Przejdź do treści
Zapraszamy

Czytelników, rozmówców na forum, Autorów, Blogerów, Redaktorów,...

Przeczytaj o możliwościach korzystania z witryny i współpracy

Salon Business Dialog Klub Inspirations Klub Dialog CIO Business Meeting Point Kwintesencja Projekty Business Dialog

Czy można obniżyć podatki?

październik 14, 2007 dodany przez admin

Modne hasło obniżenia podatków jest chętnie powtarzane przez polityków i dziennikarzy. Często na dodatek jednym tchem wraz z postulatem różnego rodzaju wsparcia i dofinansowania przez budżet. I choć jest to w oczywisty sposób schizofreniczne, to jednak rzadko wywołuje głębszą refleksję, czy rzeczywiście można obniżyć podatki i czy istnieje sens ich obniżania.

Olgierd Bagniewski

Zagadnienie wcale nie jest takie proste, łatwe i jednoznaczne.

Podatki są obciążeniem, utrudniającym zarówno inwestycje przedsiębiorstwom, jak i pojawianie się oszczędności w gospodarstwach domowych. Sektor publiczny ma też większą skłonność do marnotrawienia środków od sektora prywatnego. I to są oczywiste prawdy.

Równocześnie nowoczesna gospodarka i zamożne społeczeństwo potrzebują coraz szerszego wachlarza wysokiej jakości usług ze strony państwa. Dotyczy to nie tylko bezpieczeństwa zewnętrznego, zapewnianego przez wojsko i wewnętrznego, zapewnianego przez policję i aparat sprawiedliwości, a w obu tych obszarach wyzwania stają się coraz droższe i bardziej skomplikowane. Również administracja wymaga nakładów – informatyzacji i wykwalifikowanych kadr, a działa w znacznie większej liczbie obszarów niż kiedyś, w tym takich jak ochrona sanitarna, dbałość o klimat, czy szerzej środowisko naturalne, regulację rzek. Obszary te wymagają gigantycznych nakładów, a nakłady te w bardzo niewielkim stopniu dają się pokryć ze źródeł niepublicznych. Do opinii publicznej dociera potrzeba wydatków na budowę dróg i tak często odmienianych w mediach autostrad, lecz jak dotąd więcej się rozprawia w tej dziedzinie, niż czyni. Budowa 314 km autostrad w latach 1990-2005, czy nawet oddanie w 2006 r. rekordowo aż 265,5 km nie jest wielkim osiągnięciem, gdy porówna się, że w latach 1933-39 w Niemczech wybudowano 2000 km autostrad.

Polskie społeczeństwo pomimo olbrzymiego skoku w poziomie dobrobytu wciąż do najbogatszych nie należy i jak szacuje się jedynie 250 tys. gospodarstw domowych, czyli 2,5% wszystkich cieszy się dobrobytem umożliwiającym samodzielny zakup usług medycznych, edukacyjnych czy kulturalnych. Wszyscy pozostali, aby móc z tych usług korzystać, w mniejszym lub większym stopniu muszą korzystać ze wsparcia środków publicznych. Szczególne znaczenie dla dobrobytu społeczeństwa i szans rozwojowych ma edukacja. Poza oczywistą funkcją przygotowywania wykształconych kadr dla potrzeb gospodarki jest ona najlepszą metodą przeciwdziałania bezrobociu, szczególnie jego najbardziej dolegliwej i negatywnej społecznie formie – permanentnemu i dziedzicznemu. To dzięki szeroko rozwiniętej edukacji kształcącej elastyczne, łatwo dopasowujące się do zmieniających się potrzeb gospodarki kadry można skutecznie unikać tej patologii. Uniknąć zaklętego kręgu: bezrobotny bo niewykształcony, niewykształcony bo bezrobotny. Tymczasem edukacja przygotowuje kadry nie najlepiej, o czym może świadczyć fakt, że w grupie młodych ludzi bezrobocie wynosi aż 40%. Równocześnie mniej niż 5% pracujących Polaków w 2005 r. uczestniczyło w jakichkolwiek kursach i szkoleniach.

Z punktu widzenia obecnych i przyszłych szans rozwojowych dobrze jest też przypomnieć, że nakłady na B+R w Polsce należą do najniższych na świecie, a na dodatek w 2006 r. były one niższe niż w 2000 r. co oznacza, że Polska nie inwestuje w nowoczesną gospodarkę. Nie można przy tym oczekiwać, by sprywatyzowany przemysł pozbawiony zaplecza naukowo-badawczego podjął znaczne wydatki w tej dziedzinie; jeżeli już, to na prace wdrożeniowe i upowszechniające. Bez wsparcia publicznego trudno liczyć na istotną poprawę nakładów na badania podstawowe i stosowane, czyli te, które tworzą potencjał rozwojowy kraju.

Z kolei z punktu widzenia oszczędności i możliwości zmian wewnątrz struktury wydatków budżetowych występują znaczne ograniczenia. 73% to wydatki „sztywne” – jakakolwiek ich próba obniżenia wymaga uregulowań ustawowych, co okazać się może politycznie i prawnie trudne lub niemożliwe, gdyż wydatki te dotyczą rent, emerytur czy świadczeń przedemerytalnych, zatem praw nabytych. Obciążenie wydatkami „sztywnymi”, na dodatek systematycznie waloryzowanymi ogranicza pole manewru wydatków „elastycznych” nakierowanych na finansowanie rozwoju (nauka, oświata, infrastruktura etc.), a nawet rodzi niebezpieczeństwo niewykorzystania części funduszy unijnych wymagających współfinansowania z krajowej kiesy.

Powabnym źródłem wpływów budżetowych wydawały się wpływy z prywatyzacji i rzeczywiście z tego źródła chętnie korzystano – w 1992 r. wpływy te wyniosły 300 mln zł, w 1996 r. 1,7 mld zł, 1997 r. – 8,7 mld zł, w 1999 r. – 13,3 mld zł, a w 2000 r. aż 24 mld zł. Lecz kij ma dwa końce! Po pierwsze, źródło zaczęło wysychać i pozostało już coraz mniej do sprywatyzowania. Po drugie, dochodów tych nie przeznaczono na inwestycje modernizacyjne, lecz za pośrednictwem funduszy społecznych – na konsumpcję, a to oznaczało faktyczne marnotrawstwo tych środków i zaprzepaszczenie znacznej części szans rozwojowych, jakie się pojawiły w związku z prywatyzacją gospodarki. Wreszcie wpływ z prywatyzacji jest jednorazowy, potem sprywatyzowane przedsiębiorstwa generują zyski dla swych nowych właścicieli, a kwoty te nie zasilają już budżetu. Na dodatek głównymi kupującymi prywatyzowane przedsiębiorstwa były podmioty zagraniczne, co powoduje, że zyski nie zostają reinwestowane w naszym kraju, lecz transferowane zagranicę, co ogranicza możliwości akumulacyjne gospodarki jako całości. Skala transferowanych z tego tytułu kwot jest już bardzo znaczna, gdyż większa od budżetu NFZ.

Rozgłaszającym wszędzie postulat obniżania podatków winno się przypomnieć, że w wysoko rozwiniętych krajach zachodniej Europy – prawda, że w większości państwach opiekuńczych – wpływy budżetowe, w ramach których główną pozycją są podatki, stanowią ponad 40% PKB, tymczasem w Polsce w 1990 r. stanowiły 34% PKB, w 1994 r. 29%, lecz od 1995 r. rozpoczął się gwałtowny spadek tego wskaźnika. W 1995 r. spadł on do 23%, a w 2004 r. nawet do 17,7%. W 2007 r. dochody budżetu mają wynosić 20% PKB co jest w warunkach rosnącego PKB pewną poprawą, aczkolwiek wciąż nie jest to stan zadowalający.

Rozważania te dedykuję wszystkim tym, którym na sercu leży dobrobyt i rozwój Rzeczypospolitej, by zbyt bezrefleksyjnie nie szafowali hasłem ograniczania podatków, bo wydaje się ono długofalowo nierealne, a jeszcze bardziej bezzasadne. Zastanówmy się raczej, jak można obciążenia podatkowe lepiej wykorzystać dla finansowania i stymulowania rozwoju, starając się zarazem eliminować marnotrawstwo grosza publicznego.

Business Dialog Bulletin - widok książki

Premium Drupal Themes by Adaptivethemes