Skip to main content
Zapraszamy

Czytelników, rozmówców na forum, Autorów, Blogerów, Redaktorów,...

Przeczytaj o możliwościach korzystania z witryny i współpracy

Salon Business Dialog Klub Inspirations Klub Dialog CIO Business Meeting Point Kwintesencja Projekty Business Dialog

W blogu Spostrzeżenia

Blog Iwony D. Bartczak

Każdy wiek ma swoje przywileje. Młodzi zazwyczaj cieszą się zdrowiem, działają szybciej niż myślą i chętnie po raz kolejny odkrywają Amerykę. Starsi, gdy już przeczytają kilka mądrych książek, nabierają pewnego doświadczenia i zdolności wyciągania wniosków. Ponadto, jest jeszcze grupa ludzi ze znacznym bagażem życiowym, niechętna żywiołowym zmianom i świadoma złożoności praw rządzących światem. Oprócz nich są jeszcze populiści i publicyści, którzy hołdując jakiejś wizji, wszystko wokół postrzegają przez jej pryzmat. Ekonomia i zarządzanie nie są tu żadnym wyjątkiem, a ich pozorna wzniosłość wręcz nęci pseudoznawców i zwykłych poszukiwaczy poklasku. Poklask zaś, jak wiadomo od czasów Herostratesa, wymaga słów i czynów niebanalnych, gdyż tylko takimi da się zauroczyć gawiedź, czyli nas wszystkich.
Przypadek autorytetów z Europy Wschodniej obarczony jest jeszcze dodatkowo przekleństwem poczucia konieczności udowadniania swej przynależności do cywilizacji Zachodu. Stąd wśród słowiańskich publicystów w dobrym tonie powtarzanie jak mantry miłości do kapitalizmu w jego najprymitywniejszej formie. Obawa przed posądzeniem o poglądy nawet w najmniejszym stopniu sprzyjające bliźnim w potrzebie, czy choćby brak pryncypialności sprawiają, że czytanie ich wypowiedzi jest jałowe, gdyż zawsze wiadomo, że ostatecznym ich sensem będzie wezwanie do obalenia Kartaginy. Kartaginą zaś dla tych, którzy nie zrozumieli ani celu, ani sensu nauk ekonomicznych, jest udzielanie pomocy przez Państwo, nakładanie przez Państwo danin oraz wyrównywanie szans społecznych. 
Od dawna obowiązuje wśród nich głęboka wiara, że celem numer jeden przedsiębiorstwa jest dostarczanie zysku. Milton Friedman, laureat nagrody Nobla z ekonomii, po raz pierwszy napisał o tej misji w 1970, ukuwając stwierdzenie znane jako doktryna Friedmana: "istnieje jedna i jedyna społeczna odpowiedzialność biznesu - wykorzystywać zasoby i angażować się w działania mające na celu zwiększenie zysków ...". Przez lata filozofia ta była wyznawana przez firmy działające w gospodarkach kapitalistycznych i nadal obowiązuje jako paradygmat większości studiów menadżerskich MBA. Nie przeszkadzają w tym ani współpraca Friedmana z tyranią Pinocheta, ani wątpliwe praktyczne osiągnięcia rynkowe w krajach, które usiłowały iść drogą szkoły chicagowskiej, ani swoisty brak szacunku dla innych. Ugruntowanie i nadanie doktrynie nimbu credo kapitalizmu nastąpiło w 1997, gdy elitarny klub 200 dyrektorów generalnych z największych i najbardziej wpływowych firm w USA, zwany Business Roundtable (BRT), przyjął tę filozofię, definiując cel korporacyjny: "Nadrzędnym obowiązkiem zarządów i rad nadzorczych jest interes udziałowców korporacji. Interesy innych interesariuszy są istotne, jako pochodna obowiązku wobec akcjonariuszy.”
Stwierdzono zatem ni mniej, ni więcej, tylko że zasadą numer jeden w biznesie jest zwiększanie bogactwa akcjonariuszy. Od początku usiłowano podważyć tę mantrę ważnymi argumentami na temat odpowiedzialności kierownictwa i zarządu wobec innych interesariuszy biznesu. Kontrowersyjną dla wielu doktrynę krótkowzrocznego kapitalizmu krytykowano zatem zarówno z pozycji społecznych, jak i czysto praktycznych. Choć wiele z tych argumentów było trafnych i rozsądnych, prawda pozostawała taka, że bez inwestorów nie ma biznesu. Korporacje mogą mieć dowolne misje, ale jeśli odbijają się one negatywnie na zarabianiu pieniędzy lub w inny sposób zmniejszają wartość dla akcjonariuszy, inwestorzy mogą łatwo wycofać swoje pieniądze i umieścić je w innych przedsięwzięciach, które będą działać korzystniej (zarabiać więcej pieniędzy). Do czasu.
Świat, wiedza, nauka, a i ekonomia w szczególności, jednak się zmieniają. Dobrze brzmiącej wypowiedzi można wybaczyć wiele, gorzej gdy ktoś w swojej naiwności potraktuje ją na tyle serio, aby uznać ją za wskazówkę długofalowych działań gospodarczych. Nie wdając się w polemikę, gdyż obalanie nieaktualnej teorii o prawie 50-letniej historii nikomu chwały nie przyniesie, trzeba stwierdzić, że gospodarka już dawno powiedziała „Sorry Milton, you are wrong”. Podążający drogą Friedmana przegrali z rynkiem i klientami.
Zwieńczeniem tej historii jest ponownie opinia Business Roundtable. To samo ciało, które wyniosło zysk na ołtarze kapitalizmu w 1977, w sierpniu 2019 go z tego ołtarza go strąciło. W komunikacie dyrektorzy generalni najpotężniejszych firm Ameryki stwierdzili, że mają już inne cele: „Podczas gdy każda z naszych firm służy swojemu celowi korporacyjnemu, łączy nas fundamentalne zobowiązanie wobec wszystkich naszych interesariuszy. Zgadzamy się zatem, że naszym celem jest:Dostarczanie wartości naszym klientom. Będziemy kontynuować tradycję firm amerykańskich, które przodują w spełnianiu lub przekraczaniu oczekiwań klientów.Inwestowanie w naszych pracowników. Zaczyna się to od ich sprawiedliwego wynagradzania i zapewniania im ważnych korzyści. Obejmuje również wspieranie ich poprzez szkolenia i edukację, które pomagają rozwijać nowe umiejętności w szybko zmieniającym się świecie. Wspieramy różnorodność i integrację, godność i szacunek.Uczciwe i etyczne postępowanie z naszymi dostawcami. Jesteśmy oddani służeniu jako dobrzy partnerzy innych firm, dużych i małych, które pomagają nam realizować nasze misje.Wspieranie społeczności, w których pracujemy. Szanujemy ludzi w naszych społecznościach i chronimy środowisko poprzez stosowanie zrównoważonych praktyk we wszystkich naszych firmach.Generowanie długoterminowej wartości dla akcjonariuszy, którzy zapewniają kapitał, który pozwala firmom inwestować, rozwijać się i wprowadzać innowacje. Zobowiązujemy się do przejrzystości i skutecznego zaangażowania w sprawy akcjonariuszy.Każdy z naszych interesariuszy jest niezbędny. Zobowiązujemy się dostarczać wartość dla wszystkich z nich, dla przyszłego sukcesu naszych firm, naszych społeczności i naszego kraju.”
Tak oto kapitalizm przyznał po 50 latach, że kapitał i zysk to tylko część rynku. Interesariuszami gospodarki są bowiem zarówno akcjonariusze, klienci, pracownicy, partnerzy biznesowi, społeczności jak i Natura. Dążąc do uprzywilejowania tylko jednej grupy nie uzyska się oczekiwanego efektu, którym jest trwały i bezpieczny dobrobyt wszystkich.
Dla Ameryki deklaracja BRT była ważnym wydarzeniem, ale nie niespodzianką. Dodatkowo ewentualne wątpliwości rozwiał Jamie Dimon, Prezes Zarządu i Dyrektor Generalny JPMorgan Chase & Co., globalnej firmy świadczącej usługi finansowe, posiadającej aktywa o wartości 2,5 bln USD i prowadzącej działalność na całym świecie. Będąc przewodniczącym BRT uznał za stosowne podkreślić, że wypowiedź Klubu nie nosi charakteru jedynie deklaratywnego i większość firm US Top200 skutecznie ją stosuje od dłuższego czasu w ten sposób rozumiejąc efektywność działania ekonomicznego.
Wielki kapitał powiedział to, co każdy mały przedsiębiorca wiedział od dawna. Nie da się budować sukcesu ekonomicznego dbając wyłącznie o zysk. Prawdę tę można wypowiedzieć w sposób bardziej zrozumiały dla konserwatystów. Zysk wynika wyłącznie ze współpracy i szacunku do wszystkich interesariuszy.
Kapitał i ekonomiści to wiedzą. Ciekawe, czy dotrze to z czasem do naszych publicystów gospodarczych.

W blogu Spostrzeżenia 09/16/2019 - 23:27 Źródło

W czwartek na warszawskiej Giełdzie Papierów Wartościowych - podczas spotkania Klubu Dyrektorów Finansowych "Dialog" pod tytułem "Trafność decyzji biznesowych - dane, analizy i psychologia - doszliśmy do wniosku, że decyzje w małych i prostych sprawach podejmujemy po skomplikowanych analizach, tymczasem w wielkich sprawach w istocie kierujemy się emocjami, a potem je racjonalizujemy, nawet gdy są tak znaczące jak wybór kolejnego rynku, zakup innej firmy czy wejście na GPW.
Na tym spotkaniu sformułowaliśmy jeszcze kilka znaczących spostrzeżeń i rekomendacji, ale ta szczególnie utkwiła mi w umyśle.
Adam Smith uważał, że większość ludzi przedsiębiorczych ma "niedorzeczne przeświadczenie o swojej szczęśliwej gwieździe". Ironizował, bo przecież co ma szczęście do biznesu, ale zaraz przyznawał, że ludzka skłonność do podejmowania ryzyka jest motorem rozwoju gospodarczego.
Zastanawiam się, jak to właściwie jest. Czy skłonność do ryzykowania wynika z wiary we własne szczęście? A może jak się ryzykuje, to czasem się wygrywa, bo nakazuje to matematyka i rachunek prawdopodobieństwa, no i teza Smitha automatycznie się potwierdza? Albo inaczej - odwaga ryzykowania idzie w parze z innymi cechami charakteru, które prowadzą do sukcesu w biznesie, np. umiejętnością szybkiego podejmowania decyzji, męstwem w obliczy klęski, opanowaniem w trudnych sytuacjach?
Wszystkie te tropy prowadzą do jakiejś cząstki prawdy o nas: przedsiębiorcach, menedżerach, inwestorach.
Mnie się jednak najbardziej podoba inne wyjaśnienie, dlaczego przeświadczenie o szczęśliwej gwieździe prowadzi do działania, a więc tworzenia, a więc rozwoju i postępu: Gdy wierzymy w swoje szczęście, łatwiej nam o zaufanie do ludzi, łatwiej nam o wiarę w ich dobrą wolę i w ich szczęśliwą gwiazdę. Z takim przekonaniem łatwiej, szybciej i szerzej podejmujemy z nimi kontakt, rozmowę, współpracę. I z tego rodzą się nowe dzieła, czasem sukcesy, zawsze doświadczenia. I to jest nasze niedorzeczne szczęście.
Interpretowanie szczęścia jako wolności od dbania o prawidłowe gromadzenie, przetwarzanie i dystrybuowanie danych i raportów, generalnie od profesjonalizmu w zarządzaniu jest zwykłą pychą i głupotą, sposobem na biznes na krótką metę.

W blogu Spostrzeżenia 09/15/2019 - 22:42 Źródło

Dwa swoje „kawałki” o płacy minimalnej znalazłem. Jeden z 2007 roku. Drugi z 2011. Zwłaszcza ten drugi – z czasów końcówki pierwsze rządu Donalda Tuska „proroczy” Aczkolwiek o kilka lat odroczony.
„Z ekonomicznego punktu widzenia nie ma ona sensu żadnego. Ma natomiast przyczyny społeczno-polityczno. Przy czym ze społecznego punktu widzenia też jest ona bez sensu. Bo z ogólnospołecznego punktu widzenia dla społeczeństwa wartość mają takie rozwiązania instytucjonalne, które przyczyniają się do rozwoju gospodarczego, a przynajmniej go nie hamują. A „płaca minimalna” do takich nie należy. Natomiast z politycznego punktu widzenia ma ona sens ogromny. Oczywiście, dla polityków. No i dla niektórych z ich klientów wyborczych.
Aby można było dokonywać racjonalnych wyborów ekonomicznych, posiadane zasoby muszą zostać odpowiednio zmierzone. Jedyna metoda ich mierzenia polega na uzyskaniu przez nie, w drodze rynkowej, odpowiedniej ceny. „Tylko ceny rynkowe mogą odpowiedzieć na pytanie, czy realizacja jakiegoś projektu przyniesie więcej niż kosztuje i czy będzie bardziej korzystna od realizacji innych planów” – pisał Ludwig von Mises. Gospodarka planowa, pozbawiona rynkowego mechanizmu ustalania cen, paść musi ofiarą planistów, kierujących się w wyznaczaniu gospodarczych celów samowolą i własnym „widzimisię”. I dotyczy to także ceny za pracę – czyli płacy.
Nie istnieje najmniejszy związek pomiędzy realiami a życzeniami planistów. Prawa rzeczywistości są niezależne od ludzkiej woli. Niestety, jak twierdził wspomniany von Mises, choć tylko szaleńcy ośmielają się lekceważyć prawa fizyczne i biologiczne, to jest dość powszechnym zwyczajem pogardzanie prawami ekonomicznymi. Jak się ustala cenę minimalną pracy, to ktoś, kogo praca nie jest warta tyle, ile ustalił zgodnie ze swoim „widzimisię” jakiś planista, pracy tej nie znajdzie. Chyba, że „na czarno”, albo w administracji publicznej, tudzież spółce skarbu państwa – bo tylko tam można zatrudniać ludzi nie patrząc na rachunek ekonomiczny.
Człowiek może być bezrobotny nie dlatego, że jest „bezużyteczny”, albo że „nie ma dla niego pracy”. Praca jest zawsze. Co najwyżej nie za taką cenę, jaką ustalili politycy próbując przypodobać się wyborcom. Dlatego w krajach, gdzie nie ma „płacy minimalnej” – jak Szwajcaria, czy Hong Kong, bezrobocie zawsze pozostawało na minimalnym poziomie 1,5%  gdy w Niemczech dochodziło do 10%. W UE płace minimalne są wyższe niż w USA, więc i bezrobocie jest wyższe, a tempo powstawania nowych miejsc pracy odwrotnie – jest niższe.
Niestety, politycy traktują ludzi jak świnie. Jak była tak zwana „świńska górka”, zarządzili skup interwencyjny. Jak z powodu podniesienia „płacy minimalnej” i wysokiego jej opodatkowania podatkiem dochodowym od wynagrodzeń i różnymi składkami ubezpieczeniowymi zrobiła się „górka” na rynku pracy (czyli bezrobocie) –  bo cena pracy była zbyt wysoka, żeby był na nią popyt, zarządzili „skup interwencyjny” i wchłaniali ludzi w system „opieki społecznej” wypłacając zasiłki dla bezrobotnych. Były one przy tym na takim poziome, że tylko głupi poszedłby pracować przez okrągły miesiąc za te parę stów więcej, niż mógł dostać nie pracując.
Jednak prawa ekonomii mają tak zwaną „automatyczną siłę odwetu”. Można przez jakiś czas powstrzymywać skutki ich działania, ale prędzej czy później ujawnią się one z cała mocą: rośnie bezrobocie i maleje tempo wzrostu gospodarczego. A jak przedsiębiorcy się przystosują do złej sytuacji, dokonają restrukturyzacji swoich firm, jak to miało miejsce w okresie spowolnienia gospodarczego w latach 1999-2004, i gospodarka znowu rusza do przodu, to się okazuje, że mimo wysokiego oficjalnego bezrobocia nie ma rąk do pracy, jak to właśnie obserwujemy [przypomnę kiedy to pisałem: rok 2007].
Gene Callahan napisał, że grał kiedyś w zespole reggae. Pracowali za stawki niższe od konkurencji, a czasami grywali za darmo. Dzięki temu zdobywali pozycję na rynku, na który by nigdy nie weszli, gdyby obowiązywała „płaca minimalna”. Wystąpił więc z przewrotnym pomysłem wprowadzenia ustawowego minimum ceny akcji spółek, ciekaw jak zareagują zwolennicy „płacy minimalnej”. Powinni być zachwyceni. A jednak nie byli. Szkoda tylko, że nie dostrzegają absurdu w całej jego rozciągłości, lecz tylko we fragmencie.”
Ale jeszcze lepszy kawałek napisałem w roku 2011 – jak płacę minimalną podwyższał Donald Tusk.
„Eksperci z brytyjskiej Komisji ds. Niskich Płac twierdzą, że płaca minimalna może pozbawiać pracy najmłodsze pokolenie, ponieważ pracodawcom nie opłaca się zatrudnianie niewykwalifikowanych pracowników – napisał Telegraph. Pan Premier Tusk i jego doradcy twierdzą, że podniesienie płacy minimalnej to duże osiągnięcie jego rządu. Ciekawe kto ma rację? Ja oczywiście wiem, kto ma rację. Pisałem już o tym w 2007 roku. To ponad 4 lata temu, a nic się nie zmieniło. Och przepraszam – premier się zmienił. Ale poza tym nic się nie zmieniło. Obecny premier też wie lepiej, kiedy przedsiębiorcy będą więcej osób zatrudniać, a kiedy mniej.  Ciekawe tylko skąd on to wie? Może mu powiedzieli doradcy z Zespołu Doradców Strategicznych albo z Rady Gospodarczej, których Pan Premier po wyborach – jak oczywiście będzie jeszcze premierem – chce połączyć w jednym Centrum Planowania Strategicznego, co pozwoli Polsce lepiej walczyć z bezrobociem wywołanym podniesieniem płacy minimalnej i ze wszystkimi innymi plagami – jak choćby dług publiczny zaciągnięty przez Pana Premiera na przekupywanie wyborców, żeby nadal mógł być premierem.
Jak jednak Pan Premier premierem być przestanie, to istnieje duże prawdopodobieństwo, że płaca minimalna jeszcze bardziej wzrośnie, bo nowy premier będzie chciał pokazać, że on jest jeszcze lepszym premierem. I nie będą nam tu jacyś Angole głupot opowiadać, że bezrobocie od tego rośnie."

W blogu Spostrzeżenia 09/08/2019 - 14:21 Źródło

 "Nie toczymy bowiem walki przeciw krwi i ciału, lecz przeciw Zwierzchnościom, przeciw Władzom, przeciw rządcom świata tych ciemności, przeciw pierwiastkom duchowym zła na wyżynach niebieskich (Ef 6, 12)"

Tak jak nasze życie w rodzinie, w domu, na wczasach, tak funkcjonowanie każdej firmy stanowi tylko ślad, "parafrazę" tego, co się dzieje na Wyżynach Niebieskich. Ale wróćmy do przeszłości. Spotkałem się ze znanym bioenergoterapeutą, który przekonał mnie, że iluzją jest to, że mamy jakikolwiek wpływ na to, co dzieje się w zarządzanych przez nas firmach. Niezależnie od nas i wielkości naszych wysiłków, firmy i zatrudnieni w nich ludzie mogą żyć w dostatku, albo popaść w ruinę, a wszystko to może wydarzyć się w mgnieniu oka.

Czasami dziwimy się mocno, czemu nagle firma dostaje potężny cios od konkurencji, zostaje powalona przez zorganizowany hejt, odchodzi lub wymiera kluczowy człon załogi. Jedni mówią o zbiegach okoliczności, inni o przypadku, a inni nie wiedzą co powiedzieć. Bogacenie się jednych i ich powodzenie niejednokrotnie powoduje zwykłą złość i zawiść konkurencji lub ludzi zwyczajnie nie życzliwych. Zapomnieliśmy już, jak w średniowieczu na stosie płonęły dziesiątki czarownic i czarowników, a inkwizycje miały więcej pracy niż dzisiaj niejeden komisariat. I dziś mamy złudne wyobrażenie, że problem duchowy w ogóle nie istnieje.

Ogromny błąd. Tak, jak czarnoksiężnik w Afryce czy Ameryce Południowej może "odpalić" śmiertelną strzałę duchową, tak dziś może to zrobić każdy inny. Wystarczy jedynie zaprzyjaźnić się ze Złem. Oczywiście cena tego jest ogromna. Bo zło zawsze wystawi nam rachunek i w najgorszym wypadku doprowadzi do ruiny lub nawet śmierci. Wiemy, że tak jak nasz Święty Papież miał niezwykłą moc panowania nad duchami siłą dobra, tak niektórzy mają moc panowania nad duchami siłą zła i mogą szerzyć niewyobrażalne spustoszenie.

Nie ma sensu tu rozwodzić się nad tym, jak kogoś (jakąś firmę)  zniszczyć. Bo, że jest to możliwe, nie mam żadnych wątpliwości. W jednej z firm, w której pracowałem, zarząd z socjalistycznej Szwecji też o tym dobrze wiedział. Organizował msze za pomyślność firmy, a jak oddawał do użytku jakieś istotne aktywa trwałe, wzywał Biskupa do ich poświęcenia. Nie było niczym niezwykłym, jak Prezes firmy klęczal w trakcie mszy katolickiej, mimo że sam był protestantem. Tak bowiem, jak w domu, zło nie ma żadnego dostępu do rodziny świętej, ogarniętej modlitwą i wiarą, tak zło nie zrobi nic firmie, w której króluje dobro, dobre obyczaje, cnoty, etc.

Musimy więc zdać sobie sprawę, że kultywowanie różnorakich dobrych zachowań, dbanie o pracowników, tępienie wszelkich przejawów zła, w każdym takim małym niepozornym kroczku, stwarza nad naszą firmą niewidzialny płaszcz duchowy, który chroni przed złem wszelkiej maści. Oczywiście wiele firm nie musi organizować w tym celu żadnych specjalnych kampanii - żyją i pracują dobrze, uczciwie i z pozytywnym zaangażowaniem. A to są filary, które stawiają tamę wszelkiemu złu.

Tak niewiele potrzeba, żeby nad firmą codziennie wschodziło słońce. Pamiętajmy, że tak jak z jakichś zupełnie nieznanych nam przyczyn, że zostało dopuszczone życie i działanie Hitlera i Stalina, tak samo może być dopuszczone unicestwienie naszej firmy z zupełnie niezrozumiałych dla nas powodów. Dlatego bardzo ważne jest, żebym nie operować samym laptopem czy kalkulatorem, ale uczynić wszystko, żeby pozwolić działać Dobremu Duchowi w szerokim tego słowa znaczeniu, który dla naszych biznesplanów może zrobić więcej niż menadżer po Harvardzie... 

Przypomniało mi się, dlaczego mówiono, że zmarło kilku ministrów zdrowia, bodajże na raka i zawały. Przyczyna miała płynąć z ogromnych bilboardów, w których grzmiano grubymi literami, że palenie tytoniu grozi rakiem i chorobami serca. Nie ma więc niż lepszego dla zdrowia firmy, jej szefów i szeregowych pracowników, jak to, że dziesiątki, setki czy tysiące pracowników będą wysyłały w kierunku firmy pozytywne myśli, słowa, a następnie konkretne działania. Może na prawdę działania pozostawmy na koniec, a zacznijmy od słów i myśli.  To na prawdę niewiele kosztuje.

W blogu Spostrzeżenia 09/06/2019 - 12:41 Źródło

Na tak zadane pytanie, jak w tytule niniejszego artykułu zacznę od tematów, które w mojej ocenie wiążą się dziś z największym ryzykiem, często nieuświadamianym, albo też ignorowanym.

Na pierwszym miejscu wymieniłbym ryzyka związane z możliwością trafienia "za kratki". I nie mówię tu o jakichś drastycznych przypadkach typu łapówka czy przelew służbowej kasy na prywatne konto. Przede wszystkim musimy sobie zdać sprawę, że żyjemy w Państwie, w którym brak trójpodziału władzy i gdzie wyroki są szyte na zamówienie. Żyjemy niestety w czasach, kiedy:
a) po pierwsze - prokurator polega na opiniach pseudoekspertów, bo nie ma wyjścia i jest zalewany tysiącami spraw i żeby "nie mieć kłopotów" woli oskarżyć, niż umorzyć postępowanie;
b) po drugie - jest już chyba tylko tajemnicą poliszynela, że wyroki są uzgadniane przez sąd z prokuratorami.

A ryzyk powodujących "zapuszkowanie" przyrasta z każdym rokiem. W ustawach rząd mnoży najróżniejszej maści uszczelniacze, które z jednej strony zapełniają worek budżetówce, z drugiej zaś mnożą ryzyka. W jednej ze spółek z trwogą obserwuję, jak jest powielany schemat z filmu "Układ zamknięty". W sytuacji, gdy jeden ze śląskich urzędów skarbowych kierował mafią wyłudzającą VAT, nastąpiło postawienie pod murem do rozstrzelania szeregu niewinnych firm. Bo firma nie jest w stanie udowodnić, kto w urzędzie sterował malwersacjami, kto podmieniał dowody, zdjęcia, protokoły. Elektroniczny system Ministerstwa Finansów do śledzenia malwersacji okazał się kompletnym fiaskiem. Tzw. algorytmy nie są w stanie przechytrzyć tych, którzy za wyłudzone pieniądze mieszkają w willach, budują hotele i rozkręcają świetlane interesy. W jednej z firm spotkałem księgową, która wyłudziła miliony, a teraz po dwóch latach odsiadki rozkręca sieć salonów kosmetycznych...

Niestety, polowanie na tzw. czarownice będzie zbierało żniwa. I to w czasach, kiedy za wyłudzenie VAT można iść za kratki jak za morderstwo. Można iść siedzieć MIMO to, że 40 tysięcy osób nie ma gdzie siedzieć, a liczba "chętnych" niebawem wzrośnie po zaostrzeniu przepisów różnej maści.  Tak, to w tym wszystkim jest najbardziej tragiczne, że Bogu ducha winni Jackowie Krawcowie będą teraz ryzykowali, że odpryskiem dostaną po plecach i przez kilka lat będą myli się zimną wodą pod prysznicem.

Poza ryzykiem nr 1 j.w., jest ryzyko nr 2. Wg. mojej klasyfikacji, to ryzyko zniesławienia, "obgadania w kuchni" lub "na korytarzu". Praca dyrektora finansowego niestety, jeżeli ma służyć firmie, z góry powoduje, że jest się klasyfikowanym jako "ten niedobry", co patrzy na ręce, wietrzy oszustwo, zapobiega nieprawidłowościom. Od czasu socjalizmu niewiele się zmieniło. Ludzie wiedzą, że życie jest krótkie i jeżeli nie nakradną, są nie zaspokojeni. A Dyrektor Finansowy, który nie wykryje takich nieprawidłowości, może mieć poważne problemy. Z uwagi na ciągłe zmiany w prawie niewykrycie drobiazgu, który z czasem może urosnąć jak wieżowiec na Manhatanie, stanie się coraz bardziej prawdopodobne. 

Ale już jeżeli Dyrektor Finansowy rzeczywiście stanie się sumienny, bo swoją pracę wykonuje w dobrze rozumianym swoim interesie, może stać się "cynglem", "kapusiem", etc. To ryzyko bardzo poważne, bo niestety tzw prawda podawana z ręki do ręki, z czasem się bardzo zniekształca. Już nie raz słyszałem na temat bardzo porządnych ludzi wiele półprawd, wygłaszanych tylko dlatego, że w łańcuchu plotek wyszły one z ust dwudziestej czy pięćdziesiątej z kolei osoby.

Waleriana na końcu będzie coraz bardziej potrzebna, bo z biegiem lat, Dyrektor Finansowy będzie odpowiadał za wszystko, ale faktycznej kontroli będzie miał coraz mniej. Wynika to z wdrażania schematów opartych o machine learning i w ogóle wszelkiej maści automatach, w których mogą być pozaszywane różne błędy. Jakich błędów ja osobiście najbardziej się obawiam? Otóż takich, które w momencie wdrożenia systemu nie są błędem, ale wskutek zmian w prawie i systemach nie zostaną odpowiednio przekonfigurowane i będą siać spustoszenie. Tak tak. To sytuacja, w której w pełni dobrej wiary wciśniemy zielony guzik, a odpalimy bombę atomową. 

Tak więc żyć czy umierać?

W blogu Spostrzeżenia 09/06/2019 - 00:49 Źródło

Niepostrzeżenie chyba jakoś przegapiliśmy że wraz z bardzo szybkim postępem ekonomicznym, zacierają się w wielu obszarach różnice, które jeszcze nawet 5 lat temu były dość wyraźne. I bynajmniej nie mam tu na myśli osławionego 500+.

Ze swojej pozycji biegłego rewidenta docieram zarówno do firm z sektora państwowego, jak i prywatnego. W tym pierwszym przypadku na prawdę nie ma się już często czego wstydzić. Mimo tzw. ograniczeń budżetowych, w niejednej firmie spotykam najnowocześniejsze rozwiązania klasy ERP, czy np. systemy zarządzające obiegiem dokumentów. Problemem być może jest to, że "na państwowym" nikt nie jest w stanie wymusić innowacyjności i np. jak spojrzymy na różnorakie listy najciekawszych pomysłów innowacyjnych, ze świecą ich szukać w przedsiębiorstwach z udziałem Skarbu Państwa.

Praca "na państwowym" zawsze była atrakcyjna przez to, że dawała relatywnie większe poczucie stabilizacji. I chyba cały czas tak jest.  Na szczęście polityka przeważnie nie sięga głębiej niż na wyższe stanowiska i tylko w sporadycznych przypadkach widziałem, że tzw. "zapchajdziury" lub "podpieracze ścian" byli zatrudniani np. na stanowiskach robotniczych czy ogólnoadministracyjnych. Przypominam sobie zabawną sytuację, jak w jednej z państwowych firm na linii produkcyjnej była zatrudniona osoba chora na schizofrenię i w czasie kontroli PIP na podstawowe pytania była w stanie powiedzieć tylko "beeee" i "meeee". Takie życie...

Nie da się natomiast zaprzeczyć jednego. Nastąpiło powszechne zrównanie pensji na stanowiskach niższego i średniego szczebla. Z moich obserwacji wynika, że różnica - jeżeli jest - wynosi nie więcej niż 20% i jest w pełni akceptowana z uwagi na większy komfort pracy wynikający ze stabilizacji i chociażby braku ryzyka zwolnień. Ten komfort jest o tyle istotny, że niestety wielu prywaciarzy ma ciągle słomę w butach, traktuje pracowników jak parobków, a rynsztok (zwłaszcza słowny) płynie szerokim strumieniem przez korytarze ich firm.  

Kolejna kwestia, to oczywiście zagadnienie skłonności do ryzyka, nieodłącznie związane ze wspomnianą już innowacyjnością. Rzecz jasna skłonność do ryzyka stanowi domenę właścicieli, a nie pracowników, a "na państwowym" nadal nikt nie chce się podkładać. Ale cóż, we krwi każdego z nas drzemie potrzeba bycia niekonwencjonalnym i w firmie państwowej trzeba wcześniej czy później uderzyć głową w mur. Przypominam  sobie sytuację, jak jeden z managerów w państwowej firmie wpadł na pomysł hodowli kurczaków - wszystko zorganizował po stronie logistyki i sprzedaży i jaki był finał? Otóż taki, że "procedury tego nie przewidywały"...

Apropos procedur - trzeba wprost przyznać, że między państwówką, a sektorem prywatnym nastąpiło ogromne zbliżenie.  U prywatnych coraz bardziej doceniają, że spisane procedury, zrozumiale przez ludzi i przede wszystkim powszechnie stosowane, zmniejszają ryzyko oszustw. Śmiem twierdzić, że logika kontroli wewnętrznej w obu sektorach powszechnie się zadomowiła.

Osobiście nadal postawiłbym na konia z hodowli prywatnej, za co może dostałbym po karku jako biegły badający stadninę koni w Janowie Podlaskim (gdzie apropos nadal mają lepsze konie arabskie, niż u prywaciarza). A więc postawiłbym na konia z hodowli prywatnej mimo to, że ktoś nazwie mnie kretynem, zerem lub cienkim Bolkiem z uwagi na to, że jest tam pole do większej innowacyjności. Jako były pracownik koncernów amerykańskich i niemieckich tak ogólnie uważam, że w skali makro lepiej raz na jakiś czas stracić wszystko, niż do bólu z nudy rosnąć o 0.5% rocznie.

  

W blogu Spostrzeżenia 09/04/2019 - 21:48 Źródło

Gdzie, jak nie w tym gronie zapytać o rolę strachu w zarządzaniu? Pomimo, że za porf. Bliklem uważam, że kij i marchewka, nie są narzędziami moich marzeń, nie umiem zaprzeczyć tym managerom, którzy doceniają rolę strachu w zarządzaniu. Czy się mylą?  Chętnie poznam argumenty, które pozwolą mi na zmianę poglądu.
Wszystko sprowadza się nie do tego CZY, tylko do JAK? Czym innym jest wykazanie komuś jak nic nie rozumie, lub jak jest ograniczony; albo pociąganie do odpowiedzialności za fatalny rezultat, mimo dobrych intencji; a czym innym nietolerowanie działania na szkodę, mimo świadomości tego itp. Inny będzie też strach przed konsekwencjami jakie na nas wszystkich spadną, jeśli  nie podołamy.
Takiej presji nie da się uniknąć, moim zdaniem, nawet w organizacjach turkusowych gdzie, z założenia, samoświadomość załogi powinna być najwyższa. Tyle, że taka presja, raczej nie przyczyni się do strat z tytułu zaniechania. Wręcz przeciwnie, może te straty ograniczać.

W blogu Spostrzeżenia 09/01/2019 - 11:46 Źródło

Rozmowy przy śniadaniu poznańskiej grupy Klubu Dyrektorów Finansowych „Dialog” przyniosły kolejne ciekawe refleksje dotyczące przemyśleń menedżerów na temat własnej przyszłości. W gronie rozmówców różne „przypadki”. W skrócie - i po przefiltrowaniu przez moje rozumienie - m.in. takie:

  • poszerzam swój zakres obowiązków / strefę wpływu, ale bez pewności, czy tego chcę…
  • wiem, że jestem w trakcie zmiany, ale na razie zastanawiam się tylko co dalej…
  • jestem po ukończeniu fantastycznego projektu i szukam pomysłu,
  • jestem tu, gdzie jestem i wprawdzie czasem rozważam pomysły na przyszłość, ale na razie nie planuję radykalnych ruchów,
  • jestem tu, gdzie jestem i dobrze mi z tym; wiem jednak, że świat się zmienia zatem temat spotkania uważam za interesujący,
  • realizuję swój „plan B” a może już nawet „plan C” i mam z tego wielką frajdę,
  • mam wewnętrzną potrzebę zmiany, ale chcę do tego podejść z rozwagą i spokojem.

Różnorodne sytuacje, różnorodne punkty widzenia i bardzo ciekawa dyskusja. O menedżerach, ich działaniach zawodowych w „głównych” i „dodatkowych” miejscach pracy, a także o ich postrzeganiu ryzyka związanego z sytuacją zawodową.
Menedżer to nie fachowiec?
Pojawiły się głosy, że menedżerom wyższych szczebli trudno wystartować z własną firmą, bo wprawdzie potrafią zarządzać, ale tracą kontakt z „rzemiosłem”, brakuje im kompetencji wykonawczych. Muszę przyznać, że nie zgadzam się z tym całą sobą. I mam liczne potwierdzenia na słuszność swojej niezgody;-). Wiem natomiast, że precyzyjne kompetencje merytoryczne faktycznie trudniej jest „odłowić” ze swojego doświadczenia osobom, które od dłuższego czasu zarządzają ludźmi, procesami, działami czy firmami. Pomagałam w tym wielokrotnie. Według mnie sprawa sprowadza się bardzo często do niedostrzegania swoich umiejętności (jeśli coś jest dla Ciebie „zwyczajne” to trudno samemu dostrzec, że dla innych jest „wyjątkowe”). Czasem może pojawia się także potrzeba zajrzenia w nowe przepisy czy technologie, ale to są zwykle łatwe drobiazgi.
To nieprawda, że (wykorzystuję tu fajne porównanie jakie padło na spotkaniu, ale nadaję mu inne znaczenie) szewc, który przez wiele lat był dyrektorem zakładu szewskiego nie potrafi naprawiać butów.
Nowa ścieżka dla cierpliwych
Rozmawialiśmy dużo o „budowaniu czegoś własnego” i widać, że pewne wnioski wracają jak bumerang.
Przede wszystkim warto mieć zasoby finansowe, które pozwolą spokojnie rozwijać swój pomysł na biznes (bądź na życie). To nie musi być góra złota. Ale trzeba mieć fundusze na w miarę komfortowe funkcjonowanie.
Dobrze jest rozwijać pomysł w oparciu o swoje zasoby (wiedzę, kontakty…), ale… nie przywiązywać się do tego za mocno. Bo czasem okazuje się, że „wpada” jakieś małe zlecenie spoza głównej ścieżki i staje się nową ścieżką (planem C przekształcającym się z czasem w plan A;-). Poza tym lista naszych kontaktów ulega znacznej weryfikacji w chwili, kiedy przestajemy dysponować budżetem dużej firmy. Przykre, ale widziałam to tyle razy, że już nie mam wątpliwości…

W blogu Spostrzeżenia 08/30/2019 - 16:53 Źródło

W tym roku odbyla sie w Gdyni II edycja ,, Forum na Rzecz Rozwoju ". Niewatpliwie byla ona dobrze zorganizowana i to z wielka pompa. Zaszczycil Ja bowiem Pan Premier oraz podobno, nie liczylem, 9-ciu ministrow i vice-ministrow. Wystepowali tez poza politykami i ekspertami wielu dziedzin prezesi najaiekszych bankow i spolek w Polsce. Wystapienia , w kazdym razie, tych ktore slyszalem, skupione byly na wlasnych polach dzialania i to mocnow sposob mocno pliszkowaty - wg zasady ,, kazda pliszka swoj ogon chwali. Prezesi wielkich spolek skupiali sie rozwniez na osiagnieciach firm pod ich kierownictwem nie zapominajac podkreslic slusznosci i sukcesow Strategii Zrownowazonego Rozwoju, nie zapominajac tez przywolac trafnosci i waznosci wypowiedzi Autora Strategii.To chyba szkoda, ze ci bedacy tuzami poszzcegolnych dziedzin i generalowie gospodarki nie zechciali wykorzystac swej wiedzy i doswiadzcenia dla zgloszenia autorskich pomyslow w celu ukazania i udoskonalenia tego wielowymiarowego procesu i znaczenia wspolczesnie dla obecnego i przyszlego dobrobytu spoleczenstw.
Dobrze wiec, ze Obecny Rzad mowi chetnie o tym zagadnieniu, szkoda jednak, ze jak dotad nie trafilem na bardziej calosciowe ujecie, a jedynie na zagadnienia czastkowe, lub pobozne zyczenia i postulaty. Współcześnie bogactwo narodów nie powstaje głównie z powodu wykorzystania większej ilości kapitału, ziemi i siły roboczej. Nie zależy już też tak istotnie od warunków klimatycznych, zasobów naturalnych i płodności ziemi, ani w wyniku kolonializmu bądź postkolonializmu. Wszystkie te czynniki podnoszone przez autorów, jeszcze w drugiej połowie XX-tego wieku odgrywają wciaz rolę, lecz już nie pierwszoplanową. Zasadniczą przyczyną tworzenia się współcześnie bogactwa to wzrost produktywności gospodarek w wyniku kreacji, dyfuzji i upowszechnienia postępu technicznego i organizacyjnego. Te gospodarki, które opanowały tę umiejętność są dziś najszybciej bogacące się. Wzrost produktywności oznacza iż z tych samych zasobów większą ilość wytwarzanych dóbr i usług, wówczas to bowiem możemy mówić o rozwoju gospodarki.
Dobrze zatem się dzieje, że obecny rząd przykłada tyle uwagi do rozwoju gospodarki, głębokiego bowiem zastanowienia wymaga przeanalizowanie zestawu czynników, procesów i wzajemnych uwarunkowań często bardzo odległych nie tylko od zagadnień technicznych i organizacyjnych ale nawet prawnych i instytucjonalnych, które mają często kluczową rolę w procesie tworzenia gospodarki prorozwojowej. Przywolajmy jako przyklady jedynie dwie wspolzaleznosci ukazujacych ten wplyw. Brak bezpieczenstwa obrotu gospodarczego w wyniku niesprawnosci sadow gospodarczych i powszechnych podnosi niebotycznie koszty transakcyjne prowadzenia biznesu, spowalnia wszelkie jgo procesy i powoduje, ze oczekiwana - akceptowana stopa zwrotu dzialalnosci gospodarczej musi byc znacznie wyzsza, a zatem czesc i to czesto znaczna dzialalnosci gospodarczej nie zostaje podjeta. Brak zatem sprawnych sadow dziala antywzrostowo i antyrozwojowo.
Nadmierna fiskalizacja polazcona ze zbyt rygorystyczna kontrola, ze wzgledu na jej uciazliwosc szczzegolnie dla malych i srednich firm prowadzi do zaniechania dzaialanosci gospodarczej.
Polecalbym odpowiedzialnym za podstawowa budowe i wcialanie strategii w kraju przemyslenie czy w tych przyczynach nie nalezy upatrywac tak niskiego poziomu inwestycji prywatnych AD 2019 ?
Zagadnieniem które należy na początku wyjaśnić jest kwestia czym jest rozwój gospodarczy, a co nim nie jest. Sam wzrost gospodarczy, nawet wysoki nie oznacza że następują procesy rozwojowe. Można wręcz podać przykłady, gdy krótkotrwały wzrost odbywa się za cenę niszczenia możliwości rozwojowych (np. przesunięcie środków z działu B+R na zwiększenie bieżącej produkcji wywoła wzrost kosztem przyszłych możliwości rozwojowych). Również najbardziej rozpowszechniony miernik wzrostu - PKB nie jest w pełni wiarygodny. Wyobraźmy sobie, że wszyscy bezrobotni zostają wcieleni do armii i wypłacony jest im żołd, to wzrośnie być może potencjał obronny, lecz nie nastąpi przecież wzrost produkcji materialnej.
Oczywiście trudno wyobrazić sobie rozwój gospodarczy niepołączony ze wzrostem, ale już tworzenie długofalowych warunków prorozwojowych może być obciążeniem dla bieżącego wzrostu gospodarczego. Poważna dyskusja mierników rozwoju gospodarczego przekracza znacznie ramy tego krótkiego tekstu albowiem należałoby uwzględnić nie tylko dokonujący się wzrost produktywności, ale również i tworzenie warunków dla przyszłego rozwoju. Skuteczną implementację postępu technicznego i organizacyjnego dobrze można zmierzyć poprzez zmiany cen wagowych tzn. cen kilograma danego typu produktów dostarczanych na rynki wysoko rozwiniętych gospodarek. Inne czynniki pomiaru rozwoju gospodarki i potencjału rozwojowego nie poddają się już tak łatwemu pomiarowi.
Zastanówmy się zatem, od czego zależy udane wprowadzenie gospodarki na tory prorozwojowe a szczególnie czy jest to możliwe bez aktywnej roli państwa. W latach 80-tych ubiegłego wieku przebadałem efektywność implementacji postępu technicznego w europejskich krajach realnego socjalizmu oraz Brazylii i Korei Płd. dokonujące się w 10-leciu lat 70-tych. Intuicyjnie oczywisty i najsilniej rzucający się w oczy wniosek to że brak rynku był podstawowym czynnikiem blokującym sukces zarządzonego odgórnie wprowadzania postępu technicznego. Następne wnioski były już mniej oczywiste, pokazały znaczenie zarówno polityki gospodarczej i edukacyjnej państwa, jak i występującej kultury wywodzącej się z różnych dominujących w poszczególnych krajach religii, historii ostatnich wieków i dziesięcioleci. Ukazuje to że rozwój gospodarczy uzależniony jest w niewielkim stopniu od podaży nowych rozwiązań technicznych i technologicznych, a w zasadniczym stopniu od istniejących rozwiązań instytucjonalno-prawnych dopasowanych do poziomu wykształcenia społeczeństwa istniejącej kultury. Szczególnie ważne kultury pracy umiejętności tworzenia zespołów produktywnych, społecznej akceptacji dla korupcji, kastowości i kumoterstwa, rozbudzenia aspiracji konsumpcyjnych. Oczywiście czym społeczeństwo jest wyżej i lepiej wykształcone tym łatwiej przebiega rozwój gospodarczy. Znaczenie edukacji doceniło państwo amerykańskie już w 1830 roku ustanawiając prawo, na mocy którego w każdym stanie powołany został uniwersytet stanowy. Ważne jest jednak by struktura wykształcenia dopasowana była do aktualnych i przyszłych potrzeb gospodarczych. Rzeczą charakterystyczną jest, że w krajach Trzeciego Swiata duża część wysiłku edukacyjnego szczególnie na wyższym poziomie skupiona jest na mało przydatnych dla rozwoju gospodarek dziedzinach np. zadziwiać może ilość napisanych doktoratów poświęconych Shakespeare’owi czy Balzacowi - co marginalnie przekłada się na rozwój gospodarczy. Z kolei w rozwiniętych krajach mamy “nadprodukcję” siły roboczej z wyższym wykształceniem. Już obecnie ponad 50% amerykańskich absolwentów wyższych uczelni nie znajduje zatrudnienia zgodnie z poziomem ich wykształcenia zadowalając się pracą do której niepotrzebne jest często żadne poza podstawowym wykształcenie. Powstające w tej sytuacji frustracje osłabiają produktywność społeczeństwa, a poniesiony wysiłek edukacyjny jest zmarnowany.
Budowa racjonalnego modelu edukacji staje się tym bardziej skomplikowana, jako że już obecnie w wysoko rozwiniętych krajach połowa zatrudnionych jest w zawodach, które nie istniały jeszcze 10 lat temu, a tendencja ta ma trend przyspieszający. Można spodziewać się że obecni uczniowie będą pracować nie tylko w jednym, dwóch czy trzech zawodach jak ich rodzice czy dziadkowie, ale w znacznie większej ilości i to takich które obecnie w ogóle nie istnieją, a zapewne takich których nie wyobrażamy sobie że mogą powstać i upowszechnić się. Równocześnie wiele istniejących zawodów zaniknie, bądź ograniczy się do marginalnego poziomu tak jak stało się w przeszłości z wytwórcami bryczek i powozów, kowalami i szewcami, a obecnie z pracownikami księgowości czy szerzej sektora finansowego. Dalszy proces robotyzacji pozbawi pracy dużą część “białych kołnierzyków”, jak kilkadziesiąt lat temu automatyzacja pracy pozbawiła robotników w fabrykach, a wcześniej mechanizacja rolnictwa ludności wiejskiej.
Proces ten oznacza że niemożliwym staje się kształcenie pod znane konkretne potrzeby, lecz należy rozwijać umiejętności dopasowywania się do stałych zmian, co oznacza że edukacja i wychowanie nastawione być powinny na rozwijanie kreatywności, nieschematyczności myślenia i modelu zachowań, opanowania umiejętności szybkiego i stałego uczenia się. Jest to zupełnie inny niż dotychczas rozpowszechniony model edukacyjny i musi, aby osiągnąć skutecznie te cele, rozpocząć się już od poziomu przedszkolnego. Rynek nie wytworzy na znaczną skalę tych możliwości, jest to olbrzymia rola państwa.
Postępująca sekularyzacja, zanik tradycyjnych wartości w tym stosunku do pracy i rosnący konsumpcjonizm propagowany przez współczesny rynek oligopolistyczny jest następnym czynnikiem pogarszającym kulturowe uwarunkowania dla rozwoju gospodarczego, szczególnie w Europie. W tym obszarze bez aktywnej roli państwa trudno będzie odwrócić negatywne tendencje.
Podobnie rynek, a szczególnie rynek oligopolistyczny nie zapewni upowszechniania się postępu technicznego makroekonomicznie w sposób racjonalny. Przeciwnie, w wielu obszarach będzie wyhamowywał upowszechnianie się rozwiązań przełomowych. W tej dziedzinie istnieje też olbrzymia rola państwa.
Państwo równocześnie, aby mogło być skuteczne i efektywne powinno pamiętać o swoich ograniczeniach, rosnący etatyzm pogarsza transparentność, ułatwia wzrost nepotyzmu i korupcji, wzmaga nadmiernie władzę biurokracji co zwiększa koszty transakcyjne prowadzenia biznesu. Tragedią staje się gdy przedsiębiorcy najwyższe zyski osiągają w wyniku korupcji i sztuczek podatkowych. Jest to stan skutecznie blokujący rozwój. Stan niełatwo zauważalny dla tworzących rozwiązania prawne i instytucjonalne. I o tym również należy pamiętać. Chcę wierzyć że nigdy budując strategię rozwoju gospodarki w naszym kraju nie zostanie zapomniana cała złożoność problematyki wprowadzania gospodarki na tory trwałego, szybkiego i zrównoważonego rozwoju. Ale czy tak bedzie ? Que sera, sera - co bedzie pokaze czas.

W blogu Spostrzeżenia 08/30/2019 - 09:06 Źródło

Bardzo modne stały się rozmowy o budżecie. Tym razem budżet będzie historyczny – bez deficytu. Jestem zwolennikiem zrównoważonego budżetu więc przyjąłem tę wiadomość bardzo dobrze. Zwolennicy Keynesa mogą mieć z tym problem. Ja mam problem inny. Budżet można równoważyć: (i) zwiększając podatki, (ii) zmniejszając wydatki), (iii) zwiększając trochę podatki i zmniejszając trochę wydatki, (iv) stosując kreatywną księgowość. Nie wiem czy gorsze jest rozwiązanie (i) czy (iv). Najgorsze jest połączenie (i) i (iv). A jako, że o budżecie już parę razy w życiu coś tam pisałem, to postanowiłem przypomnieć, co pisałem. Zostawię tu to tak jak kiedyś napisałem.  Na początku 2002 roku, tuż po zwycięstwie wyborczym SLD, gdy ministrem finansów został Marek Belka napisałem, że:
„Czytając budżetu na rok 2002, w zestawieniu z planowanymi zmianami w ustawach podatkowych, chciałoby się rzec: Keynes (jak kiedyś Lenin), wiecznie żywy.
Najbardziej istotnym elementem teorii Keynesa było wskazanie celowości znacznego poszerzenia zakresu oddziaływania państwa na gospodarkę i jej kontrolowania przez administrację publiczną. W jego modelu rząd działa jak Deus ex machina, wprowadzając ład ekonomiczny odpowiednio sterując popytem poprzez wzrost wydatków państwowych.
W teorii tej nie zwraca się uwagi na różnicę pomiędzy dochodami brutto, a dochodami po opodatkowaniu. Podatki rozpatrywane są jedynie pod kątem ich wpływu na dochody podatników, które stanowią podstawę konsumpcji, a przez to gloryfikowanego popytu. Dla utrzymania efektywnego popytu konieczny jest wzrost wydatków rządowych. W okresie depresji zaś, ponieważ maleją wpływy budżetowe z uwagi na zmniejszenie podstawy opodatkowania, należy zwiększyć stawki podatkowe i/lub emisję pieniądza nawet kosztem zwiększenia deficytu budżetowego. Produkcję zaś traktuje się jako “daną”, zapominając, że manna ostatni raz padała sama z nieba, gdy Naród Wybrany uciekał z Egiptu podążając do Ziemi Świętej. Później mannę ludzie musieli już sami wyprodukować. Ani Keynes, ani jego kontynuatorzy nie przejmowali się taką drobnostką jak bodźce i warunki do rozwoju przedsiębiorczości. Zapytany onegdaj jakie mogą być skutki jego poglądów w dłuższej perspektywie czasowej Keynes odpowiedział, że w dłuższej perspektywie czasowej wszyscy będziemy martwi. Nic więc dziwnego, że w jego teorii tak bardzo gustują politycy różnej maści. Dla nich najważniejsza jest bowiem perspektywa czteroletnia: do kolejnych wyborów. Pokłosie tej teorii widoczne jest, niestety, w budżecie na rok 2002. Twórcy budżetu zachowują się podobnie jak księgowi Enronu – fałszują księgi rachunkowe. Aby deficyt w roku obecnym nie był zbyt duży, ukrywają znaczną część wydatków pod postacią różnych poręczeń. Mają one gwarantować niesprecyzowane bliżej przedsięwzięcia gospodarcze, które ożywią inwestycje i popyt. Poręczenia te będą udzielane przez rząd – ergo przez podatników, gdyż to na nich spadnie ciężar pokrywania zobowiązań gwarancyjnych. Jeżeli jakieś przedsięwzięcie jest ekonomicznie opłacalne na jego sfinansowanie zawsze znajdują się pieniądze, których na rynkach międzynarodowych jest dostatek. Jak rząd ma jakieś ciekawe propozycje proszę o telefon. Jeżeli jednak do podjęcia inwestycji potrzebne są gwarancje rządowe, z ich opłacalnością musi być krucho. Zapłacą więc za nie podatnicy. Wcześniej, czy później. Zyskają zaś ci, którzy te poręczenia otrzymają. Jak być może napisałby Kisiel: „zgadnij koteczku którzy?”.
Gwoli sprawiedliwości trzeba przyznać, że nie jest to pierwsza operacja tego typu. Podobną przeprowadził profesor Balcerowicz wyrzucając poza budżet zobowiązania ZUS. Bardzo krytykował go za to posunięcie …. profesor Belka. Punkt widzenia wciąż zależy od punktu siedzenia. W przypadku polityków te punkty się jednak zmieniają. W przypadku podatników natomiast pozostają zawsze niezmienne. Bez względu na to kto rządzi.
Posłowie zafundowali ministrowi Belce dodatkową niespodziankę. Zapatrzeni w fusy w szklance wywróżyli, że przychody z podatku VAT będą wyższe od zakładanych. Już nawet rozdysponowali wpływy z tego tytułu. Jak się pomylą nic im przecież nie grozi – nikt ich nie wsadzi do więzienia za narobienie długów. Do więzienia (naprawdę) mogą pójść co najwyżej podatnicy, jak nie zapłacą zwiększonych podatków. A żeby deficyt budżetowy się nie zwiększył posłowie sięgną pewnie po nowe podatki.”
Dziś po latach mogę dopisać, że tak właśnie było – wróżenie z fusów się nie powiodło,  więc posłowie sięgnęli po nowe  podatki.
Do tematu budżetu wróciłem na początku 2008 roku. Wtedy minister Ziobro też był na pierwszych stronach gazet, tylko wtedy to Ziobro był „przykrywką dla budżetu” a dziś jest odwrotnie. Pisałem wówczas, że:
„W natłoku informacji o laptopie Ministra Ziobry niezauważona specjalnie przeszła „filipka” Pana Arabskiego, który pełni chyba jakąś ważną funkcję w Kancelarii Premiera, że w ramach oszczędności zlikwidowano „hobbystyczny” zespół do spraw budżetu zadaniowego.
Jako że na starość pamięć już nie ta, co dawniej postanowiłem sprawdzić w Programie PO. I co tam znajduję? Otóż w rozdziale 4 pt. „Polska zdrowych finansów i niskich podatków. Nowoczesna gospodarka.” znajduje się podrozdział: „Zmiana organizacji zarządzania finansami publicznymi”, w którym czytamy:
„Coraz powszechniej stosowaną na świecie metodą jest zarządzanie zorientowane na osiąganie zaplanowanych rezultatów (zarządzanie poprzez cele i rezultaty). Metoda ta opiera się na odpowiedniej metodologii przygotowywania i rozliczania budżetu. Przede wszystkim na przyznawaniu pieniędzy budżetowych na zadania (budżet zadaniowy), możliwość przesuwania funduszy budżetowych na kolejne lata (zasada n+2) oraz wprowadzenie budżetów wieloletnich.
Każdy dział administracji rządowej powinien mieć określone zhierarchizowane cele działania. Ministrowie i szefowie agend rządowych będą rozliczani przez premiera z porównania tego, co zamierzali, z tym, co osiągnęli, na podstawie wskaźników wykonawczych, monitorowanych przez określony departament w kancelarii premiera.
Dalej jest akapit zatytułowany… a jakże: Budżet zadaniowy. A w nim takie oto stwierdzenia: „Ministrowie nie powinni dostawać funduszy na funkcjonowanie ich urzędów, lecz na realizację zadań, służących do osiągnięcia zaplanowanych celów. Co więcej, powinni umieć udowodnić, że danego zadania nie da się zrealizować w inny, tańszy sposób. Po zakończeniu roku muszą być rozliczani z tego, czy wykonali całe zadanie, czy koszty nie przerosły kosztów zakładanych pierwotnie i czy udało im się wygospodarować oszczędności”.
Ale dobry budżet zadaniowy ma jedną poważną wadę: trudniej w nim coś „skręcić”.
Dziś mogę napisać, że PiS do swojego pomysłu budżetu zadaniowego, pomysł którego chwaliłem, oczywiście nie wrócił. Bo… „trudniej w nim coś skręcić”.
Rok później wybuchła afera z wykonaniem budżetu za 2008 rok. W tym co wówczas napisałem nie musiałbym nic dziś zmieniać – nawet fragment o wieszających się w celach przestępcach pasuje. A w styczniu 2021 roku fragment o MON też będzie pasował – tylko MON może zastąpić jakieś inne ministerstwo. A  pisałem, że:
„Od dwóch dni główny temat mediów (poza oczywiście słabą konstrukcją psychiczną wieszających się w celach jeden za drugim przestępców) to budżet państwa. A dokładniej jego wykonanie za rok 2008. A jeszcze dokładniej – nie wykonanie. Wszyscy strasznie ekscytują się tym, że kolumny w Excelu się nie zgadzają. Z punktu widzenia Ministerstwa Finansów i paradygmatów ekonomicznych obowiązujących w naszym kraju, należałoby to uznać za dużą „wtopę”. Bo przecież Minister Finansów nie zajmuje się niczym innym, tylko tym Excelem. Podobno ten mityczny BUDŻET, to, zaraz po Konstytucji, najważniejsza ustawa w państwie (tak przynajmniej uczy się dzieci na portalu edukacyjnym NBP). Jej nie uchwalenie przez Sejm w wyznaczonym w Konstytucji czasie daje Prezydentowi prawo rozgonienia posłów na cztery wiatry.
Ale tak naprawdę, jakie znaczenie ma ów budżet, dla realnej gospodarki? Dla przedsiębiorstw i gospodarstw domowych? Prawie żadnego. Budżet to jedynie pewien plan. W dodatku nie jest to superprecyzyjny plan lądowania na odległej planecie, tylko plan tego, ile zabierzemy pieniędzy od podatników oraz tego, ile i na co wydamy i ile będziemy musieli pożyczyć, żeby móc wydać więcej niż będziemy mieć.
Z tym wydawaniem zresztą, to budżet nie wszystko wyjaśnia, bo całe mnóstwo w nim „zakładek”, czyli pozycji określanych bardzo eufemistycznym mianem: „pozostałe” albo „inne”.
A na domiar wszystkiego połowa publicznych pieniędzy przez ten, jakże podobno ważny, budżet w ogóle nie przechodzi – tylko przez Fundusz Ubezpieczeń Społecznych i różne Agencje.
W dobrze zarządzanych firmach obowiązuje zasada: trzymaj koszty, zwiększaj przychody. Jak przychody zaczynają spadać i nie umiesz tego zmienić – zacznij ciąć koszty. I staraj się nie zwiększać kosztów – ale głównie tych stałych, bo jak nie będziesz inwestował, to nie będziesz mógł zwiększyć przychodów. 
W życiu realnym o wiele ważniejsze jest więc to, co się tworzy i jakie się ma do tego warunki by tworzyć, niż jakiś mityczny „budżet”. A warunki do tego by tworzyć, zależą między innymi od tego, ile państwo nam zabiera, a ile zostawia z tego, co wcześniej wytworzyliśmy, od tego, ile czasu mitrężymy na wywiązywanie się z różnych absurdalnych obowiązków, którymi jesteśmy obarczani przez rząd i ile musimy na to wydać.
To, na co rząd nasze pieniądze będzie wydawał, ma pewne znaczenie, ale też nie pierwszoplanowe. Oczywiście lepiej byłoby zbudować kawałek jakiejś autostrady, niż utrzymywać komisję Przyjazne Państwo, która będzie się teraz pewnie zajmowała nowelizacją przepisów o zatrudnianiu strażaków, czy ponosić koszt kontroli jaką Pan Prezydent ma zlecić NIK „w sprawie zbadania przyczyn znacznego obniżenia dochodów budżetu państwa w ostatnich miesiącach 2008 roku”
Bez zbędnego obciążania budżetu Najwyższej Izby Kontroli spieszę wyjaśnić, że to jest układ. Układ 24 milionów podatników, którzy albo: (i) nielegalnie ukryli swoje dochody (stąd spadek wpływów z podatków bezpośrednich) i kupowali przed świętami wszystko „na czarno” (stąd spadek wpływów z podatków pośrednich), albo (ii) legalnie mniej zarobili (stąd spadek wpływów z podatków bezpośrednich) więc i legalnie mniej wydali (stąd spadek wpływów z podatków pośrednich). Jaki jest to model układu – nie ma specjalnego znaczenia. Ważne, że jakiś układ być musiał!
Politycy tworzyć niczego nie potrafią, więc tkwią w swoich gierkach i w Excelu z budżetem. Ale program im coś szwankuje. Taki Minister Finansów Australii, czy Nowej Zelandii, to kliknie sobie w komputer i wie jaki jest stan wydatków państwa w danym momencie. A nasz nie wie. I dopiero w styczniu następnego roku może się dowiedzieć, jakie zadłużenie wygenerowały mu, na przykład, szpitale.
Dlatego właśnie konieczna jest zapowiadana przez każdą opozycję i nie wykonywana przez każdy rząd, jak już opozycja staje się rządem, reforma finansów publicznych. I to jest zadanie o wiele ważniejsze niż wymiana złotówek na euro. Do przejrzystości finansów publicznych nie potrzeba żadnego euro, a przejrzystość ta jest dużo ważniejsza od tego, jak się nazywa pieniężna jednostka rozliczeniowa poszczególnych pozycji budżetowych.
Najciekawsze jest w tym całym budżetowym zamieszaniu to, od czego ono się zaczęło. Otóż Ministerstwo Obrony Narodowej zachowało się jak, nie przymierzając, przez lata zachowywały się wielkie sieci handlowe wobec swoich dostawców: finansowało się długiem, nie regulując swoich zobowiązań.”
Po latach powtórzę: budżet to nie jest rzecz jakoś szczególnie ważna. To jest jedynie PLAN. Jeszcze się nie zdarzyło, żeby plan został zrealizowany. Aczkolwiek  jeszcze raz podkreślę, że sam plan równoważenia budżetu mi się podoba. I dodam, z uwagi, że inflacja która  nam przez minione lata malała, a dziś rośnie, że dla realizacji planów zawartych w budżecie istotna jest właśnie inflacja. Wystarczy ją w ciągu roku zwiększyć, żeby plan zrealizować. Więc na koniec dnia budżet na 2020 będziemy oceniali w 2021 (a nie w 2019) nie tylko po tym, czy zostanie zrealizowany, ale po tym jak zostanie zrealizowany. A jakby w październiku wygrała opozycja to z uwagą posłucham (i skomentuję) co o tym zaprezentowanym właśnie budżecie na 2020 rok powie… jakiś nowy minister Arabski.

W blogu Spostrzeżenia 08/28/2019 - 08:12 Źródło

Business Dialog Bulletin - widok książki

Premium Drupal Themes by Adaptivethemes