Przejdź do treści
Zapraszamy

Czytelników, rozmówców na forum, Autorów, Blogerów, Redaktorów,...

Przeczytaj o możliwościach korzystania z witryny i współpracy

Salon Business Dialog Klub Inspirations Klub Dialog CIO Business Meeting Point Kwintesencja Projekty Business Dialog

Dlaczego Open Source?

maj 23, 2007 dodany przez admin

CIO Meeting PointPowody, dla których użytkownicy komputerów wybierają oprogramowanie Open Source są różne, tak jak różne są ich doświadczenia i potrzeby.

Andrzej Góralczyk i Paweł Moszumański

Andrzej: W dotychczasowych dyskusjach o nowych trendach w IT zaniedbaliśmy trochę temat wzrastającej popularności oprogramowania wolnego – Open Source. Jednakże jest to trend bardzo nasilony w ostatnich miesiącach, więc warto poświęcić chwilę na podsumowanie naszych jakże różnych doświadczeń, w poszukiwaniu odpowiedzi na pytanie w jakich okolicznościach zastosowanie oprogramowania wolnego w firmie ma sens.

Spotkanie z Open Source

Andrzej: Może zacznę od swoich doświadczeń. Sześć lat temu, pamiętam, musiałem zatrzymać rozwijanie interfejsu do zasobów tzw. Ukrytego Internetu dlatego, że brak mi było technologii umożliwiającej udostępnianie danego materiału w różnych widokach i kontekstach. Dalsze rozwijanie mijało się z celem, gdyż nakład pracy ręcznej byłby zbyt wielki, niewspółmierny do efektów. Trzy lata temu znalazłem dobre technologie, wówczas jeszcze w zalążku, wśród aplikacji do zarządzania treścią (Content Management). Przejrzałem wszystko, co było dostępne i wybrałem Plone. Nie dlatego, że jest za darmo, lecz dlatego, że aplikacja okazała się najlepiej spełniać wymogi elastyczności i łatwej rozbudowy o nowe usługi oraz usability dla użytkownika końcowego. Później, gdy na rynku pojawiło się wiele podobnych aplikacji, kolejny mój przegląd znowu wygrała Plone. Miałem już wtedy sporo pozytywnych doświadczeń z ową elastycznością. Nie jestem programistą, ale mimo to mogłem dobudowywać proste usługi modyfikując nieco te standardowe oraz modyfikując nieco niektóre skrypty przetwarzające dane. Gdybym zdecydował się na oprogramowanie komercyjne, nie mógłbym tego robić sam, a każdą modyfikację musiałbym zamawiać u dostawcy, niekiedy płacić za dodatkowe licencje itp. I czekać miesiącami, uzależniony od możliwości dostawcy!

Paweł: Z Open Source zetknąłem się po raz pierwszy podczas pracy dla PBiWH Next, dla którego wykonywałem prace zlecone przy projekcie dla Polskich Portów Lotniczych. Osobą która rozbudziła we mnie zainteresowanie alternatywnymi rozwiązaniami był Dariusz Knociński, kilka lat starszy ode mnie wojskowy-informatyk. Pracował wtedy w WIMLu (Wojskowy Instytut Medycyny Lotniczej). On poznał Open Source gdy szukał alternatywnych narzędzi do obróbki statystycznej dużych ilości danych badawczych, a przez przypadek odkrył dla siebie i innych „Złotego Graala” informatyki.

To wtedy, jakieś 10 lat temu poznałem pierwsze instalacje Linuksa oraz KDE w wersji 0.1, QT dłuuuugo przed wersją Alfa. Część z doświadczeń Darka znalazła później zastosowanie w produktach opartych na Linuksie a służących na lotniskach naszego kraju do dziś...

Co mnie urzekło w Open Source, a właściwie na początku w Linuksie, to możliwości. Potencjał, któremu nawet wyobraźnia nie była i nie jest w stanie wyznaczyć granic. Mój pierwszy serwer pocztowy, obsługujący Hotel Jan III Sobieski, to był oczywiście sendmail na Linuksie. Potem już poszło: gateway, router, firewall, wymiana serwera plików rodem z Novella na Sambę, stacje bezdyskowe, zdalne zarządzanie zasobami z jednego miejsca itd. itd. Rzeczy, które pod znanym powszechnie systemem komercyjnym były mrzonką lub bardzo drogą usługą z górnej półki, w Linuksie okazywały się na wyciągniecie ręki. Dosłownie! Wystarczy napisać polecenie apt-get install nazwa_pakietu. A tak na marginesie – kiedyś na jednej z grup dyskusyjnych zadeklarowałem, że jeśli Microsoft w MS Windows dorobi się tak prostego w użyciu mechanizmu, jak apt-get, to „odszczekam” wszystko co złego powiedziałem o zarządzaniu instalacjami w tym systemie. Minęło już chyba 7 lat i na razie nic nie wskazuje na zmiany...

Po co informatyka w firmie

Paweł: Open Source to również sztuka zrozumienia po co jest program, komputer, system...

Znam kilka osób które tworzą wspaniale raporty w Excelu, szalenie eleganckie, kolorowe i automatyczne. Ale problem leży w tym, że zrobiły z tego sztukę dla sztuki, że już nie pamiętają jak je interpretować albo zapomnieli po co je tworzą. Domagają się najnowszej wersji programu żeby pokazać wykres bąbelkowy, którego nie robią inne programy. Tylko nikt nie spytał, czy ktoś z audytorium umie go zinterpretować.

A firma to jest zbiór drobnych zdarzeń, czynności, które pewnego dnia łączy się w procedury a potem w procesy. W ten sam sposób trzeba podejść do oprogramowania w firmie. Jest to zbiór narzędzi które powinny wspomagać użytkownika w jego codziennych czynnościach, a z drugiej strony w efektywny kosztowo sposób dać się zarządzać.

Andrzej: Jest też kwestia rozsądku w wyborze platformy sprzętowej. W przypadku mojego wydawnictwa przykładem może być dobór narzędzi do tworzenia produktów z obrazem ruchomym. To nie są bardzo wyrafinowane rzeczy, jakich np. wymagałaby telewizja, więc bez sensu byłoby strzelanie z armat w rodzaju wyspecjalizowanych stacji roboczych, takich jak Macintosh albo Silicon Graphics. Jednak nie są aż tak proste, aby podołał mu system Windows i oprogramowanie pod nim pracujące. Dlatego optimum to zwykłe komputery PC i mocne notebooki, ale pracujące pod systemem Linux, dla którego mamy olbrzymi wybór wystarczająco mocnych aplikacji Open Source do produkcji multimedialnych. Natomiast serwery na silnych maszynach mam w trzech lokalizacjach daleko od kraju. Nie wyobrażam sobie zdalnego administrowania nimi i instalowania stale rozwijanych aplikacji, gdyby były komercyjne, z zamkniętym kodem.

Paweł: Rzeczywiście, Open Source oferuje przebogate możliwości rozwiązań, ale niektóre trzeba dopiero pokazać użytkownikowi, innych nauczyć. Ja jako menadżer swoją rolę w wdrażaniu Open Source często postrzegam jak rolę ojca, który pokazuje synowi jak się golić, do czego służy pędzel i maszynka do golenia. Często użytkownicy nowych technologii twierdzą że wiedzą o nich wszystko, a umieją jedynie korzystać z nich intuicyjnie, tak jak młody chłopak z maszynki do golenia. Wiadomo przecież jak się golić... A to, że niektórzy golą się wysoko nad policzkami albo pozacinają się – cóż, mówi się wtedy że zawiniło IT, że źle przygotowane narzędzia, że nie te programy i nie te wersje...

Nie chodzi nawet o pieniądze

Paweł: Wracając do kosztów, czyli tzw. TCO (Całkowity koszt posiadania), mam taki drobny przykład. Zawsze mnie fascynowało jak się opłaca utrzymywanie w bankach stacji roboczej z MS Windows tylko po to, aby uruchamiać aplikację bankową w telnecie. Linux daje to rozwiązanie jakby z definicji.

Andrzej: To nawet nie jest kwestia ceny, bo przecież mam kilka programów zakupionych. Ale nie chcę płacić za rzeczy, których nie potrzebuję. Na przykład Excel, wraz z kosztownym Solverem jest świetny i prawie niezastąpiony w symulacjach do optymalizacji procesów. Jednak ostatnio nie widzę w sklepach samego Excela. Sprzedawany jest w pakiecie z całą resztą MS Office, której akurat nie potrzebuję, gdyż funkcjonalność OpenOffice.org bardziej mi odpowiada – jest tu mniej automatyki. Bez Excela radzę sobie z symulacjami, ale kosztuje to więcej pracy. Innym przykładem są czcionki. W moim wydawnictwie elektronicznym potrzebuję takich, które dobrze wyglądają w publikacjach czytanych na ekranie. Wybór jest bardzo niewielki, a wymagania są zupełnie inne, niż w przypadku czcionek do druku. Więc muszę przejrzeć setki krojów czcionek, aby wybrać tych kilkanaście wyświetlanych na ekranie bez błędów. Gdybym chciał wybierać spośród komercyjnych, musiałbym zapłacić za mnóstwo niepotrzebnych mi. W gruncie rzeczy jest to skutek niespójności standardów dla tych różnych mediów.

Zawsze można sobie poradzić

Paweł: Czym jest dla Mnie Open Source? Przede wszystkim to wolność wyboru, możliwość dokonywania modyfikacji i błyskawiczna diagnoza.

Przypominam sobie zdarzenie związane z obsługą serwera pocztowego. Przy dużej ilości jednoczesnych połączeń serwer po prostu „umierał”. Po kilku godzinach badań logów zdecydowałem się włączyć funkcję strace – narzędzie śledzące wywołania i sygnały systemu – i w 15 minut znana mi już była przybliżona lokalizacja błędu. Analiza kodu źródłowego pozwoliła mi po następnych 30 minutach znaleźć w nim miejsce, gdzie była ustawiona wartość (timeout) powodująca błąd. Dodam, że była wadliwa tylko dla tej konkretnej sieci, innym to nie przeszkadzało. Po następnych 20 minutach rekompilacja... i działało! Konia z rzędem temu, kto po 2 godzinach będzie miał rozwiązany podobny problem np. z „exchangem”. A możliwe to było dlatego, że miałem kod – otwarty! Tego rodzaju zdarzeń w mojej historii współpracy z Open Source jeszcze znalazłbym wiele.

Andrzej. Ja nie natrafiam na tak poważne problemy, może dlatego że nie utrzymuję wielkiego systemu. Zresztą nie umiałbym chyba poradzić sobie w podobnej sytuacji nie będąc informatykiem. Ale mniejsze awarie oczywiście zdarzają mi się i jeśli sam nie potrafię ich opanować, dostaję zdumiewająco szybko wsparcie ze strony społeczności. Na przykład raz przesadziłem, chcąc „wycisnąć” z niewielkiej aplikacji osadzonej w jednym z moich portali znacznie więcej niż to, do czego została zaprojektowana. Po prostu po dodaniu kolejnego modułu wszystko się posypało i w dodatku zupełnie nie rozumiałem logu błędów. Szybko napisałem o tym na liście dyskusyjnej i w ciągu kilku minut znalazł się „opiekun”, który w odpowiedzi pisał mi kolejne instrukcje postępowania. Najpierw jak zapanować nad serwerem, potem po kolei co mam sprawdzać i ewentualnie wyłączać. W ten sposób serwer i aplikację podniosłem w ciągu 35 minut!

Jednakże muszę dodać, że nie każdy użytkownik może liczyć w 100% na tak szybką pomoc. Ja mogę jako „swój człowiek”, gdyż wziąłem udział w kilku projektach Open Source, przy rozwijaniu dwóch aplikacji Wiki, CMS-u i aplikacji do e-learningu. Zresztą dzisiaj już nie zdarza mi się „zajeżdżać” systemu, mam więcej doświadczenia.

Potencjał i zasięg

Andrzej: Dla kompletnego obrazu muszę dodać, że wsparcie mam zarówno ze społeczności, jak i od komercyjnego dostawcy – firmy doświadczonej w wielkich projektach Open Source, m. in. dla agend europejskich. Jest ona także dostawcą rozwiązań Open Source dla sektora obronnego i kosmicznego, a ich niezawodność i bezpieczeństwo ma najwyższą ocenę amerykańskich służb specjalnych. Dla mnie ta pomoc jest nieoceniona, ponieważ sam nie jestem w stanie zrobić rzeczy bardziej zaawansowanych, takich jak złożona wielowarstwowa konfiguracja. A oni reagują na moje pytania i prośby w niespełna godzinę!

Paweł: Bo też potencjał intelektualny i techniczny zaangażowany w wolne oprogramowanie jest niesamowity. Na co dzień dostrzegamy tylko dominację rozwiązań Open Source w Internecie, detronizację komercyjnych przeglądarek, zwłaszcza Inetrnet Explorera przez Firefoxa i Operę oraz rywalizację Linuksa z innymi serwerami. Rzadziej uświadamiamy sobie, że samo tylko oprogramowanie na klasycznych „wolnych” licencjach typu GPL (General Public License) jest wspierane przez dziesiątki największych firm software'owych na świecie, w tym IBM, Google, Adobe, Intel, Sun, Novell, Hitachi itd. Ich listę można obejrzeć pod adresem http://www.linux-foundation.org/en/Members.

Dodajmy do tego konsorcja firm i organizacji rozwijających i promujących otwarte standardy w sektorze publicznym. Na przykład standard Otwartego Dokumentu (Open Document), a także rozwiązania dla archiwizacji, digitalizacji i ochrony archiwów cyfrowych. Dodajmy oprogramowanie rozwijane pod egidą ONZ, z myślą o krajach rozwijających się i o likwidowaniu tzw. digital divide. Wreszcie wielkie ośrodki badawcze takich uniwersytetów jak Stanford czy Massachusetts Institute of Technology w USA albo CERN i kilkadziesiąt uniwersytetów w Europie. To jest jakby drugi kraniec systemów informatycznych, przeznaczonych do superkomputerów i najbardziej wymagających zadań. Nie widzimy tego na co dzień, ale wiele rozwiązań opracowanych w tych ośrodkach trafia do nas w postaci „medialnej” jak np. odczytany (i publicznie dostępny!) kod genetyczny złożony z kilku miliardów nukleotydów, bądź w postaci „konsumpcyjnej” np. jako super-wyszukiwarka Google. Do przedsiębiorstw też trafia, np. w postaci oprogramowania do symulacji, projektowania w 3 wymiarach bądź przetwarzania rozproszonego. Żadna firma komercyjna nie byłaby w stanie „uciągnąć” tak wielkich przedsięwzięć. Właśnie ta niesamowita potęga stale rozpala mi wyobraźnię.

W publikacji: 
Biuletyn Nr 2, maj 2007

Business Dialog Bulletin - widok książki

Premium Drupal Themes by Adaptivethemes