Przejdź do treści
Zapraszamy

Czytelników, rozmówców na forum, Autorów, Blogerów, Redaktorów,...

Przeczytaj o możliwościach korzystania z witryny i współpracy

Salon Business Dialog Klub Inspirations Klub Dialog CIO Business Meeting Point Kwintesencja Projekty Business Dialog

Dawno nie byłem na ulicy Komputerowej

czerwiec 24, 2007 dodany przez admin

                 Chwila relaksu  

Ulica Szewska została przemianowana na Komputerową w czasach, gdy szło Nowe. Od tamtego momentu niewiele się na niej zmieniło.

Edward Smith Kowalski

Jednak trochę zmian zaszło, chociaż – można powiedzieć – powierzchownych. Znikło ostatnich kilka straganów z podzespołami w rodzaju płyt głównych, kart dźwiękowych i kabli do drukarek. Niektóre pawilony mają teraz większe okna wystawowe, ale nie widać przez nie towaru, tylko panienkę nudzącą się za biurkiem. Dom Rzemiosła Obuwniczego został przerobiony na biurowiec ze stali i szkła kiepskiego gatunku – w krzywo zamontowanych szybach, które w dodatku nie są dokładnie płaskie, promienie słońca odbijają się nierówno, rozrzucając po całej ścianie nieregularne placki światła. Jeden tylko pawilon, na samym początku ulicy, przypomina dawną atmosferę wypełniony kolorowymi akcesoriami. Tam właśnie wszedłem.

- Dzień dobry, szukam różnych drobiazgów, gdyż od niedawna jestem indywidualnym przedsiębiorcą – przedstawiam sprawę ogólnie, acz oficjalnie.

- W czym mogę pomóc? – odpowiada sprzedawca zdawkowo, spoglądając na mnie wzrokiem bez wyrazu.

- Potrzebuję dysk zewnętrzny na archiwum moich tysięcy dokumentów, z jakimś prostym programikiem do ich katalogowania – wyjaśniam

- Teraz to nie nazywa się dysk zewnętrzny, lecz storage – strofuje mnie delikatnie. Ale z programikiem nie ma, chociaż klienci pytają o coś takiego od lat.

- Znaczy, że nic się nie zmieniło, nadal nie można dostać tego, czego potrzebujemy?

- Jakby się Pan dzisiaj urodził! Siedzę tu od 20 lat i zawsze było tak samo – dostawaliśmy zabawki nie dla użytkowników, tylko dla konstruktorów tych cacek. Maszynki zawsze za mocne, z bajerami, których klient nie potrzebuje. Ale musi płacić.

- Dawne czasy, łza się w oku kręci – zebrało mi się na wspomnienia. Ja 20 lat temu sprowadzałem dyski – O! pardon, storage – kontenerami. Nazywało się to wtedy „działalność innowacyjno-wdrożeniowa”... Ta ulica jeszcze nazywała się Szewska.

Wpada zdyszany jegomość i od progu woła „Szukam kabla do bezpośredniego połączenia, ale krótkiego”. Sprzedawca spogląda na mnie porozumiewawczo i odpowiada „Mamy tylko długie, 22 metry”. Jegomość zawraca i wybiega.

- Są gdzieś jeszcze miejsca, gdzie można pytać o takie drobiazgi? – wykazuję rażący brak orientacji, która dzisiaj nazywa się znajomością rynku.

- Giełda? Jest, w przejściu podziemnym nieopodal politechniki. Ale tam też nie ma rzeczy potrzebnych przedsiębiorcy. Tylko szczeniaki tam chodzą, szukają gier i drobiazgów do zabawy.

- A te pawilony – co w nich sprzedają?

- Rozwiązania dla biznesu. Niech się pan tam przejdzie, może znajdzie się coś dla pana – odpowiada bez przekonania.

Idę tam. Witam się z panienką, która wręcza mi kolorowy folder drukowany na pięknym błyszczącym papierze. Jest tam napisane coś o rozwiązaniach podnoszących produktywność.

- W jaki sposób to rozwiązanie podnosi produktywność? – wykazuję zainteresowanie z nutką entuzjazmu.

- Zwiększa pana obecność w sieci – panienka wyjaśnia z lekką irytacją, że pytam o tak oczywiste rzeczy.

- Ale ja już mam tę obecność, ponad 200 stron, sam pisałem.

- No właśnie. To jest aplikacja, która ułatwia i przyśpiesza pisanie stron WWW. W ten sposób podnosi produktywność użytkownika. Wystarczy wprowadzić tekst i ilustracje, a resztę załatwiają szablony.

- Aha, czytałem o czymś takim. Tyle tylko, że wszystkie strony wyglądają jednakowo, więc internauta szybko się nudzi i odchodzi.

- Może pan zaprojektować tyle szablonów, ile pan chce. To jest łatwe, dzięki nowoczesnej technologii określania stylów.

- Hmmm, wie pani, próbowałem tego. Jednakże ta najbardziej popularna przeglądarka, wie pani która, myli się przy interpretacji stylów, nie spełnia standardów. Traci się setki godzin, aby się do niej dostosować. Więc to raczej technologia obniżająca produktywność. Wyobraża sobie pani te miliony budowniczych Internetu, z których każdy traci setki godzin na dostosowanie swoich projektów do tego produktu? Chyba największe marnotrawstwo na skalę światową! Pardon, teraz się mówi globalną.

- Jak pan uważa – ucina panienka wyraźnie obrażona.

Już nie pytam o storage, idę do następnego pawilonu. Panienka zaprasza do stolika i proponuje filiżankę kawy w oczekiwaniu na rozmowę z Prezesem. Kawa rzeczywiście doskonała, a przez uchylone drzwi salki konferencyjnej dochodzą mnie strzępki rozmowy dwóch elegancko ubranych panów. Domyślam się, że to Prezes oraz kandydat na klienta.

- Trochę się zdziwiłem, panie prezesie – słyszę głos kandydata na klienta – gdy przyszedł do mnie kierownik działu komputerowego i mówi, że musimy zawrzeć nową umowę. To się nazywa Service Level Agreement, czy jakoś tak...

- I co pan odpowiedział, panie dyrektorze?

Aha, ten drugi to dyrektor.

- Że mamy przecież umowę o pracę, a w niej zakres obowiązków i odpowiedzialności.

- Ale nic w niej chyba nie ma o wymaganiach odnośnie infrastruktury informatycznej! – prezes powiedział to z naciskiem. Ta umowa, o której wspomniał pański podwładny dotyczy dopuszczalnego czasu przerw w działaniu sieci, dopuszczalnego czasu reakcji na zgłoszenie awarii przez użytkownika, dopuszczalnego...

- Zaraz zaraz, panie prezesie – wpada mu w słowo dyrektor. Z moim dyrektorem technicznym nie zawierałem żadnej umowy o dopuszczalnych przestojach maszyn, z szefem transportu nie zawierałem umowy o dopuszczalnym czasie naprawy samochodów itd. To jakiś nonsens!

- To nie nonsens, lecz specyfika informatyki – głos prezesa zdradza irytację. Od tego zależy pańska ROI.

- Zwrot z inwestycji? Jaką inwestycję ma pan na myśli?

- Widzi pan, panie dyrektorze – tym razem głos prezesa brzmi bardziej przymilnie, niemal poufale. To rozwiązanie wymaga znaczących wydatków. Jednakże zarówno producent, jak i nasza firma, która jest jego autoryzowanym partnerem, robimy wszystko, aby inwestycja była opłacalna. Więc najpierw TCO...

- Słucham?

- TCO to całkowity koszt posiadania – wyjaśnia prezes cierpliwie. Pierwszym składnikiem jest koszt konsultantów. Konsultanci przyjdą i zmapują pańską strategię, a następnie zaproponują nasze rozwiązanie jako najlepiej odpowiadające na potrzeby procesów biznesowych pańskiej firmy.

- Znaczy sprzedawcy. Mam osobno płacić sprzedawcom?

- Mapowanie i kaskadowanie strategii to niełatwe zadanie, zwłaszcza w tak dużym przedsiębiorstwie, jak pańskie.

- Mają wykonać kosztowne zadanie, aby na koniec zaoferować mi państwa rozwiązanie?

- Nie tylko. Sporządzą raport, w którym zaproponują zestaw KPI...

Nieswojo się czułem, mając świadomość że bezczelnie podsłuchuję czyjąś rozmowę. Przeprosiłem panienkę, podziękowałem za kawę i wyjaśniłem, że szukam storage, którego zapewne tutaj nie znajdę. Wyszedłem na powietrze.

Ulica Komputerowa jest senna w pełnym słońcu, rozleniwia mnie podobnie, jak przechodniów, którzy poruszają się powoli. Placki światła z krzywych szyb biurowca przeszkadzają, ale idę tam widząc, że na parterze jest bar, gdzie zapewne dostanę coś do zjedzenia. Pełno tu ludzi, lecz młody człowiek w jasnym garniturze i błyszczącym błękitnym krawacie pozwolił mi się dosiąść. Nieśmiało zagaduję, czy w tym gmachu prowadzi swój interes.

- W tym gmachu, ale żaden z tego interes – odpowiada szczerze.

- Z czego?

- Mamy tu korporację aniołów biznesu.

- Hmm, dobrze brzmi. Ale dlaczego nie jest to dobry interes?

- To jest fundusz inwestycyjny. Inwestujemy w innowacyjne firmy informatyczne.

- To fantastyczne! Kiedyś robiłem coś, co nazywało się innowacją, ale było zwykłym importem komputerów. Dzisiaj pewnie jest inaczej?

- W tym problem, że nie jest inaczej! No, może trochę inaczej, ponieważ komputery kupuje się teraz w supermarketach, na stoiskach obok artykułów papierniczych. Ciężko kojarzą się z nowoczesnością, a już na pewno nie z innowacją. Dzisiaj innowacją nazywa się pisanie programów, które nazywa się aplikacjami.

Mówił to wszystko beznamiętnie, lekko znudzonym tonem dając do zrozumienia, że wie iż mówi truizmy. Żal mi się go zrobiło, więc starałem się podtrzymać konwersację.

- Jednakże wśród aplikacji zdarzają się chyba perełki innowacyjności?

- Zdarzają się, ale znacznie rzadziej niż perełki w morskich muszelkach. Co gorsza, zakładając ten fundusz razem z kolegami wyznaczyliśmy sobie ambitny cel – inwestować nie w produkty innowacyjne, lecz w firmy innowacyjne, czyli takie, które robią interes na opracowaniach coraz to nowych innowacji.

- To wspaniała, porywająca wizja! Aż trudno pojąć, dlaczego pan nie jest zadowolony.

- Tylko wizja. Takich firm nie ma.

- Może to tylko kwestia czasu, aby je znaleźć? – starałem się go pocieszyć.

- Może. Już 4 lata szukamy. Ostatnio poważnie myślimy o porzuceniu naszej wizji, o jakichś innych interesach...

- Ale chyba nie o inwestycjach w produkcję rozwiązań dla biznesu? – nie potrafiłem ukryć niepokoju.

- Nie nie – uśmiechnął się uspokajająco. Chcemy robić coś pożytecznego.

Business Dialog Bulletin - widok książki

Premium Drupal Themes by Adaptivethemes