Skip to main content
Zapraszamy

Czytelników, rozmówców na forum, Autorów, Blogerów, Redaktorów,...

Przeczytaj o możliwościach korzystania z witryny i współpracy

Salon Business Dialog Klub Inspirations Klub Dialog CIO Business Meeting Point Kwintesencja Projekty Business Dialog

Hipokryci podatkowi

January 31, 2020 by Anonimowy

Wyniki eksperymentów dotyczących badań nad decyzjami alokacyjnymi bardzo denerwują współczesnych marksistów, którzy, podobnie jak autor Kapitału (tego z XIX wieku) uważają, że dzisiejsi „prekariusze” – jak kiedyś klasa robotnicza – nie uświadamiają sobie, że są wyzyskiwani i dlatego potrzebują „awangardy”, która im uświadomi, jaki zły jest ich los. Zważywszy na profity, które przez XX wiek zbierała „awangarda” klasy robotniczej (tej z XIX wieku), ilość kandydatów do awangardy prekariatu XXI wieku ciągle rośnie.
 
Znamienna jest postawa niektórych intelektualistów – jak Piketty – dla których równość jest bez mała wyznaniem wiary, chociaż ich czyny pozostają w rażącej sprzeczności z deklaracjami. Jeśli bowiem jest się egalitarystą, to należy ocenić, czy własny dochód odpowiada przyjętej koncepcji równości, a jeżeli jest wyższy – oddać nadwyżkę tym, którzy mają poniżej średniej. Jeśli kryterium równości miałoby objąć cały świat, jak tego pragną niektórzy reformatorzy, byłaby to kwota około dwustu dolarów rocznie na osobę – taki jest bowiem przeciętny dochód na jednego mieszkańca naszego globu. Który z „naprawiaczy świata” byłby gotów zaakceptować taką formę równości? Oczywiście taka równość jest nie do przyjęcia, nawet dla większości z tych, którzy tę ideę lansują. Dlatego większą karierą zrobiło pojęcie sprawiedliwości społecznej – jeszcze bardziej mgliste od samej równości, które pozwalało jednak uznać pewne formy nierówności za sprawiedliwe.
Pewnym novum w obecnej dyskusji o konieczności podwyższenia stawek podatkowych dla „najbogatszych” jest to, że po raz pierwszy w historii wyższych podatków domagają się nie tylko niektórzy intelektualiści, ale także niektórzy podatnicy, którzy – teoretycznie – mieliby je płacić.
Jednym z pierwszych był nie kto inny jak krytykowany przez zwolenników równości Bill Gates, który już w 2008 roku powiedział w rozmowie z dziennikiem „Corriere della Sera”, że w dobie obecnego kryzysu należy podnieść podatki najbogatszym. „To bardzo sprawiedliwe i nieuniknione” – oświadczył. Dodał, co prawda, że „istnieje granica zwiększania presji fiskalnej wobec tych, którzy zarabiają więcej”, gdyż „jest punkt, powyżej którego podniesienie podatków dla najbogatszych zaczyna stanowić problem dla przyszłości”, ale co do zasady, że podatki powinny wzrosnąć, się zgodził.
Może dlatego, że według powszechnych opinii, każdy kolejny program operacyjny Windows był gorszy od poprzedniego, a najnowszy Windows 10, jak był wprowadzony jako „darmowy” dość agresywnie szpiegował swoich użytkowników? Z tego powodu jakoś nie było słychać krytyki pod adresem największego akcjonariusza Microsoftu ze strony obrońców równości i sprawiedliwości społecznej.
W sierpniu 2011 roku na łamach „The New York Times” z apelem do amerykańskiego Kongresu, żeby podniósł podatki, wystąpił Warren Buffett. Poskarżył się, że płaci mniejszy procent swojego dochodu niż jego sekretarka. On zapłacił 6 938 744 USD – czyli tylko 17,4% swojego dochodu, podczas gdy jego pracownicy płacą średnio 36%. Jak to możliwe? Za sprawą zróżnicowania stawek podatkowych od zysków kapitałowych i z wynagrodzenia za pracę oraz licznych ulg podatkowych. Ale przecież korzystanie z ulg jest prawem, a nie obowiązkiem. Jak ktoś chce zapłacić wyższy podatek, to nie musi ulg odliczać. Co ciekawe, to ten sam Buffett, który we wrześniu 2008 roku (tuż przed bankructwem banku inwestycyjnego Lehman Brothers) zainwestował 5 mld USD w akcje Goldman Sachs, a potem przekonywał nowego prezydenta Baracka Obamę (któremu doradzał podczas kampanii wyborczej) do konieczności niesienia pomocy „rynkom finansowym” – czyli po troszę sobie samemu. Zaraz potem stwierdził zaś, że „kryzys już minął”. Kryzys nie minął, ale – jak na „legendarnego inwestora” przystało – inwestycję w akcje Goldmana Buffett zakończył sukcesem. Amerykański gigant ubezpieczeniowy AIG został uratowany przed bankructwem rządowym zastrzykiem finansowym w wysokości 85 mld USD, z czego 13 mld USD oddał natychmiast Goldmanowi, który powiększył w ten sposób zyski ze sprzedawania CDS-ów, zbudowanych na „aktywach” w postaci kredytów hipotecznych, których się w tym czasie sam pozbywał.
To nagłe uznanie Buffetta do wyższych podatków wyjaśniło się bardzo szybko – gdy Bank of America poinformował, że sprzedał należącej do Buffetta spółce Berkshire Hathaway 50 tys. uprzywilejowanych co do dywidendy akcji za 5 mld USD. Buffet był przecież zagorzałym orędownikiem polityki „luzowania ilościowego” przez FED, która wspierała banki. Podobnie zresztą jak wcześniej wspierał program pomocy państwa dla przemysłu samochodowego, po tym jak kupił akcje General Motors. Trudno się więc dziwić, że wielkomyślnie obiecał, że się z rządem podzieli i zapłaci nawet trzydzieści kilka procent z pieniędzy, jakie zarobi na tym, jak rząd da pieniądze firmom, w które on inwestuje.
Co ciekawe, Timothy Geithner – Sekretarz Skarbu USA – podczas spotkania ministrów finansów UE we Wrocławiu we wrześniu 2011 roku, a więc w tym samym czasie, gdy prezydent Obama z uznaniem przyjmował propozycję Buffetta, sprzeciwiał się pomysłom wprowadzenia podatku bankowego. Abstrahując od faktu, że podatek ten w planowanej postaci rzeczywiście nie ma sensu, znamienne jest, że ludzie, którzy ciężko pracują, prowadzą własne przedsiębiorstwa, mają płacić wyższe podatki już od pierwszego zarobionego miliona, a banki, którym politycy rozdają pieniądze na prawo i lewo, nie mają płacić wyższych.
Podwyższenie podatków popierał także inny amerykański inwestor i filantrop – George Soros. Mimo, że w niego taka podwyżka miała uderzyć najsilniej. Okazało się jednak, że płacenia ich unikał. Jak powiedział reprezentujący go adwokat, James Sitrick, „nikt nie ma konstytucyjnego obowiązku płacić wyższych podatków od tych, do których jest zobowiązany”. I pod tym względem miał rację.
Wyróżnili się także państwo Clintonowie. Nie dość, że ich fundacja przyjmowała darowizny od osób związanych z przejęciem kontroli nad amerykańskim złożami uranu przez Rosatom w czasie, gdy pani Clinton szefowała amerykańskiemu Departamentowi Stanu, który na takie przejęcie musiał się zgodzić (i oczywiście zgodził), to jeszcze nie wykazywała tych darowizn w deklaracjach podatkowych. A swoisty rekord hipokryzji ustanowiła Hillary Clinton, gdy ubiegając się o nominację Demokratów w wyborach prezydenckich w 2016 roku, wygłosiła przemówienie na temat nierówności wystrojona w żakiet od Armaniego za 12,5 tys. usd.
Za przykładem Amerykanów poszli niektórzy menedżerowie francuscy. Ich petycja o ustanowienie specjalnego podatku, który miałby zastosowanie wobec podatników najbogatszych i najbardziej uprzywilejowanych ukazała się na internetowych stronach tygodnika „Le Nouvel Observateur”. Podpisali ją między innymi prezesi: L’Oreal – Liliane Bettencourt, Total – Christophe de Margerie, PSA Peugeot Citroen – Philippe Varin, grupy Publicis, Societe Generale, Air France, Danone, Orange.
Znad Sekwany fala miłości do wyższych podatków dotarła nad Ren. Niemieccy milionerzy też zgłosili gotowość do płacenia więcej – o czym poinformował „Die Zeit”. Dokładnie było ich czterech. „Nie miałbym problemu, gdyby podniesiono najwyższą stawkę podatkową” – powiedział właściciel domu wysyłkowego Michael Otto. Wyższych podatków chcieli też piosenkarz Marius Mueller-Westernhagen, prezes klubu Hannover 96 Martin Kind i Juergen Huenke – jakiś przedsiębiorca z branży ubezpieczeniowej.
Francuscy ochotnicy płacenia wyższych podatków postulowali, żeby miały one „rozsądną” wysokość i nie powodowały niekorzystnych skutków gospodarczych jak ucieczka kapitału i wzrost oszustw podatkowych. Wprowadzona stawka 75% okazała się chyba jednak „nierozsądna”, gdyż wywołała „niekorzystne skutki gospodarcze, jak ucieczka kapitału”. Barnard Arnault – najbogatszy Francuz – postanowił zostać najbogatszym Belgiem. Lewicowy dziennik „Libération” zdjęcie Arnaulta na okładce z walizką w ręku opatrzył tytułem: „Spadaj, bogaty głupku!”. 220 lat temu zwolennicy sprawiedliwości społecznej mogliby go zgilotynować. A dziś przed „gilotyną podatkową” może uciec. Podobnie postąpił filmowy Obelisk z przygód Asterixa – Gerard Depardieu. No ale on dość niefortunnie kierunek ucieczki wybrał w objęcia Putina.
Skąd taka różnica postaw podatników? Wpływa na to skala prowadzonej przez nich działalności, która pozwala, bądź nie, na całkowicie legalne unikanie wysokich podatków, charakter źródeł przychodu opodatkowanych różnymi stawkami, czy w końcu relacje z władzą publiczną, które – jak to ma miejsce w przypadku Buffetta – mają wpływ na uzyskanie większych przychodów w zamian za jakieś „koncesje” na rzecz tejże władzy.
Podobnie do sprawy podchodzi Bruce Springsteen. Publicznie twierdzi, że bogaci powinni płacić więcej, a sam z 200 akrowego gospodarstwa w New Jersey zapłacił jako „half-part farmer” jedynie 4,6 tys. USD, korzystając z ulg dla hodowców koni i organicznej żywności. Triki podatkowe są dość powszechnie znane, ale niewiele się o nich mówi przy okazji debaty o samych stawkach podatkowych.
Najistotniejsza w tym wszystkim wydaje się gra między najbogatszymi a klasą średnią. Jak się osiąga dochód w wysokości na przykład 100 mln USD, to po zapłaceniu podatku w wysokości 91 mln USD (kiedyś najwyższa stawka podatku dochodowego w USA wynosiła właśnie 91%!!!) zostaje jeszcze 9 mln USD. Jest z czego żyć. Nie ma jednak czego inwestować. Ale jeśli już się ma „coś”, co przynosi dochód netto 100 mln USD rocznie (przed opodatkowaniem zazwyczaj nazywany jest on dochodem „brutto”, ale skoro jest to dochód do opodatkowania, to wcześniej od przychodu zostały odliczone koszty jego uzyskania – a więc koszty na utrzymanie i rozwój danego źródła przychodu) to łatwiej jest się pogodzić, że się więcej nie będzie inwestowało z dochodu po opodatkowaniu. Więc niektórym chodzi o to, żeby inni nie mieli warunków, by zarobić więcej. Doskonale wiedzą, ze wysokie podatki są sposobem na to, żeby to właśnie oni byli ciągle najbogatsi. Bill Gates bogacił się w czasach, gdy podatki w USA były najniższe od 1918 roku. Teraz zgadza się płacić wyższe, ale wówczas inni nie zdołają się tak samo wzbogacić jak on. Gdy Bill Gates się bogacił, zwiększały się rozpiętości dochodowe w Ameryce, ale całkowicie zmieniała się struktura społeczna. Z jej szczytów spadali ci, którzy byli najbogatsi od pokoleń, a awansowali ci, którzy zaczynali swój biznes w garażach. Zupełnie inaczej niż w Szwecji, gdzie różnice pomiędzy najbogatszymi i najbiedniejszymi przez cały ten czas były znacznie mniejsze niż w Ameryce, ale za to od lat ciągle ci sami byli najbogatsi. To też wyjaśnia dlaczego polscy przedsiębiorcy odpytywani przez media co sądzą o pomyśle Buffetta, zareagowali dużym sceptycyzmem. Oni nie są jeszcze tak bogaci, a chcieliby być.
Podwyższanie podatków dochodowych nie uderza najbardziej w najbogatszych, tylko w klasę średnią, która – jak pisał już Arystoteles – jest podstawą demokracji i która dopiero planuje się wzbogacić. Można zacząć snuć „spiskowe” teorie, że właśnie dlatego współcześni „władcy” robią wszystko, żeby ta właśnie klasa była jak najsłabsza. Bo ona nie potrzebuje rządu. Rządy są potrzebne najbiedniejszym i najbogatszym.
Najbogatsi podatku, którym mieliby zostać objęci, i tak nie zapłacą, korzystając z wielu sposobów optymalizacji podatkowej. Niektórzy są rezydentami podatkowymi w innych krajach, gdzie obowiązują niższe stawki podatkowe niż w ich własnym. Sami zresztą nie muszą osiągać wysokich dochodów bezpośrednio – tylko ich spółki, które także mają siedziby w krajach bardziej przyjaznych podatnikom. Istnieją bowiem sposoby, by zmniejszyć – całkiem legalnie – zarówno podatek płacony przez te spółki, jak i podatek od dywidend płaconych przez akcjonariuszy czy udziałowców tych spółek.
Nasuwa się więc pytanie, czy współcześni zwolennicy wysokich podatków, którzy odżegnują się od komunizmu, są – jak mawiał Lenin – tylko „pożytecznymi idiotami” i nie zdają sobie sprawy z celu, dla którego Marks z Engelsem domagali się podwyższania podatków, czy są jednak kryptokomunistami?
Na liście osób popierających Berniego Sandersa, zagorzałego amerykańskiego socjalisty walczącego o nominację Partii Demokratycznej w wyborach prezydenckich w 2016 roku, znalazło się wielu artystów – aktorów, jak Danny deVito, muzyków, jak Hanz Zimmer i… Steve Wozniak, współtwórca Apple’a.
No cóż… Ukąszenie heglowskie – termin wprowadzony do języka literatury i polityki przez Czesława Miłosza w książce Zniewolony umysł z 1953 roku, jako epitet wobec znanych pisarzy, artystów i uczonych sympatyzujących z marksizmem, którzy dali się uwieść komunistycznej władzy i jej propagandowej opowieści o rzekomej „konieczności dziejowej” ustanowienia dyktatury klasy robotniczej, wyprowadzonej z heglowsko-marksowskiej filozofii rozwoju społecznego. Dotknęło także współczesnych. Skoro niektórzy w sposób świadomy zaangażowali się w tworzenie komunizmu, to inni mogą budować socjalizm w nadziei, że będzie on wolny od „błędów i wypaczeń” komunizmu. Ich umysły są zniewolone ideą „ziemskiego raju”, w którym dominuje kolektywne, dialektyczne myślenie, nieodróżniające wolności od konieczności, prawdy od fałszu. We Francji liderem tego typu poglądów był Jean-Paul Sartre. Najdłużej broniący ZSRR, deprecjonujący Gułag, krytykujący Referat Chruszczowa. W imię hasła równość ponad wszystko. Nieliczni nie dali się jednak ukąsić i, jak pisał Zbigniew Herbert w Potędze smaku, umieli kierować się jego własnym poczuciem, które nakazywało im „wyjść, skrzywić się, wycedzić szyderstwo, choćby za to miał spaść bezcenny kapitel ciała – głowa”.
Wbrew pozorom, heglowska dialektyka nadal „kąsi” niektórych, choć zmieniła obszar penetracji. Po spektakularnej klęsce realnego socjalizmu na płaszczyźnie politycznej i ekonomiczno-społecznej przeniosła się na bardziej subtelny teren kultury. Inspiracje heglowsko-marksowskie były przez ćwierćwiecze reanimowane przez wielorakie nurty nowej lewicy. Dziś starają się wrócić do gospodarki.
Na domiar wszystkiego, gdy zwolennicy równości i wysokich podatków zdobywają władzę i mogą wcielać w życie swoje programy, ponoszą spektakularne porażki. Wszystkie 10 najbiedniejszych miast w USA zarządzanych jest przez pielęgnujących równość Demokratów.

W blogu Spostrzeżenia 01/31/2020 - 13:07 Czytaj

Business Dialog Bulletin - widok książki

Premium Drupal Themes by Adaptivethemes