Skip to main content
Zapraszamy

Czytelników, rozmówców na forum, Autorów, Blogerów, Redaktorów,...

Przeczytaj o możliwościach korzystania z witryny i współpracy

Salon Business Dialog Klub Inspirations Klub Dialog CIO Business Meeting Point Kwintesencja Projekty Business Dialog

W blogu Spostrzeżenia

Blog Iwony D. Bartczak

Dyrektor: „Jak wyzwolić zaangażowanie pracowników w procesach kaizen i rozwiązywania problemów na gruncie Lean Management? Pracownicy nie chcą współpracować na oczekiwanym  poziomie. Program sugestii pracowniczych jest, ale praktycznie nie działa. Ludzie, często nie zgłaszają nawet  nieprawidłowości o których wiedzą, choć o takie zgłoszenia prosimy. Czekają do momentu, aż problemu nie da się dłużej przemilczeć.”
Problem z pytaniem jest taki, że tu nie istnieje prosta odpowiedź. Tak postawionego nie da się rozwiązać, dając i realizując "dobrą radę". Brak zaangażowania, to nie choroba, tylko jej objaw. Raczej ostrożnie bym też podchodził do pytań typu: "Jak rozwiązujecie to w swoich firmach?"; czy: "Jak ich zachęcić”?  Nie można przyjść rano i powiedzieć: "Mam pomysł jak wywołać zaangażowanie załogi w proces kaizen i rozwiązywania problemów. Weźmy się za to." To znaczy, można tak powiedzieć, jak się jest "poganiaczem stada", ale na długotrwałe sukcesy bym tu nie liczył. Na zagadnienie trzeba spojrzeć szerzej. Zaangażowanie pracowników w proces rozwiązywania problemów jest częścią kultury firmy, w tym deklarowanych i realizowanych w praktyce wartości. Jeśli występuje dysonans  miedzy wartościami, a zaangażowaniem pracowników, niczego nie uzyskamy bez działań, które to zmienią. A to jest zazwyczaj proces długotrwały. Jeśli tego zaangażowania nie ma, to znaczy, że firma nie przerobiła dostatecznie wcześniejszych kroków. Albo, co gorsze, w ogóle jest na manowcach, a jedynie na sztandarach ma wypisane Lean Management, albo jakieś inne hasło związane z zarządzaniem procesowym. Problemem tutaj jest nie to, jak to zaangażowanie teraz wywołać, ale to, jak sprawić, by zbudować klimat do tego, by mogło się pojawić? Dlaczego nie udało się wyzwolić tego potencjału? Prawdopodobnie dlatego, że ktoś nie rozumie o co chodzi? Zarząd chce aktywności załogi nie przekazując dowodów na to, że ona też będzie uczestniczyć w podziale korzyści. A przynajmniej, nie umiał przekazać tego załodze. Stad załoga myśli, że proces rozwiązywania problemów służy wyłącznie firmie z pominięciem, lub niedoszacowaniem, ich interesów. Patrząc z tej perspektywy, łatwiej zrozumieć taką postawę.
Żeby wyzwolić owo zaangażowanie, pracownicy muszą doświadczyć, że przede wszystkim pomagają samym sobie i realizują cel jakim jest łatwiejsze i sprawniejsze wykonywanie pracy, którą i tak muszą wykonać za przyrzeczone wynagrodzenie (sic!). Nie można im za te usprawnienia płacić dodatkowo, bo to jest bez sensu w tej metodyce, jednak trzeba to szanować. Okazywanie szacunku, to temat rzeka, ale popatrzymy na przykład „czy szanujemy?”: Ilu przełożonych (dowolny szczebel), swoje obowiązki rozumie jako: "ułatwianie pracy podwładnym w wykonywaniu zadań, które im zlecili?". Ilu zdobędzie się na taki tekst: "Zadanie ma być wykonane na przyszły tydzień (wtorek). Czego potrzebujesz żeby nie nawalić?". Jeśli dyrektor ma problem z zaobserwowaniem proaktywnych zachowań pracowników, to ma problem dużo większy niż tylko owa aktywność, i wcale nie na niej powinien się skupiać, żeby ją w końcu uzyskać.

W blogu Spostrzeżenia 05/20/2019 - 08:53 Źródło

Wcale niemało wdrażamy w polskich firmach różnych pożytecznych systemów IT, ale skutek biznesowy jest taki sobie. Czasem myślę, że wręcz rośnie rozczarowanie, że one jednak tak mało zmieniają na lepsze, choć mogłoby. Menedżerowie mówią o tym półgębkiem, bo przecież obowiązuje narracja o przełomowym znaczeniu transformacji cyfrowej, cokolwiek to znaczy.
O co więc chodzi?
Ilekroć rozmawiamy o uprawnieniu zarządzania i zwiększeniu możliwości rozwoju biznesu poprzez optymalizację procesów, a następnie wdrożenie rozwiązań informatycznych, pojawia się magiczne sformułowanie "ale żeby to się udało najbardziej potrzebna jest zmiana mentalności." Święta racja!
Ale... to znaczy co jest potrzebne? Jaka zmiana w naszych głowach, pracowników, menedżerów?
Podczas realizacji programu Digital Finance Excellence poznaliśmy dziesiątki projektów modernizacyjnych w firmach, w tym sporo prowadzonych z sukcesem,  ale także wiele takich firm którym słabo idzie zmiana funkcjonowania organizacji i zarządzania biznesem.
Pokusiłabym się o wypunktowanie takich aspektów zmiany mentalności, które są konieczne, abyśmy wdrażana technologia IT przyniosła firmie wielką korzyść:
1. Przyjęcie do wiadomości, że podstawą, absolutną podstawą w świecie cyfrowych narzędzi jest porządek w danych (jednoznaczność, jakość, jedno miejsce, zarządzanie procesem master data, itd.). Człowiek do decyzji czy oceny sytuacji może mieć tylko połowę (a nawet mniej) potrzebnych prawidłowych danych, czegoś się domyśli, coś zinterpretuje, o coś dopyta, i jest w stanie sformułować prawidłowy wniosek. Algorytm potrzebuje 100% prawdziwych informacji, bo niczego nie dopyta się, nie domyśli, itd. Nakarmiony częściowo błędnymi danymi lub niepełnymi nie to, że wyprodukuje przybliżony do prawdy wniosek, lecz z gruntu błędny! To jest podstawowa różnica między tym jak działa człowiek i jak działa technologia. A tego zupełnie nie rozumiemy!!! Im bardziej zaawansowane rozwiązania, typu machine learning czy sztuczna inteligencja, tym poważniejsze będą konsekwencje braku zarządzania danymi.
2. Działanie nie w okresach rozliczeniowych czy sprawozdawczych, lecz w czasie  rzeczywistym, działanie dyktowane zdarzeniami biznesowymi, a nie dokumentami. Działanie oparte na systemach informatycznych dąży do tego, aby menedżerowie i pracownicy działali online, w czasie rzeczywistym, w oparciu o wiedzę, która jest dostępna od razu w momencie decyzji biznesowej czy zdarzenia gospodarczego, np. transakcji. To ma wiele konsekwencji. Przejrzystość działań pracowników i menedżerów.  Odejście od działania wstecz, czyli "poprawiania" dokumentów czy raportów, pod czyjeś oczekiwania czy interesy czy kontrolę. Świadomość bycia w jakimś procesie od jego początku, a nie dopiero, gdy dotrze do danej osoby jakiś dokument czy raport, jego czynność jest któraś z kolei, ale wie co przed nią i po niej się dzieje, jaki ma wkład w niego, jest przygotowany do tego, co nastąpi, nie czeka na polecenie czy instrukcję. Jest możliwe odejście od rozliczania czegoś  czy raportowania w jakichś okresach na rzecz rozliczania i raportowania na bieżąco, np. zamykania ksiąg nie co miesiąc lecz codziennie czy po każdej transakcji, co zwiększa zdolność do trafnych decyzji biznesowych.
3. Im więcej IT, tym częściej argumentami są dane i miary, a nie intencje, oceny i opinie człowieka. Trzeba sobie przestawić w głowie "on taki jest więc podjął taką decyzję, jest winien lub ma zasługę", na "on podjął taką decyzję na podstawie takich danych, jest to zła lub dobra decyzja". To może znacznie polepszyć nie tylko deyczje, ale także relacje międzyludzkie. Przenosi ciężar rozmowy z tego, kto jaki jest czy komu podlega czy jakie ma związki z innymi pracownikami, na płaszczyznę faktów. Oczywiście, ciągle człowiek jest w centrum decyzji, ale ocenia się jego decyzję, a nie to jaki jest, oddziela sferę pracy od sfery osobistej. 
4. Profesjonalizm jako cecha podejścia do obowiązków, a nie tylko sposób ich wykonywania. Sugestia czy konieczność zmiana sposobu pracy, wykonywania czynności nie jest zakwestionowaniem profesjonalizmu pracownika, który dotąd tę samą pracę wykonywał inaczej. Tamten sposób działania był profesjonalny i pracownik dalej ma prawo do dumy, że pracował w tamten sposób. A nowy sposób jest nową postacią jego profesjonalizmu, zgodną z osiągnięciami technologii i wiedzy o organizacji, biznesie, finansach, itd.
 
Systemy IT wdraża się szybko, technologia rozwija się mega szybko, ale zmiany w naszych głowach zachodzą wolno. Tak naprawdę najpilniejszą potrzebą jest znalezienie sposobu na przyspieszenie tych zmian w głowie, a nie w ekosystemie narzędzi IT. Wydaje mi się też, że nie powinno być tak, że wdrożenia wymuszają zmianę mentalności. Jest to zbyt kosztowna psychicznie i finansowo metoda. Taka nieludzka.

W blogu Spostrzeżenia 05/19/2019 - 16:07 Źródło

Niech nie mylą nas pozory
...bo jak człowiek zdrowy może być chory
Tak w biznesie krew się leje
...kiedy wiara w przyszłość topnieje
A ponadto powiem szczerze
...oś biznesu tkwi w pokerze
...nie w strategii, nie w procesach
...a po prostu w esach floresach
Esy uczą od kołyski
..."S"uper jesteś jak masz zyski
..."S"uper jak cash wpada Ci do miski
..."S"uper jak konkurencję dobijasz
..."S"uper jak nie śpisz tylko tyrasz
A floresy mocium Panie
...każą walczyć o przetrwanie
...o to żeby być uczciwym
...gdzie się da też sprawiedliwym
...a najlepiej nie mieć złości
...nawet jak od strat trzeszczą kości
A na motto powiem szczerze
W DOBRY biznes jeszcze wierzę.

W blogu Spostrzeżenia 05/16/2019 - 10:57 Źródło

Port lotniczy. Bramki. Wypatrywanie ewentualnego terrorysty. Limity na wódkę, pastę do zębów, Jakieś tam podwyższone ciśnienie, bo kolejka do kas, na odprawę. Miejsce na swój sposób rzadko odwiedzane. Chyba najbardziej z nich wszystkich fascynowało mnie lotnisko księżnej Julianny na Karaibach. Plaża, tłumy pięknych kobiet w bikini i przelatujące 20 metrów nad głowami samoloty.

Ja na swoje lotnisko przychodzę codziennie. Wczoraj wylądował na nim mój pomysł na lepsze jutro. Jutro ląduje raport dla klienta. A dziś jak zwykle wschód słońca, poranna kawa, ścinka z kolegą/ koleżanką o to i owo. Jest w nim też miejsce na pilota. Dobrze jak wyłapie jakiś dobry western lub kolejną wersję Despacito. 

Czy Moja Droga/ Mój Drogi pomyślałaś/eś kiedykolwiek, że każda firma, to też lotnisko? Weźmy na warsztat coś bardzo, ale to bardzo odległego od przystani dla samolotów. Farma kur. Lądują na niej tysiące jajek, lądują tony pasz, nowe pisklęta. Jest ciągły ruch w interesie. Każda kura ma swój check-in do klatki z ziarnem, jest tam też "luk bagażowy", którym jajka płyną do miejsca przeznaczenia. A smród - cóż jest na swój sposób przyjemny dla tych, którzy się w nim pławią 24 godziny na dobę. Tak samo jak przyjemne są perfumerie w strefach wolnocłowych i przylotniskowe sklepy z garniturami, w których nie więcej jak trzech klientów dziennie wkłada coś na siebie między lądowaniami.  

Z całą pewnością nie ma na świecie firmy bardziej sformalizowanej jak lotnisko. Na wszystko jest paragraf, ścisła procedura, optymalna "ścieżka podejścia" do lądowania. Za jakiś czas pomyślimy o autonomicznych lotniskach, gdzie bilet wyda nam robot, "obmacają" nas sztuczne ręce, nie mówiąc już, że na samym pokładzie samolotu przywita nas i pożegna wirtualny pilot.

Jeżeli więc każdą firmę przyrównamy do lotniska, nie ważne czy to będzie miejski zakład oczyszczania, kino-teatr, dyskoteka, Orlen, browar, itp., zawsze w nich znajdziemy takie przymioty, jak:
= pilot;
= odprawa;
= strefa wolnocłowa;
= "potencjalny" terrorysta.

Zmierzam do tezy, że w dzisiejszych czasach wygra ta firma, która będzie świetna w każdym z tych 4 obszarów. 

PILOT

Ktoś zapyta, czemu pilota mieszam z lotniskiem? Głównie dlatego, że  jest to pewien symbol. Przystojny pilot z piękną stewardessą zawsze pozostanie dobrą reklamówką każdego lotniska. 

W każdej firmie dobry pilot, to po prostu dobry plan. Plan, który:
a) mówi kiedy można wylądować, czyli dający odpowiedź na różne ograniczenia;
b) jest przede wszystkim  dobrą mapą drogową do wyznaczonego celu;
c) wskazuje narzędzia, którymi cel będzie można zrealizować.

ODPRAWA

Odprawa, to po prostu szara codzienność. To jednak misterna sztuka, o tym, co robić, żeby 2+2 równało się 5 oraz żeby cały czas przeskakiwała iskra pomiędzy tysiącami dobrych pomysłów, a ich mądrą realizacją.

No i co banalne, ale bardzo ważne. Kontrola kosztów.

STREFA WOLNOCŁOWA

Dlaczego strefa wolnocłowa jest tak przez nas lubiana na płycie lotniska. Otóż dlatego, że mamy przeświadczenie, że kupujemy tam taniej, mimo że co do zasady jest cholernie drogo.

Strefa wolnocłowa w każdej firmie to dla mnie po prostu patent na to, jak zarządzać pracownikami. Dziś o każdego z nas toczy się walka na śmierć i życie. Pracownika jest utrzymać bardzo trudno, bo konkurencja nie śpi. Mamy prawdziwą III wojnę światową o talenty.

Moim pomysłem na utrzymanie pracownika w każdej firmie jest "strefa wolnocłowa". Chodzi po prostu o to, żeby pracownik był nie tylko podniecony tym, że przychodzi do pracy, ale żeby miał przekonanie, że robi na tym najzwyczajniej świetny interes. 

I tylko firmom, którym uda się wymyślić coś więcej niż przelew na konto, uda się w przyszłości przetrwać. Kto stworzy swój pomysł na "strefę wolnocłową", ten wygra. Po prostu będzie miał ludzi, żeby robić biznes.

"POTENCJALNY" TERRORYSTA

To nic innego, jak sztuka identyfikacji i zwalczania zagrożeń. I jest to zdecydowanie coś więcej, niż któraś już wersja War of Warcraft, w której trzeba unieszkodliwić nową mutację potwora. Dziś jak znajomość tabliczki mnożenia niezbędny jest misterny plan, który 24 godziny na dobę analizuje ryzyka, podpowiada działania, wszczyna alarmy i rysuje alternatywne ścieżki wyjścia z opresji.

To przede wszystkim internet narzędzi analitycznych i czujników, poza którymi na końcu potrzebny jest Robert Lewandowski, żeby wykończyć akcję i strzelić gola. 

W blogu Spostrzeżenia 05/16/2019 - 10:57 Źródło

Bylo to około 18 lat temu, z ramienia firmy Elektrim udałem się na budowę jednego z osiedli mieszkaniowych pod Stambułem. Dyrektor Budowy uwrażliwiał naszą ekipę na specyfikę tamtejszej kultury, podając 2 przykłady.
Przykład 1. Zderzenie 2 aut na rondzie w Stambule. Policjant rozstrzyga o losach uczestników kraksy przyznając "negatywne" punkty. Już za samą obecność na rondzie dostaje się punkt. Polak, który "starł" się z Turkiem otrzymuje oto 3 punkty, Turek zaś 2. Polak trafia na 48 godzin do tureckiego więzienia. Zanim konsul zdola go wyciągnąć, zostaje kilkanaście razy zgwałcony...
Przykład 2. Normalna polska rodzina udaje się do Kapadocji. Zatrzymują się za potrzebą. Dziewczyny na lewo, chłopaki na prawo. Niestety Ci, co poszli na prawo, nie mieli szczęścia, bo osiusiali mur jednostki wojskowej. Owszem, było napisane na żółtej tablicy WYŁĄCZNIE PO TURECKU, że przebywanie tam grozi śmiercią. Efekt: ojciec rodziny śmiertelnie postrzelony z wieżyczki strażniczej przez snajpera.

Dziś Turcja nam również o sobie przypomina. Oto w kilka dni turecka lira osłabia się o około 20 procent, przybliżając się coraz bardziej do dzikich afrykańskich krajów, w których pieniędzmi pali się w piecu. A kapitał europejski żądny ponadprzeciętnych zysków trzyma w ryzykownych tureckich aktywach środki równoważne kilkuset milionów euro. Za chwilę Turcy obrażą się już nie tylko na policzkujące ich Stany, ale i na Europę i przepchną przez eurogranicę miliony afrykańskich uchodźców.

To też ostrzeżenie dla nas, że rządy jednej ręki koniec końców przypominają jednorękiego bandytę, a więc sprawiają, że coraz więcej okoliczności losowych skumulowanych w danym czasie i w danym miejscu, jest nie do opanowania.

Czy spotkamy znów Turcję pod Wiedniem? Nie zapominajmy, że to obecnie kraj posiadający jedną z najliczniejszych armii na świecie - nie będzie walczył na halabardy, kusze i dzidy. A człowiek głodny i zdziczały, nakręcony ideologią z czasów rewolucji październikowej (U! bez echa przechodzi setna rocznica) w pewnym momencie będzie miał gdzieś, czy polegnie pod Wiedniem, czy skona w nędzy w swojej ukochanej ojczyźnie rządzonej przez dyktatora.

Tak na marginesie, dobrze że ów dyktator ma jeszcze poczucie humoru, skoro zaleca obywatelom wymianę dolarów na lirę. Sam jestem ciekaw jak dużo lokalnej waluty trzyma on w swoich, skąpanych w złocie, rozsianych po kraju pałacach.

Miejmy tez na uwadze, ze stopy procentowe w Turcji są warte grzechu - to az 24% p.a. Jednym słowem - raj dla ryzykantów.

W blogu Spostrzeżenia 05/16/2019 - 10:57 Źródło

W jednej z badanych przez mnie firm dostałem wyraźne polecenie od prezesa, żebym "nie ruszał" jego księgowej. Początkowo pomyślałem - cóż, księgowe są obecnie w cenie - jak bardzo kobietę zdenerwuję, to odejdzie.
Moje wątpliwości zaczęły nabierać na sile, gdy pan prezes pochylając się nad komputerem swojej księgowej, najwięcej czasu skupiał na jej biuście, ocierał się o nią, delikatnie przyklepywał chcąc "pochwalić" za każdy drobiazg. Niestety biegły rewident nie wydaje opinii o relacjach międzyludzkich, a może powinien...
Mówi się, że romanse w firmach napędzają różnej maści prezesów do wydajniejszej pracy. Hm. Oto prezes jednej ze spółek zależnych od Orlenu wyjeżdża na ważne sympozjum do Niemiec. Tak się zdarza, że w tym samym czasie i w tym samym hotelu zatrzymuje się młody narybek firmy. Jakież ich zdziwienie, gdy otwierają się drzwi windy, a pan prezes czule całuje się ze swoją asystentką.
Dlaczego czułe słówka są nieodłączną cechą naszych relacji służbowych? Myślę, że to ciekawy barometr ciśnienia i presji na wyniki, innowacje i tym podobne. Stres, z którym sobie nie radzimy powoduje nieokiełznaną ucieczkę min. do starego jak świat seksu. Konsekwencje tego są z reguły zgubne. Ostatnio jeden z kolegów zwierzył mi się, że nie posłuchał Marka Zuckerberga i nie zasłonił oka kamery w komputerze. Spowodowało to niebotyczne konsekwencje. Dostał maila od "anonimowego hackera", który poinformował o konieczności uiszczenia opłaty w bitcoinach na równowartość 2 tys usd za nagranie niezbych miłych dla oka rodziny scen.
Seks to również realne zagrożenie dla firmy, ryzyko wycieku danych, ale również ryzyko zaniedbywania swoich normalnych obowiązków na rzecz płomiennych uniesień. Ale czy jest coś zamiast. Czy wystarczy poczytać Biblię lub skoczyć na banji, żeby wydobyć się z otchłani nieokiełznanej pożądliwości? Czas też chyba, żeby tym będącym tajemnicą poliszynela problemem zarządzić. Oby czasami nie było za późno. 
W jednej z poprzednich firm, w których pracowałem na spotkanie firmowe przyjechała miła dziewczyna z Ameryki. Wszyscy byli bardzo zaskoczeni, że następnego dnia oskarżyła jednego z dyrektorów o napastowanie. Otóż okazało się, że zaproponował on jej seks aż 3 razy, podczas gdy regulaminy wewnętrzne oddziału, w którym pracowała wyraźnie mówiły, że wszystko ponad 1 raz jest już mobbingiem. A więc mości Panie i Panowie - do jednego razu sztuka! 
 

W blogu Spostrzeżenia 05/16/2019 - 07:41 Źródło

Kto pierwszy pójdzie na zieloną trawkę, ponieważ zastąpią go w pracy roboty? Robotnicy niewykwalifikowani? Ogrodnicy? Księgowi? Kierowcy? Kasjerzy? Górnicy? Handlowcy? Doradcy finansowi? Prawnicy? Dyrektorzy?
Żeby to ocenić – i swoją własną perspektywę zawodową –  trzeba wziąć pod uwagę i dojrzałość technologii, i zdolność otoczenia do jej przyjęcia i stosowania, i opłacalność zmiany człowieka na maszynę lub algorytm, i interesy wielkich tego świata, i zdolność różnych grup społecznych i zawodowych do obrony swoich interesów, i jeszcze sporo innych okoliczności. Mało kto je ogarnia wszystkie, więc ufamy różnym raporty, zapominając że zdecydowana większość z nich jest finansowana przez podmioty, dla których jest to działanie marketingowe. Nie znaczy, że one są z gruntu nieuczciwe. Jest w nich sporo cennej wiedzy, ale jest i zadana teza.
Czytam, czytam, czytam te raporty, naprawdę niemało, i niepokoję się coraz bardziej, zwłaszcza że jednocześnie uczestniczę w dziesiątkach rozmów i licznych projektach, które dzieją się wśród uczestników Klubu Dyrektorów Finansowych „Dialog”, głównie dzięki programowi Digital Finance Excellence.
Coraz częściej wydaje mi się, że pochopnie kwalifikujemy zawody i stanowiska, które jako pierwsze pójdą pod nóż w wyniku postępu technologicznego. Powszechna narracja mówi o zastępowaniu pracowników przez systemy IT i roboty software’owe w rutynowych, nudnych, powtarzalnych, czasochłonnych czynnościach, raczej nie tworzących wartości, ale koniecznych do wykonania. Dzięki technologii specjaliści nie będą „wklepywać” danych, sprawdzać różnych informacji, pisać setek emaili, pilnować czy inni pracownicy zrobili swoją robotę. Będą wykonywać ambitniejszą robotę, wymagającą więcej inteligencji i wiedzy, np. analizować i budować różne scenariusze, interpretować przepisy, wymyślać produkty, obsługiwać nietypowe transakcje, kontaktować się z klientami.
A więc czujmy się bezpiecznie – roboty zrobią to, czego ludzie nie chcą robić, a musi być zrobione. Na pewno? Przecież ci, którzy mówią o uwolnieniu od rutynowej pracy, na tym samym oddechu dodają, że lada moment do tych dość prostych technologii informatycznych zostanie dołączona sztuczna inteligencja, a ta to dopiero potrafi, ho, ho. To będzie dopiero pomoc. Może i będzie. Ale na pomocy może się nie skończyć, lecz skutkować kolejną odsłoną przejmowania pracy, a więc i odsuwania od niej ludzi.
Jak to jest z tą sztuczną inteligencją?
A może najpierw, jak to jest z ludzką inteligencją. Czy bycie inteligentnym jest czymś trudnym? Czy jest stałą cechą człowieka?  Czy jest czymś coś pozwala nam czuć się lepszymi niż inni? Wydaje się, że tak, dlatego tak dumni jesteśmy, gdy ktoś mówi, że jesteśmy inteligentni. Są też specjalne testy na inteligencję, których dobre wyniki eksponujemy publicznie i w celu zdobycia wyższego miejsca w hierarchii zawodowej, społecznej, towarzyskiej.
(A tak dla przypomnienia: tzw. iloraz inteligencji jest jednym z tych przypadków, gdy nauka zbłądziła. Powstał na początku XX w. w pracowni francuskiego psychologa Alfreda Bineta, aby oddzielić uczniów, których wiek umysłowy (określany arbitralnie) jest niższy niż wiek biologiczny, i tym uczniom pomóc w nadrobieniu zaległości, a zatem i uzyskaniu lepszego wyniku IQ. Potem ten test był używany głównie do dzielenia ludzi na lepszych i gorszych, uważany za stałą wrodzoną, a nawet dziedziczną cechę. Zapomniano o jego pierwotnym celu odkrywania uczniów, o których trzeba zadbać, aby lepiej wykorzystali swój potencjał umysłowy.)
Inteligencja i myślenie abstrakcyjne jest stosunkowo młodym osiągnięciem człowieka w historii ewolucji świata naturalnego, to raptem może 100 tys. lat, a tylko kilka tysięcy ostatnich ćwiczymy liczenie, geometrię, logikę, gry, inżynierię, filozofię. To bardzo krótko w porównaniu z innymi umiejętnościami, które człowiek ćwiczy od milionów lat, jak np. rozpoznawanie twarzy i głosu, uważna obserwacja, chwytanie przedmiotów, zdolności społeczne, przemieszczanie się, ustalanie celów, odkrywanie ludzkiej motywacji. Tak, tak , wydawałoby się tak różne umiejętności – pomieszane mityczne miękkie i twarde – dzieją się na poziomie organizmu i mamy je tak głęboko zakorzenione, że robimy to nieświadomie, a więc nie sprawia nam trudności. Nie wydaje nam się, że zaprzęgamy do tego inteligencję, a jak najbardziej robimy to.
Inteligencja jest trudna dla człowieka, bo jest młodą mało przećwiczoną zdobyczą w jego ewolucji. Dlatego z ulgą przyjmujemy pomoc sztucznej inteligencji. Ale już nie bierzemy pod uwagę, że oto dajemy jej pole do doskonalenia się, podczas gdy sami przestajemy ćwiczyć i cofamy się.
Człowiekowi trudność sprawia zapamiętywanie i przeszukiwanie dużych zbiorów danych i ich porównywanie, gra w szachy, rozwiązywanie problemów geometrycznych, budowanie alternatywnych scenariuszy, rozwiązywanie równań z wieloma niewiadomymi, liczenie, określanie sensu życia. A nie sprawia trudności chodzenie na dwóch nogach, rozpoznawanie twarzy na starym zdjęciu, odróżnienie stołu od filiżanki, znalezienie drogi z pokoju do kuchni czy rzucenie się do ucieczki w odpowiednim momencie, bo to mamy na poziomie organizmu, a nie umysłu, bo to doskonaliliśmy od milionów a nie tysięcy lat.
Wydaje nam się, że dla sztucznej inteligencji jest tak samo, dlatego nas zachwyca wygrana komputera w szachy i podświadomie wydaje nam się, że ta nowa sztuczna istota ma opanowane również to, co my mamy w odruchach organizmu i teraz będzie tylko zdobywać nowe obszary zastrzeżone dotąd dla ludzkiego intelektu.
Otóż nie. Sztuczna inteligencja nic nie ma w „genach”, choć pewnie jakoś inaczej nauczymy ją tego, co my mamy w odruchach, za to ma doskonałe warunki do rozwijania się w pracy umysłowej, bowiem w przeciwieństwie np. do umiejętności motorycznych czy społecznych, abstrakcyjne zaawansowane rozumowanie wymaga niewielkich mocy obliczeniowych. To dlatego komputery wygrywają z dorosłymi w szachy, ale nie umieją tego, co umieją już małe dzieci, np. w sferze odbierania cudzych emocji czy zręczności manualnej, a to wymaga nieporównywanie większej mocy obliczeniowe niż gra w szachy. To dla większości ludzi brzmi niewiarygodnie, bowiem nauczyliśmy się wiązać sztuczną inteligencję ze znacznym wzrostem potencjału obliczeniowego komputerów, a o sobie w tych kategoriach nie myślimy.
Owszem, rzeczywiście ta moc komputerów wzrosła niesłychanie w ostatnich czasach, ale w porównaniu z człowiekiem to ciągle drobiazg! Człowiek ma nieporównywalnie większe „moce obliczeniowe” niż jakikolwiek komputer, ale są zaprogramowane w naszym organizmie i działają w ogóle nie angażując do tego naszej świadomości.
 
Tylko czy coś z tego wynika?
 
Dwie konsekwencje. Po pierwsze, jeśli rzeczywiście stworzymy również ogólną – a nie tylko jak teraz wyspecjalizowaną – sztuczną inteligencję, to ona będzie dużo lepsza od nas w rozumowaniu, właśnie inteligentniejsza i stworzy świat stosowny dla siebie, a nie dla człowieka,  a wtedy ten nasz superkomputer w postaci organizmu stanie się zupełnie bezużyteczny i staniemy się bezbronnymi niższymi istotami. Albo dojdzie do konfrontacji: człowiek – nowa istota, i może, może nasz organizm pokaże wszystko to, co potrafi nieświadomie, w świadomy sposób, skierowany na obronę najwyższego statusu człowieka w świecie. Tak więc moc nasza jest w naszym organizmie i w tym co umiemy nieświadomie.
A po drugie, wynikają wskazówki i ostrzeżenia już na dzisiaj. Roboty i sztuczna inteligencja uwolni od pracy przysłowiowych „wklepywaczy” danych czy „białkowe” liczydła (uwolni czyli pozytywny efekt), ale zabierze pracę ludziom, którzy właśnie w większym stopniu posługują się intelektem niż szeregowi specjaliści, choć w mniejszym niż wybitni eksperci (zabierze, czyli wyruguje, czyli negatywny efekt). Czyli odbierze pracę całej średniej klasie nauczycieli, lekarzy, prawników, finansistów, doradców, analityków, informatyków, menedżerów, bankowców. A jak im odbierze pracę, to nie będzie ścieżki doskonalenia się na wybitnych lekarzy czy prawników, bo jak mieliby ćwiczyć, zbierać doświadczenia, rozwijać się, gdy tę pracę będą wykonywać inteligentne automaty? Więc w końcu i te zawody zostaną przejęte przez szybko doskonalącą się sztuczną inteligencję albo… staną się niepotrzebne w tym nowym świecie.
Dzisiaj za łatwo zadowalamy się tezą, że roboty uwalniają nas tylko od łatwej i niechcianej pracy. To przecież tylko rozbiegówka: trudna dla robotów (bo to dla nich pierwsze kroki w świecie człowieka), łatwa dla człowieka (bo czuje się jeszcze bezpiecznie jako decydent). Ale coraz bardziej inteligentne, szybko uczące się algorytmy uwolnią nas od inteligentnej pracy szybciej niż od tej prostej i rutynowej. Bo do tego je stworzyliśmy, do tego co nam trudno przychodzi. Im bardziej inteligentna praca, tym będziemy łatwiejsi do zastąpienia. Praca dla ogrodników i kucharzy raczej będzie zawsze, ale czy to jest szczyt ludzkich ambicji?
Wydaje mi się, że pojedynczy człowiek czy nawet firma, państwo, organizacja, nic w tej sprawie nie może zrobić. Ludzkość, owszem.

W blogu Spostrzeżenia 05/15/2019 - 21:23 Źródło

Czasami zadaje sobie dość trywialne pytanie, czy wszystkie napisane już książki o finansach odkryły wszystkie pokłady i tajniki wiedzy finansowej. Jeżeli nawet nie wskażę wprost, co jeszcze pozostało do odkrycia, czy mogę chociaż pokusić się o wskazanie obszarów, w których takie odkrycia zrewolucjonizowałyby nasze spojrzenie na zarządzanie pieniądzem czy kosztami?  Oto moje typy:
1. Analizator myśli finansowych

W skrócie chodziłoby o to, żeby nasze intencje finansowe mogły być wyłapywane na poziomie myśli i żeby mogłyby one podlegać obróbce w danym horyzoncie czasowym. Następnie po tak przeprowadzonej zautomatyzowanej analizie byłaby wypracowywana najwłaściwsza dla nas decyzja finansowa. 

Ile błędnych decyzji, zbędnych wydatków można byłoby uniknąć? Przykładowo, siwiejący Pan w wieku 53 lata, ma myśl, żeby zainwestować na giełdzie albo w totolotka. System odpowiadałby na taką myśl analizując ogromne zbiory danych decyzyjnych innych 53-latków. Przykładowa podpowiedź: udaje się jednemu na milion - mogłaby schłodzić tysiące, jeżeli nie miliony błędnych decyzji.

2. Idealny model predykcyjny

Obecne modele do prognoz finansowych nadal pozostają modelami. Mają mnóstwo założeń. Dokładność jednych jest wyższa, innych niższa. Tak tak! - przede nami wyzwanie opracowania modelu prawie idealnego, które przepowiadałby przyszłość w dowolnym aspekcie finansowym z prawdopodobieństwem np. 99,9%.

3. Połączenie ERP i CRM w jeden system

Jak na razie ERP pozostaje systemem do ewidencji liczb z przeszłości, a CRM przetwarza dane, które mają pomóc optymalizować relacje z klientami. Myślę, że przyszłość doprosi się o połączenie tych systemów. Wówczas będziemy "księgowali" wiedzę o kliencie z taką samą powagą, jak dziś dzielimy się nią w firmowej kuchni.

4. Połączenie US GAAP i IFRS

Trwają wysiłki, żeby stworzyć światowy system standardów księgowych. Jeżeli to się uda, byłoby to coś na miarę ogłoszenia, że na całym świecie posługujemy się tylko językiem angielskim.

5. "Inwestomat" do powszechnego inwestowania

Dziś powszechne jest to, że w piekarni jest chleb, a u fryzjera obetną Ci włosy. Powszechny jest też bankomat, karta płatnicza bezstykowa, etc. Mi chodzi po prostu o to, żeby na ulicach stały "inwestomaty", że wrzucasz np. 100 PLN, masz do wyboru 10 strategii inwestycyjnych, które z góry mówią Ci, ile zarobisz w zakładanym horyzoncie czasowym. Po z góry ustalonym czasie idziesz do "inwestomatu" i wypłacasz premię lub całość.

6. Państwowy biegły rewident

Nie wybiegając zbyt daleko - czyli poza Polskę, chyba nie ma wątpliwości, że tzw. władza obrała kurs na nacjonalizację. Możemy po coraz więcej "rzeczy" udać się po prostu do Państwa. Poza 500+, emeryturą, państwowym policjantem i wojskowym, może udamy się też do państwowego biegłego rewidenta?

7. Żołnierz finansowy

Żołnierz kojarzy się głownie z wojną czy walką. I dobrze się kojarzy. Żołnierz finansowy będzie mógł wykonywać wiele pożytecznych funkcji: będzie bronił naszych pieniędzy, będzie walczył o więcej, będzie umierał wreszcie za nasz dobrobyt. Czy to będzie się czymś różniło od śmierci na gorącym froncie. Czy to źle brzmi, że będziemy opłacali żołnierza, który będzie mógł nawet zginąć, byśmy więcej zarobili. Czy to nie utopia?

8. Kościół finansowy

Już za Mojzesza modlono się do bożków, stalowego węża, etc. Dziś modlimy się to tableta, facebooka, pracodawcy, totolotka. Za jakiś czas nastąpi unifikacja. Zostaniemy obdarci z iluzji, że się nie modlimy do tych cacek i powstanie oficjalny kościół, w którym na ołtarzu będzie rozwinięte np. 100 USD i będziemy oficjalnie oddawali banknotowi cześć, nie mając już iluzji, że to nasz jedyny bóg.

9. Cmentarz finansowy

Teraz piszę o milionerach i miliarderach. W pewnym momencie uznają, że do nieba, piekła i czyśćca nic nie zabiorą. Ale tak będzie im żal mamony, że poproszę o pochowanie wśród monet i banknotów, a ich monetarny grobowiec będą zazdrośnie strzegły kamery 5D.

10. Hodowla pieniądza

Szczytem wszystkiego będzie możliwość zakopania w ziemi pieniądza i hodowania go tak, jak dziś robi się to z kryptowalutami. I już plastuś z bajki nie będzie musiał być wyprowadzany z błędu przez rodziców, że jak zakopie coś pod drzewem, to i tak nic nie wyrośnie.

W blogu Spostrzeżenia 05/15/2019 - 21:23 Źródło

Przy niedzieli, która jest w tym tygodniu już kolejną niedzielą (bogaci jesteśmy, nie ma co, jak sobie co chwila pozwalamy na tyle wolnego) doszedłem do smutnego wniosku. 

ZA DUŻO...?

Wydaje mi się, że jeśli ja, wydaje mi się dość ogarnięty gość w konsultingu związanym z bezpieczeństwem w szerokim aspekcie, zaczynam się gubić to chyba coś jest nie tak. Właśnie wchodzą zmiany w 160 ustawach związane z RODO, które weszło rok temu. Matko... to brzmi jak jakiś nie wiem, smutny żart? Firmy po prostu mają wyjęte dwa lata na dostosowanie się do RODO i ... to nie koniec. 

W ubiegłym roku dopiero co uporaliśmy się z "przekładką" ISO 9001, 14001 na wydania z 2015 roku. A spore zmiany. Na szczęście dość podobne do RODO vs ODO - nagle odeszliśmy od wymagań formalno-sztywniackich (bez sensu) na te z sensem, bo dla firm. Ale mało kto się ogarnął, szczególnie z konsultantów, bo przecież jak to... nie będzie już szablonów? Niestety są. I polityki jakości z księgami i polityki bezpieczeństwa danych osobowych, które de facto są planami ochrony, a nie żadnymi politykami. Ale komuś się pomyliło 20 lat temu i tak zostało. Dla jasności. U KONSULTANÓW. Bo np. takie RODO formalnie wymaga od każdej organizacji tylko jednego dokumentu. Reszta, jak to się ładnie mówi jest fakultatywna. 

Zaraz mamy zmiany w BHP i odejście od OHSAS i PN-N-18001. Fajne zmiany, bo sam brałem udział w pracach nad ISO 45001 (jestem członkiem BSI). Ale... chwilę wcześniej z dr. Russelem Price gadaliśmy o tym, jak się zmieniła koncepcja business continuity i teraz norma do tego (ISO 22301) to już nie no korporacyjny, a publicznym (societal security). Po drodze w ogóle koncepcja ciągłości działania ma ustąpić odporności i trwałości organizacji (business resilience), ale mam wrażenie, że nawet ten cykl w ramach BSI w jakim brałem udział prowadzony był przez ludzi, co nie ogarniają. Mówię o cyklu fromRisk2Resilience (Belafast, Manchester, Londyn). A przecież do Business Resilience mamy już standard - BS 65000 i nawet już w Polsce z tego szkoliłem. Zarządy, bo to dla nich, ale szkoliłem czy może bardziej, opowiadałem. A i ... Seveso (dyrektywa) też już się zmieniła. O rany...

Gorzkie żale? Nie... wskazówka

Wiem, że zaczyna to brzmieć jak gorzkie żale, ale naprawdę tylu zmian co ostatnio nie widziałem już dawno. 1997-1999 rok to był taki czas, jak się zmieniały ustawy w mojej branży. Tak... ale to przepisy tylko. A w tym zmianach chodzi o coś zupełnie, zupełnie innego. Otóż szanowni zarządzający, prezesi, członkowie zarządu. Nie dajcie się. Ot tak piszę od siebie. Wiecie dlaczego? Proszę...

  • Kontekst zewnętrzny i wewnętrzny zgodnie z ISO 31000 (zarządzanie ryzykiem) i potem już we wszystkich normach i ostatnio RODO to nic innego jak analizy makro i mikrootoczenia oraz organizacji. Chyba każdy, kto studiował zarządzanie zna analizę PEST, 5 sił Portera, macierz BCG czy PEST. O to w tym chodzi. 
  • Myślenie oparte o ryzyko? Cóż.. od 2005 roku w PEST jak jej używam mam wpisane nie tylko siłę oddziaływania na organizację, ale też sposób reakcji firmy. I nie z bezpieczeństwa, a z zarządzania właśnie ta nauka. 
  • Ciągłość działania? A proszę, zaszyte w wyborach np. metod zarządzania zapasami (JIT, dwie skrzynki, czy bufory). 

Mogę sporo takich kwiatków wyciągnąć i wyjaśnić coś, co mi zaczyna się pomału klarować. Po prostu ludzie z pewnym ułożeniem trafili do organów, instytucji, które wymyślają (?) rozwiązania. A potem przychodzą i straszą. Szczerze? Dobrze przygotowany zarządzający jeśli tylko zrozumie ideę RODO, jakości, ciągłości działania czy nawet magicznego "resilience" poradzi sobie doskonale sam. Choć nie jest od tego - to warto zrozumieć. Wtedy łatwiej kupić właściwą usługę. 

Tak mnie pomału coś skłania do cyklu publikacji o ideach rozwiązań. RODO, antyfraudy, sygnaliści, ISO 9001, 14001, 45001, 27001... Takiego cyklu, w którym czy się spotkamy, czy po prostu zrobię raporty, w których nakreślę o co tak naprawdę chodzi. Bo to tylko o zrozumienie chodzi... narzędzia są od lat.

W blogu Spostrzeżenia 05/05/2019 - 22:30 Źródło

Ostatnio sporo rozmawiam, czytam i piszę o automatyzacji procesów, o wdrażaniu robotów software'owych, o nowym charakterze pracy ludzi w środowisku cyfrowym - wiadomo, jest to jeden z najważniejszych tematów w Klubie Dyrektorów Finansowych "Dialog". To są dobre rozmowy, dopóki nie włączą się ludziom w mózgu stereotypy dotyczące tego, co człowiek umie najlepiej i do czego został stworzony. Oczywiście, chodzi o kreatywność, komunikację i relacje międzyludzkie. 
Wszystkie te umiejętności tej sfery określa się jako umiejętności miękkie. Moim zdaniem, nie ma chyba bardziej szkodliwego wyrażenia niż "umiejętności miękkie". Są trzy powody. Po pierwsze, do owych mitycznych "miękkich" umiejętności odwołujemy się wtedy, gdy po prostu brakuje nam kompetencji w dziedzinie organizacji pracy, zarządzania zasobami pracowników, np. ich czasem, energię, wiedzą, a także wtedy gdy nie umiemy poradzić sobie z porażkami w osiąganiu celów. Wtedy menedżerowie głoszą potrzebę umiejętności "miękkich", zamiast potrzebę podniesienia własnej wiedzy o zarządzaniu.
Po drugie, uważamy że umiejętności "miękkie" to te, w których jesteśmy niezastępowalni przez roboty i algorytmy, więc te zawody i zadania zostaną na zawsze domeną człowieka, co ma ukoić nasze nerwy zszargane z powodu postępu technologii. To bzdura, bo wiele z tego, co nazywamy "miękkimi" umiejętnościami wymaga bardzo ścisłej wiedzy i dyscypliny intelektualnej, i roboty sobie lepiej z poradzą niż niedouczeni ludzie, którym wystarczy zaklęcie "miękkie umiejętności".
No, właśnie, po trzecie. Miękkie czy raczej bardziej twarde niż specjalistyczne umiejętności inżynierskie, finansowe, informatyczne, itd itd?
To prawda, że coraz cenniejsze w pracy, w życiu społecznych są te właśnie umiejętności: kreatywność, komunikacja i relacje międzyludzkie. Z tym że błędnie są one ograniczane do wrażliwości, uważności, czułości i empatii. To są piękne cechy, ale jeśli tylko przy nich pozostaniemy, to nie osiągnięmy żadnej kreatywności czy spójnego zespołu, a jedynie  przyjemny aczkolwiek nieskuteczny rodzaj rozmamłania i czułostkowości oraz kółko adoracyjne. 
Rozważmy taką kreatywność. Naprawdę osiąga się ją jedynie wrażliwością i wybraźnią? Tymi miękkimi cechami? No, nie. Aby być kreatywnym trzeba mieć ścisły i stale ćwiczony umysł, trzeba mieć formację intelektualną wynikającą ze znajomości i przestrzegania logiki, trzeba znać zasady przeprowadzania dowodów, jak np. w matematyce czy filozofii, trzeba dysponować wiedzą z różnych dziedzin, aby dostrzegać powiązania, te same wzory czy skojarzenia, trzeba być oczytanym w literaturze, żeby coś wiedzieć o naturze ludzkiej, trzeba być zanurzonym w różnych społecznościach, aby mieć wyobraźnią, jak w życiu może być, trzeba mieć odwagę, dzielność i hart.
Kreatywność to jest twarda umiejętność wynikająca z wiedzy, znajomości metodyk, dyscypliny umysłowej, przestrzegania praw nauki oraz wybitnych cech charakteru. 
Oczywiście, nie stoi to w sprzeczności z byciem człowiekiem wrażliwym i czułym. To się nawet świetnie składa. Bo wtedy jest szansa, że ta czułość i wrażliwość nie zmarnuje się w durnym działaniu.
 

W blogu Spostrzeżenia 04/28/2019 - 13:20 Źródło

Business Dialog Bulletin - widok książki

Premium Drupal Themes by Adaptivethemes