Przejdź do treści
Zapraszamy

Czytelników, rozmówców na forum, Autorów, Blogerów, Redaktorów,...

Przeczytaj o możliwościach korzystania z witryny i współpracy

Salon Business Dialog Klub Inspirations Klub Dialog CIO Business Meeting Point Kwintesencja Projekty Business Dialog

Gigantyczne psucie prawa

styczeń 29, 2011 dodany przez admin

W Polsce system stosunków państwa z obywatelem zbudował sobie fundament w postaci fałszywego i bezprawnego w istocie założenia, że obywatel, przedsiębiorca, dyrektor jest niewiarygodny. System musi pielęgnować ten swój fundament, więc wzmaga różnego rodzaju kontrole i wymogi dokumentacyjne. Kontrole, które już przestały służyć korygowaniu błędów i pomyłek, bo teraz mają udowadniać, że obywatel jest niewiarygodny.

 Andrzej Góralczyk

W połowie lat 1980-tych handlowałem. To było prywatne biuro obrotu międzynarodowego, ewenement w czasach przodującego ustroju, bo posiadające zezwolenie na wszystko, co da się kupić i sprzedać, a działające poza systemem central handlu zagranicznego. Toteż stale odwiedzali nas nowi amatorzy biznesu z różnych krajów. Nie zawsze łatwo było wytłumaczyć im, że muszą mieć pieczątkę.

Jeszcze trudniej było wytłumaczyć tym, którzy nawiązywali z nami kontakt za pomocą teleksu (faxów ani e-maili wówczas nie było). A po co była potrzebna pieczątka? Na pierwszym planie jej znaczenie było – rzekłbym – rytualne. Pieczątka nadawała dokumentowi przedziwną moc, potwierdzała jego ważność. To było istotne w systemie, w którym zamówienie do producenta albo tzw. centrali zaopatrzenia i zbytu musiało odczekać pół roku na potwierdzenie, z terminem dostawy np. w trzecim kwartale przyszłego roku. Więc im więcej pieczątek i podpisów tym większa szansa, że uda się szybciej... Już wtedy na drugim planie pojawiała się inna funkcja pieczątek i podpisów – im więcej ich było, na zobowiązaniu albo decyzji oraz „podkładkach” do niej, tym bardziej rozmyta odpowiedzialność.

Urzędy, np. celny czy skarbowy, domagały się pieczątki i podpisu na fakturach. Kontrahenci zagraniczni nie mogli wyjść ze zdumienia, bo przecież faktura nie jest zobowiązaniem. Potem, w pierwszych latach ustroju bardziej słusznego, było jeszcze gorzej – już nie wystarczył podpis wystawcy, potrzebny był podpis odbiorcy! Nie, nie tak po prostu wystawcy, lecz osoby upoważnionej do podpisywania faktur!
Pamiętam, że tylko raz było mi łatwiej – wtedy, gdy za granicą wykonywałem zadania dla zagranicznego kontrahenta. Wtedy rachunek za taksówkę czy nocleg, bez żadnej pieczątki i bez podpisu, przedstawiałem do rozliczenia i to wystarczało. Wystarczało moje oświadczenie o poniesieniu tych wydatków. Oświadczenie było legalne i ważne.

Obywatel nie oświadcza, lecz udowadnia

Jeszcze niedawno, kilkanaście lat temu, mogłem akceptować oświadczenia moich pracowników w różnych sprawach i kontrola skarbowa nie czepiała się. Dzisiaj jeśli nawet umowa notarialna czy inny akt teoretycznie wymaga jedynie oświadczenia, to okazuje się to wielką ściemą, ponieważ trzeba dołączyć do tego świadectwa, odpisy, poświadczenia, certyfikaty itp. a nawet np. zaświadczenie z urzędu skarbowego. Akt notarialny, w którym obywatel coś oświadcza, głosi nieprawdę, ponieważ obywatel nie oświadcza, lecz udowadnia. Udowadnia... że co? Że nie kłamie? Udowodnia niewinność? W państwie prawa?

Podobnie z umowami. Prawo mówi, że umowa ustna jest tak samo ważna, jak spisana, ale to prawo jest powszechnie podważane w praktyce, zwłaszcza w praktyce stosunków obywatela z urzędem. Przykłady pogardy dla prawa można mnożyć, a łączy je jeden smutny fakt – w słusznym systemie zakwestionowana została wiarygodność obywatela.

Teraz znowu ktoś ingeruje w moje stosunki z partnerami biznesowymi i produkuje pomysły w rodzaju podpisu elektronicznego. W bardzo szczególnych okolicznościach ten wynalazek przydaje się i znam firmy, które go stosują. Ale przepis zobowiązujący prawie każdego przedsiębiorcę do stosowania tej kosztownej zabawki NIKOMU NIE JEST POTRZEBNY. Nikomu. Chociaż nie – jest potrzebny tym firmom, które przygotowały się do ciągnięcia zysków z pośredniczenia, certyfikowania, dostarczania infrastruktury itd. Te firmy tworzą ogólnoeuropejskie lobby i co jakiś czas ponawiają próby „załatwienia sobie” przepisów generujących rynek na ich usługi.

Sześć lat temu wydawało się, że możemy już wysyłać faktury normalnie, bez pieczątki i bez podpisu. Ale wkrótce wprowadzono przepis wymagający tzw. bezpiecznego podpisu elektronicznego dla potwierdzenia autentyczności i integralności dokumentu funkcjonującego w środowisku elektronicznym. Milowy krok w tył! W Polsce nawet dwa kroki, ponieważ nadgorliwy prawodawca zażądał, aby w dodatku był to tzw. podpis kwalifikowany.

O co chodzi z tą e-fakturą?

Gdy kupuję oprogramowanie od firmy amerykańskiej, to po dokonaniu zapłaty otrzymuję fakturę w postaci e-maila. Taką samą fakturę mam udostępnioną w postaci unikalnej strony internetowej na witrynie dostawcy. Teraz słyszę, że ktoś zabrał się za tworzenie nowego bytu, mianowicie e-faktury. Ja nie wiem, czy e-fakturą jest ów e-mail, czy owa strona internetowa i nie obchodzi mnie to, bo wiem, że faktura jest fakturą niezależnie od formy w jakiej została zapisana. Istotą faktury jest bowiem określony zestaw informacji, nic więcej. Może to być nawet dźwiękowe nagranie komunikatu wystukanego na tam-tamie, byle bym umiał ten komunikat odczytać. To jest sprawa pomiędzy mną i moim kontrahentem.

O co chodzi z tą e-fakturą, co jest na rzeczy? Tego nie mogli wymyślić ludzie biznesu, bo nie są aż takimi ignorantami, aby formę zapisu dokumentu mylić z samym dokumentem i w dodatku podnosić do rangi dokumentu szczególnego, odrębnie definiowanego. Jeśli nie przedsiębiorcy, to biurokraci. Po co? Dlaczego? Otóż dlatego, że na fakturze widnieje kwota podatku VAT. To nie jest żart. To naprawdę jest powód!

No więc, e-faktura ma być taką fakturą zapisaną w formie elektronicznej, którą urzędnik może uznać za dowód, że przedsiębiorca nie kłamie. Musi zostać zdefiniowana wedle wymagań urzędnika, który jeszcze sześć lat temu wymagał dokumentu papierowego z pieczątką i podpisem, a teraz chce mieć pewność, że e-mail, plik PDF czy po prostu zapis na dysku komputera jest czymś „takim samym”. No bo przedsiębiorca mógłby sobie sam... Dla mnie oczywiste, że mogę sobie sam wydrukować e-mail będący fakturą, jeśli na przykład potrzebuję umieścić ją w teczce z innymi dokumentami albo... przedstawić urzędowi. Ale to nie jest oczywiste dla prawodawcy, sądu i urzędnika. Sąd najwyższej rangi orzekł, że legalną fakturę może wydrukować tylko wystawca. Moja drukarka się nie liczy, wydruk z niej jest nielegalny. Naprawdę, to nie żart! To jest jeden z kilku schizofrenicznych skutków niezrozumienia, że istotą dokumentu jest TYLKO informacja, nic więcej.

W Europie niestety nie brak pomysłów

Problem ma znacznie większy zasięg, bo obejmuje całą Europę. To jest problem zapewnienia autentyczności pochodzenia dokumentu elektronicznego wystarczającej na to, aby urzędnik mógł skontrolować obywatela, ponieważ obywatel został uznany za niewiarygodnego. Oczywiście, nie tylko autentyczności ale jeszcze integralności, unikalności, czytelności i wielu innych cech, nad którymi biedzą się setki prawodawców i dyrektorów ważnych departamentów, którym w dodatku mieszają w głowach cwani lobbyści w przebraniu doradców, co to dostarczą w mig doskonałe i oczywiście nowoczesne „rozwiązania”. W całej Europie!

Koniec końców faktura przesłana e-mailem okazała się nielegalna. Przedsiębiorca, który ją otrzymał i zapłacił zafakturowaną należność nie mógł sobie odliczyć podatku VAT. Protesty przedsiębiorców zmusiły Brukselę do wycofania się z tego idiotyzmu. Bruksela wycofała się pozornie, bo w rzeczywistości wpędza nas w jeszcze poważniejszy absurd – oto mamy zapewnić autentyczność pochodzenia, integralność i czytelność już nie tylko dokumentu elektronicznego, ale także papierowego!

Właśnie ukazało się najnowsze rozporządzenie Ministra Finansów na ten temat. Nie ma w nim pełnej odpowiedzi na pytanie w jaki sposób mam zapewnić autentyczność pochodzenia, integralność i czytelność faktury, aby udowodnić urzędnikowi swoją niewinność. Są tylko wymienione przykładowe środki zapewnienia tego wszystkiego. Oczywiście kwalifikowany podpis elektroniczny... Mi wystarcza, że fakturę wysłano z unikalnego przecież adresu e-mail, a jej druga forma przedstawiona jest pod unikalnym adresem internetowym. Czy to wystarczy kontrolerowi, który chce udowodnić, że oszukuję?

W państwie prawa ten problem w ogóle nie powinien zaistnieć. Spójrzmy bowiem na praktykę. Miliony obywateli co roku składają oświadczenie, mianowicie deklarację PIT, w której sami sobie wymierzają podatek. Wymierzają uczciwie choćby dlatego, że składając oświadczenie biorą na siebie pełną, bezdyskusyjną odpowiedzialność za słowo, niezależnie od świadomości ewentualnych sankcji za oświadczenie nieprawdy. Są wiarygodni. Przedsiębiorcy również sami wymierzają sobie podatek dochodowy składając oświadczenie w postaci stosownej deklaracji. Dlaczego więc w przypadku podatku VAT musi być inaczej? Nie musi przecież.

Co z tego, że organ się myli?

System stosunków państwa z obywatelem zbudował sobie fundament w postaci fałszywego i bezprawnego w istocie założenia, że obywatel jest niewiarygodny. System musi pielęgnować ten swój fundament, więc wzmaga różnego rodzaju kontrole. Kontrole, które już przestały służyć korygowaniu błędów i pomyłek, bo teraz mają udowadniać, że obywatel jest niewiarygodny. Oto jeden z przykładów. W październiku ubiegłego roku na spotkaniu klubowym zapoznaliśmy się z kwestią kontroli skarbowych. Otóż według resortu finansów, wartość ujawnionych przez inspektorów skarbowych zaległości sięgnęła w 2009 r. 2,5 miliardów złotych, ale wartość korekty deklaracji podatkowych opiewa jedynie na 270 milionów złotych. Aż 65% decyzji wydanych przez organy podatkowe (w ujęciu wartościowym) zostały uznane za błędne przez sądy. Do tego trzeba wziąć pod uwagę, że nie każda firma niesłusznie potraktowana przez inspektora odwołuje się do sądu. Czyli to nie przedsiębiorcy są niewiarygodni. Ile kosztowały te niekompetentne kontrole? Ile kosztuje nas system oparty na bezprawiu?

Ilustracja: Harald Groven, licencja CC.

Business Dialog Bulletin - widok książki

Premium Drupal Themes by Adaptivethemes