze jedną obserwację. Moim zdaniem tradycyjne media, nie dając sobie rady w świecie Internetu, zrobiły z „tradycyjnymi” politykami interes: uchwalcie prawo korzystne dla nas, żeby nas bronić przed naszą konkurencją – czyli przed „gigantami technologicznymi” - w imię szczytnie brzmiącego hasła „prawa własności” dla autorów (bo przecież nikt nie walczy o swój interes, tylko cudzy), a my wam pomożemy z waszą potencjalną, polityczną konkurencją, która dzięki dostawcom Internetu może z wami lepiej konkurować. Będziemy ich ignorować albo szkalować, a jak się będą bronić w Internecie, to jeszcze na tym zarobimy. I zawsze możemy zabronić wstawiania - przez szkalowanych - linków do szkalujących ich naszych artykułów, jak przez lata odmawialiśmy im prawa do napisania polemiki ze szkalującymi ich naszymi artykułami.

W blogu Spostrzeżenia 2019/04/02 - 16:26 Źródło

Czasem opowiadając sobie różne biznesowe czy pracownicze historie, mówimy „a gdybym ja to wtedy wiedział, co wiem teraz, a gdybym ja wtedy był taki mądry, jak dzisiaj jestem”…. to jakieś  sprawy poszłyby sprawniej lub korzystniej. I mamy uczucie, że WTEDY powinniśmy już to wiedzieć. A to nie tak.
O ile nie jesteśmy hosztaplerami, to na ogół tak jest, że do zadań, projektów, wdrożeń zabieramy się mając całkiem solidny zestaw wiedzy i robimy wszystko w zasadzie zgodnie ze sztuką, a mimo to jak skończymy projekt już wiemy, że coś zrobilibyśmy inaczej. W kolejnym projekcie jesteśmy jeszcze bardziej zasobni w wiedzę, a mimo to historia powtarza się. I w kolejnym też. Jak mówią budowniczowie domów: „dopiero ten siódmy dom, który zbuduję, to będzie ten w którym naprawdę chciałbym mieszkać.”
Nie jestem pewien, czy i dom siódmy będzie doskonały. Przecież świat nie stoi w miejscu.
Wydaje mi się, że mimo że jest wiele koncepcji i metodyk mających w nazwie słowo „doskonały” czy „doskonałość”, to ona w istocie nie istnieje i nie powinna istnieć. To swego rodzaju kierunek drogi który obieramy w życiu. Doskonałość kładzie akcent na stan rzeczy, a ważniejszy jest człowiek w działaniu. Chodzi o to, aby to był człowiek uczący się.
Menedżer, który prowadzi projekt czy przedsięwzięcie, oczywiście chce zrealizować go najlepiej jak to możliwe. Ale najlepszą robotę zrobi wtedy, gdy będzie świadom, że i tak to dzieło będzie miało wady i niedostatki, że będzie dalej poprawiane i uzupełniane. Dlaczego tylko wtedy?
Po pierwsze, nie będzie w nieskończoność zbierać danych czy innej wiedzy, lecz w pewnym momencie powie „stop”, „wystarczy”. I zacznie działać. Po drugie, dlatego że nie pozwoli na zbyt długie i drobiazgowe cyzelowanie planu tego, co ma być osiągnięte. Zadowoli się może nie pierwszą czy drugą wersją, ale tą która pojawi się zanim kosmicznie wzrosną wymagania wszystkich zainteresowanych i jego własne jaki ma być efekt i droga jego realizacji.
Czyli będzie umiał przejść do działania, podejmować decyzje i uwzględniając ryzyko.
Po trzecie, wiedząc że efekt powinien być wystarczająco dobry (a nie doskonały, czyli zamkniętą skończoną całością), pozostawi różne możliwości rozwinięcia projektu, uzupełnienia wdrożenia, rozbudowy rozwiązania czy co miało być efektem projektu, wymiany elementów, itd. Dzięki temu powstają możliwości stałej poprawy, unowocześnień, naprawy błędów - doskonalenia.
Filozofię rozwiązań wystarczająco dobrych (ale nie prowizorycznych czy błędnych) warto upowszechniać. Ona tworzy uczących się ludzi, jednocześnie umiejących podejmować decyzje. Tworzy też otwarte rozwiązania, które pozwalają organizacjom rozwijać się. Tak tworzy się postęp.
Postęp to proces, więc jest czymś ciągłym – jak mówi Bartosz Radziszewski, autor programu Digital Finance Excellence. Często przejście do kolejnego etapu nie jest tak proste jak poprzednio, a niekiedy linia łącząca etapy zmienia kierunek nawet na przeciwny.
Blatego budujmy organizacje, w których zachęca się do eksperymentowania, w których akceptuje się fakt, że błędy mogą wystąpić,  ale jednocześnie róbmy wszystko, aby popełniającym i pozostałym je uświadomić - dodaje często Bartosz na spotkaniach Klubu Dyrektorów Finansowych "Dialog". Mapujmy i analizujmy proces postępu oraz go doskonalmy i optymalizujmy. Starajmy się zrozumieć przyczyny i skutki. Wyciągajmy wnioski, minimalizujmy ryzyko występowania błędów. Eliminujmy etapy niepotrzebne czy wręcz zbędne nie wnoszące wartości. Jednocześnie rozwijajmy w ludziach umiejętności, które pozwolą im na doskonalenie samych siebie i procesów, gdyż bez tego rozwoju nas samych i biznesu nie będzie.

W blogu Spostrzeżenia 2019/03/27 - 21:26 Źródło

Business Dialog Bulletin - widok książki

Premium Drupal Themes by Adaptivethemes